Własna pracownia

Maria Stangret. Gra w miejsca
Miejsce: Cricoteka, Kraków
Czas: 11.05 – 10.12.2023
Kuratorka: Magdalena Ujma

Widok wystawy, „Maria Stangret. Gra w miejsca”, Cricoteka, fot. Szymon Sokołowski

Choć od tego wydarzenia minęło blisko dziesięć lat, doskonale pamiętam otwarcie nowej siedziby Cricoteki inspirowanej dziełem Tadeusza Kantora. Pamiętam też elegancką starszą kobietę, która wtedy tam była. Wspominała nietuzinkowego artystę i swojego męża. Była to oczywiście Maria Stangret. Już wtedy pomyślałam, że pewnie za chwilę zobaczymy wystawę jej twórczości w budynku przy ulicy Nadwiślańskiej. Jednak na tę indywidualną ekspozycję w nowej siedzibie Cricoteki musieliśmy poczekać aż do dziś. Wernisaż wystawy Maria Stangret. Gra w miejsca, którą możemy oglądać do 10 grudnia, odbył się 10 maja 2023 roku.

Prace Marii Stangret można było zobaczyć na dość licznych wystawach zbiorowych, ostatnio w 2015 roku, z okazji 100-lecia urodzin Kantora, ale niewiele było okazji, żeby obejrzeć to, co robiła w oderwaniu od twórcy Teatru Cricot 2. Magdalena Ujma – kuratorka wystawy – postawiła na pokazanie tego, czym zajmowała się artystka, tworząc wystawę wokół idei miejsca. Jednak nie miejsca statycznego, przestrzeni zamkniętej, ale pewnej z nim gry. Stąd też tytuł wystawy. Inspiracją do zaproponowania układu były też wystawy malarki, które odbywały się w Galerii Foksal.

Fascynowało mnie połączenie realnego przedmiotu z malowanym obrazem. Wzajemne relacje tych dwóch materii, odwołujących się do innych obszarów percepcji, nadawały elementom realnym i wyobrażonym nowe, zaskakujące znaczenia. Utkwiło mi to w pamięci i odżyło we mnie na początku lat siedemdziesiątych. Zaczęłam wtedy zestawiać malowane obrazy z przedmiotami, oczywiście w innym niż u Jima Dine’a kontekście.

Maria Stangret zajmowała się przez kilkadziesiąt lat swojego życia zarówno sztukami wizualnymi, jak i literaturą oraz teatrem. Taki jest też podział wystawy: Malarka, Aktorka, Pisarka oraz Prywatnie. Można tę ekspozycję oglądać w sposób linearny – zgodnie z ruchem wskazówek zegara, można problemowo, ale tak naprawdę dojdziemy do podobnych wniosków. Życie i sztuka Stangret to jedno – to projekt sztukożycia czy życiosztuki, żeby użyć tego neologizmu. Jeśli zna się życie członkini Grupy Krakowskiej II, to fakt ten nie zaskakuje. Jedynie pracownia, którą ukończyła w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych stanowi wyłom w tej konsekwentnej historii. Była to bowiem pracownia Jana Świderskiego – malarza-kolorysty. Nie mogły być to zatem odleglejsze zainteresowania artystyczne niż te, które reprezentowała młoda studentka. Jednak to właśnie Świderski docenił umiejętność Marii Stangret wydobywania na obrazie kolorów. Pierwsza pochwała od profesora była dla niej na pewno ważna, ale nie sprawiła, że poszła w jego ślady. W Krakowie i w Polsce po II wojnie światowej coraz wyraźniej zaczyna dominować awangarda. Nic dziwnego, że absolwentka dość konserwatywnej (jeśli chodzi o nauczanie) ASP postanawia iść pod prąd.

