Nr 12 zima 2024 felieton Grzegorz Siembida

Notatki z Wiednia

„This Space Is Too Small For Our Bodies”, Robert Gabris, Belvedere

Nigdy nie sądziłem, że dołączę do grona artystów rezydentów. To specyficzna grupa, która umie się szybko zaadaptować i bez większego problemu pracować w każdym miejscu. Artyści rezydenci należą do jednego z kilku obiegów sztuki, często powiązanym z obiegiem instytucjonalnym, bo to właśnie przy instytucjach odbywają się najciekawsze rezydencje. Ja sam nigdy wcześniej nie interesowałem się rezydencjami – dla mnie pracownia jest bardzo ważna. Przed rozpoczęciem nowego cyklu pieczołowicie ją czyszczę, odmalowuję ściany. Jest to proces trochę podobny do przygotowywania podobrazia: tworzenie miejsca na coś, co dopiero powstanie. W trakcie malowania, oczywiście, przestrzeń pracowni się zmienia i staje się integralną częścią obrazów, aż do momentu, gdy powstaje chaos, którego nie da się już okiełznać. Dlatego też próba zaprzyjaźnienia się z nową przestrzenią w ciągu kilku miesięcy wydaje mi się niemożliwa. Lecz, cóż, stało się i jestem rezydentem w wiedeńskiej siedzibie Strabag Kunstforum. Trochę na przekór rezydencyjnym zwyczajom postanowiłem nie malować tu nowych prac, przynajmniej olejów, a poznać środowisko na zewnątrz i spróbować dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Postanawiam oglądać wystawy i obserwować lokalny artworld – ponoć to bardzo małe i hermetyczne grono – haha, chyba skądś to znamy. Prace, a raczej szkicowe zapiski, które tu powstaną, będą komiksowym, abstrakcyjnym komentarzem do obrazów i do twórczości artystów i artystek, z którymi zetknę się na wystawach, i które zrobią na mnie wrażenie (takie mam plany – zobaczymy, co z tego wyjdzie :).

Trafiłem do Wiednia od razu na artystów z czołówki światowego artworldu. W ciągu tygodnia zobaczyłem kilkadziesiąt wystaw naprawdę dobrej sztuki, od klasyki: Robert Motherwell (Kunstforum), Katharina Grosse (Albertina) – po wschodzące gwiazdy: Robert Gabris (Belvedere) czy wszechobecną AI. Podzielę się z wami wrażeniami, jakie wywarły na mnie niektóre z tych wystaw. Zacznę od Pawilonu Secesji – w końcu jestem w Wiedniu 🙂

 

Pawilon Secesji – wybudowany w latach 1897–1898 na udostępnionej przez miejską administrację działce przy ulicy Wienzeile. Joseph Maria Olbrich wzniósł nowoczesny gmach wystawienniczy, który stał się symbolem Wiednia i wiedeńskiej secesji i był to pierwszy WHITE CUBE w dziejach – jak później stwierdzono. Praktycznie w tym samym czasie, na bardzo podobnych warunkach i z podobnym pomysłem powstaje krakowski Pałac Sztuki – jako siedziba Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Obie instytucje nadal funkcjonują, mają podobną strukturę zarządzania i realizują program wystawienniczy sztuki współczesnej. Niestety, na tym kończą się podobieństwa. Program wiedeńskiej instytucji skupia się na pokazywaniu najciekawszych zjawisk sztuki współczesnej z całego świata i jest „trochę bardziej współczesny” od tego krakowskiego. Zresztą wystarczy sobie odpowiedzieć na pytanie, kiedy ostatni raz byliśmy w Pałacu Sztuki…

W pawilonie Secesji zobaczyłem świetną wystawę amerykańskiego artysty Tishana Hsu (urodzony w 1951 roku, mieszka i pracuje w Nowym Jorku). Jego prace były eksponowane w głównej sali The Milk of Dreams podczas 59. Biennale w Wenecji w 2022 roku. W tekście kuratorskim możemy przeczytać, że dla artysty „świat, który nas otacza, jest jak matryca, z której wszystko może wyniknąć w dowolnym miejscu – kompozycje obrazów łączące wzory cyfrowe z odlewami silikonowymi fragmentów ciała ludzkiego lub zwierzęcego wyrastają ze ścian, instalacja Car-Body zdaje się unosić w powietrzu w galerii, a jedna ze ścian jest wyłożona tapetą cyfrowego wzoru, który powtarza formy z obrazów. Ściana wideo LED pokazuje nieograniczoną, trwającą transformację cyfrowo generowanych form, towarzyszą jej dźwięki natury, które wypełniają przestrzeń. Przenikanie się cielesności fizycznej z wirtualnymi cyfrowymi formami, które eksploruje i wizualizuje twórczość Hsu, odzwierciedla się w tytułach, takich jak: screen-body-data, pig ear-screen-skin 2, grass-screen-skin / object 3, double-breath-green-2, i Breath 9, których opisowy numeryczny charakter przypomina naukowe serie eksperymentalne. Numery sugerują iteracyjny charakter prac: są to wersje i mutacje, a nie pojedyncze manifestacje”.