Stangret bardzo wcześnie poznaje Tadeusza Kantora, którego ceni, a może nawet podziwia. Związek z nim – zarówno prywatny, jak i zawodowy w Teatrze Cricot 2 – zdominuje postrzeganie jej osoby przez inne artystki i artystów. Przez lata będzie uważana za twórczynię wtórną wobec tego, co robi mąż. Sama doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W swojej książce Malując progi pisała, że chciała zostać przy własnym nazwisku, ale wskutek nieporozumienia podczas zawierania małżeństwa nie udało jej się tego zrobić (oficjalnie nosiła nazwisko męża), ale zawsze podpisywała się Maria Stangret-Kantor. Ten symboliczny gest był próbą zawalczenia o swoją niezależność, którą co rusz musiała udowadniać.

https://restartmag.art/maria-stangret-gra-w-miejsca-wystawa-w-cricotece/

Wiele artystek i artystów tworzyło w podobnych nurtach, korzystając z tożsamych inspiracji, ale Stangret „dostaje się” za to najmocniej. Grupa Krakowska II, choć złożona z wielu indywidualności, była jednak zbiorem malarek i malarzy, którzy inspirowali się podobnymi nurtami, przychodzącymi do nas z Zachodu. Kubizm, abstrakcjonizm, ekspresjonizm, z czasem informel. Prawie każda i każdy z nich eksplorował te rejony, a jednak najczęściej to właśnie Marię Stangret historia i krytyka sztuki pokazuje jako epigonkę. Warto zadać sobie pytanie: dlaczego? Czy przypadkiem nie dlatego, że była kobietą? Pamiętajmy, że Grupa Krakowska II to przede wszystkim dwa nazwiska – Tadeusz Kantor i Jerzy Nowosielski, z czasem może także Jerzy Bereś. Dopiero kilka dekad po jej powstaniu na niezależność zaczęły wybijać się inne postaci. Dziś często mówi się o Marii Pinińskiej-Bereś i jej mężu, a nie odwrotnie. Jednak nieco więcej miejsca dla narracji herstorycznej pojawiło się raptem dopiero od kilku lat.

A to Stangret jako pierwsza, przed Kantorem, zaczęła zestawiać malarstwo z przedmiotem. Jak pisze w Malując progi:

„Dla mnie i mojej twórczości istotniejsze znaczenie miało malarstwo Jima Dine’a. Poznałam je jeszcze w Paryżu, a w Nowym Jorku szukałam galerii, gdzie można byłoby zobaczyć jego prace. Fascynowało mnie połączenie realnego przedmiotu z malowanym obrazem. Wzajemne relacje tych dwóch materii, odwołujących się do innych obszarów percepcji, nadawały elementom realnym i wyobrażonym nowe, zaskakujące znaczenia. Utkwiło mi to w pamięci i odżyło we mnie na początku lat siedemdziesiątych. Zaczęłam wtedy zestawiać malowane obrazy z przedmiotami, oczywiście w innym niż u Jima Dine’a kontekście. Dopiero pod wpływem moich prac Tadeusz zainteresował się owym konfrontowaniem przedmiotu i obrazu” (s. 70–71).

Na wystawie możemy zobaczyć zatem Szachy, Metr i oczywiście najsłynniejszą Grę w klasy. To jeden z najciekawszych momentów w twórczości artystki, dlatego kuratorka poświęciła mu najwięcej miejsca. Są to prace głównie z lat 70., ale wcześniej był też wspomniany informel, którym zadebiutowała w latach 60. Zobaczymy więc prace reprezentujące ten nurt, ale także dzieła z okresów przejściowych, kiedy Stangret wykorzystywała inspiracje pejzażem i łączyła go z takimi elementami krajobrazu, jak choćby fragmenty drzew czy roślin. Dość dobrze znany jest jej wieloletni cykl Hommages, czyli serie prac poświęconych konkretnej osobie. Anna Baranowa w swojej książce o Kantorze i Stangret (kolejność nieprzypadkowa) określiła go mianem postmodernistycznego bricolage’u. Na ekspozycji jest oczywiście miejsce dla Kantora, ale ciekawszym wyborem jest postać Simone Weil – francuskiej filozofki, mistyczki i aktywistki żydowskiego pochodzenia, której śmierć (czy była to ofiara z samej siebie?) wciąż jest tematem żywej dyskusji w środowisku naukowym i nie tylko. Wybór Weil przez Stangret daje do myślenia – co powodowało artystką, co w postawie Weil podziwiała, za co ją ceniła? Pewną podpowiedzią jest wybór cytatów, które pojawiają się na kartach znajdujących się na płótnie: „Bóg powierzył wszystkie zjawiska bez wyjątku mechanizmowi świata” oraz „Skąd przyjdzie odrodzenie do nas, którzyśmy skazili i spustoszyli cały glob ziemski? Tylko z przeszłości, jeżeli ją kochamy”.