 

Jakość wykonania prac oraz dbałość o ich estetyczne aspekty wzbudziły we mnie największy podziw. Każdy obraz zaokrąglony na rogach i sprofilowany do ściany ukazuje piękną biologiczną linię. Obrazy zawieszone na ścianach sprawiają wrażenie jakby lewitowały poprzez podświetlenie ich od spodu delikatnym kolorem światła led. Formy, które zostały zbudowane na płaszczyźnie obrazów, reliefy z żywicy, są tak dopasowane i technicznie perfekcyjnie przymocowane, że ma się wrażenie jakby istniały tam od zawsze.

Chciałbym też wspomnieć o wystawie zbiorowej współczesnej tkaniny i ceramiki w muzeum MAK (obiektem zainteresowania Muzeum Sztuki Stosowanej jest sztuka i rzemiosło, placówka znajduje się przy Stubenring 5).

„HARD/SOFT: Textiles and Ceramics in Contemporary Art” , Muzeum MAK

HARD/SOFT: Textiles and Ceramics in Contemporary Art potrwa do 20 maja i ma polskie akcenty, a nawet polską dominantę – potężne dwa czarne abakany – które przyćmiły resztę pokazu. Obiekty Abakanowicz zagarniają przestrzeń nie tylko formą, skalą i kolorem, ale i zapachem, który unosi się w sali, infekując odbiór innych wystawionych prac.

HARD/SOFT: Textiles and Ceramics in Contemporary Art” , Muzeum MAK

„Wystawa prezentuje prace około 40 artystów z Austrii i różnych zakątków świata, których praktyka artystyczna czerpie z technik rzemieślniczych, takich jak haft, wiązanie węzłów czy tkactwo, a także rzeźbiarstwo, odlewy z formy i wypalanie ceramiki. Rzeźby, instalacje i prace malarskie, obejmujące również haftowane obrazy, patchworki i gobeliny, ukazują ogromny zakres strategii artystycznych i interdyscyplinarnych, łączących sztuki wizualne i stosowane, architekturę, muzykę i przestrzeń cyfrową. Te prace dają wgląd w metody produkcji, pozwalają zajrzeć do pracowni i warsztatów, a także współpracę ponad podziałami między różnymi dziedzinami sztuki. Tekstylia i ceramika mają kulturowe znaczenie dla społeczności; splecione są z systemami ekonomicznymi i politycznymi. Obok namysłu nad cechami charakterystycznym materiałów, wystawa rozważa idee feministyczne, eksplorowanie ciała, stawia pytania dotyczące kulturowego przywłaszczania oraz stereotypów płciowych”.

Oprócz Abakanowicz, możemy tam obejrzeć prace takich polskich artystek, jak Agnieszka Brzeżańska czy Małgorzata Mirga-Tas. Prace tej ostatniej, Parawany, wydają się za małe, zwłaszcza gdy stoją obok gigantycznej ceramicznej mozaiki grupy Gelatin w wąskiej podłużnej sali. Po monumentalnych realizacjach w Pawilonie Polskim na Biennale w Wenecji czy na wystawie w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie, gdzie Mirga-Tas wykorzystywała skalę jako atut, parawany nie radzą sobie z proporcjami pomieszczenia i po prostu w nim znikają. Szkoda, że kuratorka Antje Prisker podjęła taką decyzję, niestety na niekorzyść Mirgi-Tas.

 

I na koniec Belweder 21 (galeria przypominająca Bunkier Sztuki, ten, który pamiętamy z czasów Magdaleny Ziółkowskiej, zarówno jeśli chodzi o program, jak i architekturę samej galerii, która mieści się w modernistycznym budynku).

Parter to surowa, otwarta i przeszklona przestrzeń, która nie sili się na bycie white cube, bo nie może nawet do tego aspirować. Piętro to trudna przestrzeń wystawiennicza – jest to amfiteatr otwierający się na dolną galerię. W piwnicach znajduje się sala, w której odbywają się projekcje oraz wykłady, a obok jest mała sala, najbardziej zbliżona do klasycznej przestrzeni wystawienniczej. Program galerii obejmuje wystawy zarówno sztuki najnowszej, młodych artystów, jak i pokazy artystów już uznanych. Galeria posiada bogaty program partycypacyjny i zrzesza działaczy społecznych, aktywistów, lokalne off-space’y. Jednym słowem, to nie tylko galeria, która swoją misję kończy na produkcji wystaw, ale przede wszystkim miejsce żywe, wokół którego działają artyści i społeczność lokalna.