To także wyraźnie pokazuje, jak sztuka i życie w jej przypadku ze sobą współgrają, nakładają się na siebie i nie mają wyraźnych granic. Sama artystka przyznawała, że nie potrafi postawić granicy między pracą a życiem prywatnym. Do Cricoteki przeniesiono też rzut mieszkania przy ulicy Spokojnej, akcentując to za pomocą białych, wyklejonych na parkiecie linii, nawiązując tym samym także do Dogville Larsa von Triera, o czym wspomina kuratorka wystawy.

Maria Stangret w młodości chciała zostać aktorką, aplikowała nawet do szkoły teatralnej, dlatego nic dziwnego, że w jej życiu istotną rolę odegrał Teatr Cricot 2, którego była – jeśli można tak powiedzieć – stałą aktorką. Kantor obsadzał ją w swoich najważniejszych spektaklach, takich jak: Umarła klasa, Wielopole, Wielopole, Wariat i zakonnica, W małym dworku, Kurka wodna, Nadobnisie i koczkodany, Gdzie są niegdysiejsze śniegi. Na wystawie jej najlepsze role przypomina instalacja ze starych telewizorów. To zresztą chyba najlepiej znana i zbadana część jej działań artystycznych. O wiele mniej wiemy o jej miłości do literatury. Jest autorką awangardowej, surrealizującej powieści Pamiętnik dziadka, której fragmenty prezentowała w Galerii Foksal, a która została wydana w 2002 roku przez Grzegorza Musiała i Janusza Głowackiego, prowadzających wówczas Galerię 86 w Łodzi. Na wystawie możemy zobaczyć rękopis i maszynopis tego tekstu. To świetna zabawa intelektualna dla czytelniczki i czytelnika.

W części Prywatnie przyjrzymy się przedmiotom z miejsc, w których żyła, czyli mieszkania przy ulicy Spokojnej i domu w Hucisku. Fotografie, kompozycje z suszonych kwiatów, bibeloty, ulubione krzesło, pomalowany przez nią parawan dzielący pomieszczenie pracowni. Stangret swoją pracownię miała bowiem w domu. To także wyraźnie pokazuje, jak sztuka i życie w jej przypadku ze sobą współgrają, nakładają się na siebie i nie mają wyraźnych granic. Sama artystka przyznawała, że nie potrafi postawić granicy między pracą a życiem prywatnym. Do Cricoteki przeniesiono też rzut mieszkania przy ulicy Spokojnej, akcentując to za pomocą białych, wyklejonych na parkiecie linii, nawiązując tym samym także do Dogville Larsa von Triera, o czym wspomina kuratorka wystawy.

Maria Stangret uważała się przede wszystkim za malarkę, teatr kochała, literatura była jej odskocznią. Nie potrafiła zajmować się wszystkim dziedzinami jednocześnie. Oddawała się w pełni temu, co właśnie robiła. Dlatego można zaobserwować, że w okresie, kiedy grała, nie powstało zbyt wiele jej prac wizualnych – i odwrotnie. Z teatrem sporo podróżowała i nie potrafiła malować w pokojach hotelowych czy wynajmowanych domach. Potrzebowała własnej pracowni. Tę miała w swoim domu. Wszystkie te role uzupełniają się w stworzonym przez nią projekcie, jakim (jakkolwiek patetycznie to brzmi) było całe jej życie.

Wystawa Maria Stangret. Gra w miejsca to dopiero początek odkrywania artystki w oderwaniu od postaci Tadeusza Kantora, ale początek udany, który w mojej opinii daje nadzieję na retrospektywną wystawę malarki w niedalekiej przyszłości.

Sylwia Góra

Sylwia Góra

Kulturoznawczyni, literaturoznawczyni, doktorka nauk humanistycznych, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, autorka książki Ewa Kierska. Malarka melancholii [Universitas 2020] oraz Kobiety, których nie ma. Bezdomność kobiet w Polsce [Marginesy 2022], animatorka kultury, miłośniczka literatury pisanej przez kobiety oraz biografii nieznanych i zapomnianych artystek, stała współpracowniczka „Kultury Liberalnej” oraz „Kosmosu dla Dziewczynek”.