 

Renate Bertlmann Fragile Obsession

Wystawa potrwa do 3 marca

 

Fragile Obsession jest retrospektywną wystawą austriackiej artystki Renate Bertlmann, uznawanej za jedną z głównych postaci awangardy feministycznej. Artystka reprezentowała Austrię na Biennale weneckim w 2019 roku.

Obecna retrospektywa, zorganizowana z okazji 80. urodzin artystki, odbywa się w górnej części galerii i „obejmuje około dwustu eksponatów, począwszy od późnych lat 60. aż po jej najnowszą twórczość, w tym ikoniczne prace z lat 70., kluczowe rzeźby i instalacje, fotografie performatywne oraz rysunki, a także liczne prace, które będą prezentowane po raz pierwszy”. W tekście możemy przeczytać, że: „Radykalne, ironicznie prowokacyjne prace Bertlmann obalają społeczne przypisywanie ról i stereotypy płci, kobiecości i męskości, skupiając się na ciele kobiety jako polu bitwy oraz na ambiwalencjach przyjemności i bólu, pożądania i dyscypliny, czułości i wrażliwości. Artystka czerpie zarówno z estetyki konceptualnej, jak i popkulturowej, zawłaszcza pornografię i kicz z odmienioną perspektywą, odwołuje się do literatury, filmu, medycyny, religii i duchowości. Jej prace cechuje zainteresowanie eksperymentowaniem z różnymi mediami i materiałami, takimi jak fotografie koncepcyjne, rysunki, obrazy, kolaże, rzeźby z lateksu i pleksiglasu, performanse oraz instalacje o dużych rozmiarach”.

Przyznam szczerze, że wcześniej znałem tylko pojedyncze prace tej artystki, dlatego retrospektywna wystawa wydawała się świetną okazją na poznanie jej twórczości w szerszym kontekście. Niestety, wielka liczba prac pokazanych w przestrzeni, która jest dość specyficzna, zrobiły na mnie złe wrażenie. Chaos oraz różnorodność mediów, jakich artystka używała, sprawiały, że dominował wizualny bałagan, który zakłócał wydźwięk mniej krzykliwych prac, m.in. rysunków i minimalistycznych kolaży. Już po kilku minutach oglądania wystawy miałem wrażenie, że kuratorka Luisa Ziaja chciała pokazać wszystko, co tylko możliwe – bo w końcu to retrospektywa. Niestety, wyszło to niespójnie: obok prac z lat 70., wybijających się na tle współczesnych realizacji przede wszystkim estetyką, która mimo kontrowersyjnych treści, czasem nawet wulgarnych, sprawiała, że prace te były wręcz ikoniczne, wykwitały prace współczesne. Najnowsze realizacje już nie balansują na granicy kiczu ani nie wykorzystują jego estetyki, tylko po prostu się nim stają. Po tej wystawie zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to czasem „zasługa” starzenia się medium, w którym artystka pracowała wcześniej. Fotografia analogowa, lateks po prostu są vintage i przez to stają się poniekąd ikoniczne, natomiast sztuczne kwiatki i współczesne wydruki być może dopiero za kilkanaście lat zaczną dobrze wyglądać. A może są tacy artyści, którzy wstrzelają się świetnie w odpowiedni czas ze swoją twórczością, tematyką oraz rozwiązaniami formalnymi i jest to tylko jeden celny strzał, który trwa kilka lat (a w przypadku Renate Bertlmann – dekadę)?

 

Drugą część mojej opowieści poświęcę galeriom komercyjnym i przestrzeniom off-space’ów – pod koniec stycznia szykuje się wysyp wernisaży, więc będzie o czym plotkować. Postanowiłem też poprosić kilka osób o oprowadzenie mnie po Wiedniu – po tych ukrytych i niedostępnych zazwyczaj miejscach.

Grzegorz Siembida

Grzegorz Siembida

Ur. w 1984 roku w Nisku. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie; dyplom na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Andrzeja Bednarczyka w 2009 roku. W 2022 roku uzyskał tytuł doktora na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie (rozprawa doktorska pt. Po godzinach została wyróżniona). Zajmuje się malarstwem i instalacją malarską. Mieszka i pracuje w Krakowie.