„Zorganizowałyśmy sobie główny obieg”. Z Jadwigą Sawicką i Lilą Kalinowską rozmawia Magdalena Ujma
Magdalena Ujma: To pytanie zadają wam pewnie wszyscy, którzy odwiedzili was w Przemyślu: Czym waszym zdaniem jest prowincja? Jaki macie do niej stosunek?
Jadwiga Sawicka i Lila Kalinowska: Nikt nam nie zadał takiego pytania.
M.U.: A myślicie, że ten termin jest jakoś przydatny? Coś określa?
L.K.: Ja mam poczucie, że prowincja to jest wszystko, co znajduje się poza Warszawą. Są oczywiście inne duże ośrodki, które jeszcze się przebijają… Chodzi mi o to, czy ktoś o tym usłyszy, jak się coś robi na tej prowincji. Stąd jest bardzo trudno dotrzeć ze swoimi działaniami do świadomości tych, którzy się znajdują poza takim miejscem. Na przykład punkty do ewaluacji na uczelniach artystycznych, które są przyznawane za udziały w wystawach, dostaje się za wystawy w głównych ośrodkach, a reszta jest nieważna.
M.U.: Czyli właściwie poza Warszawą od razu zaczyna się prowincja. I jest ona wykluczeniem z widzialności.
J.S.: Potrzeba zorganizowania „Centrum światów…” wzięła się stąd, że myśmy czuły, że jesteśmy na prowincji, poza głównym obiegiem i ten główny obieg musimy sobie zorganizować. Co do prowincji, to ja w ogóle nie uważam tego słowa za negatywne. Posługuję się nim często. Prowincja ma dużo zalet.
M.U.: Jakich na przykład?
L.K.: No, takich, że jesteśmy w małym mieście, gdzie można zrobić coś ważnego. Że jest krótka odległość między akcją i reakcją. Mam wrażenie, że robienie „Centrum światów…” w Warszawie nie miałoby sensu.
M.U.: Czy na prowincji sztukę odbiera się inaczej niż w centrum?
L.K.: Tak, tak.

Prezentacja projektu „Centrum światów jest tutaj” i zdjęcie budynku Domu Ukraińskiego w Przemyślu na wystawie Widoki z bliska w BWA w Katowicach w roku 2024, fot. J. Sawicka
M.U.: A jaki jest ten odbiór? I czy na pewno dobry? Czy spotkałyście się z reakcjami kompletnego niezrozumienia?
J.S.: Wracając jeszcze do prowincjonalności, to jest dla mnie jakaś wartość. Prowincja czasami ma większą nośność, a czasami mniejszą, ale jest po prostu czymś, z czym można coś zrobić. Może nawet ma więcej minusów, ale tak się dzieje, kiedy jest się outsiderem.
W warunkach artystycznych ona ma potencjał, bo daje trochę dystansu. Z własnego doświadczenia powiem, że kiedy pracowałam jako nauczycielka w liceum, nie od plastyki, było to dla mnie czymś wartościowym. Mogłam się przenosić, tu albo tu. Byłam panią od angielskiego z zapleczem sztuki, a w polu sztuki – byłam artystką z doświadczeniem nauczycielki angielskiego. Więc dla mnie to było jakąś wartością, może skromną, bo nie przekładało się na jakieś super korzyści, ale psychologicznie mi pomagało. Ułatwiło trochę poradzenie sobie z różnymi trudnościami, które wynikały na przykład z nieobycia towarzyskiego. Miałam własny margines…
Przechodząc płynnie do drugiego pytania: czy odbiór ze zrozumieniem? Oczywiście, było mnóstwo niezrozumienia, całe masy niezrozumienia i można powiedzieć, że to wartość stała.
M. U.: No, a dla kogo robicie „Centrum światów…”: dla siebie, dla mieszkańców Przemyśla, dla przyjezdnych, którzy pojawiają się na waszym wydarzeniu?
L.K.: Chcemy robić taką imprezę, na którą same chciałybyśmy pójść. Tak więc w tym sensie dla siebie, ale także – ogólnie rzecz biorąc – dla miasta. Żeby jednak pokazać (choć nie wiadomo komu, ale jednak), że środowisko artystyczne nie kończy się na tym najbardziej widocznym.
J.S.: Tak, też dla siebie w takim sensie, żeby czuć, że to miasto jest jeszcze nasze i że są w nim nasze przestrzenie. Bo wiemy przecież, że istnieją w nim rzeczy, z którymi się nie zgadzamy. Chcemy więc, żeby pojawiły się też miejsca na rzeczy, które dla nas są świetne. Dzięki „Centrum światów…” jeszcze czuję związek z miejscem, to jest dla mnie osobisty zysk. Ale ważne jest dla nas myślenie o tym, że robimy to dla miasta, że miasto jest dzięki temu ciekawsze, że nie jest tylko na przykład ultra-prawicowe albo ultra-patriotyczne. Staramy się przywracać jakąś równowagę. To jest chyba przecenianie tego, co robimy, bo druga strona ma znacznie większy ciężar, ale jednak myślenie o tym, że robimy „Centrum…” dla miasta, jest ważne i motywuje nas do działania.

Oprowadzanie kuratorskie, sień kamienicy Rynek 26 i instalacja Anny Królikiewicz, 2021, fot. A. Mikrut
M.U.: A macie pozytywne dowody odbioru ze strony osób z Przemyśla? Nie typu „co to znowu tam się wyprawia”, lecz świadczące o zrozumieniu. Ktoś śledzi to, co robicie, macie swoich fanów?
J.S.: Lila, ilu masz obserwatorów?
L.K.: Oj, nie wiem. Ale mamy sygnały, które czujne oko wyłapuje. Na przykład to, że ludzie pytają, kiedy będzie „Centrum światów…”. Uważam, że to jest znak, że uznali je za swoje, że przychodzą, a potem chwalą, że fajne. Widać, że ludzie się tym karmią. Trochę jak my. I to jest dla mnie fajne. „Centrum światów…” organizujemy już od dobrych paru lat i zdarza się, na przykład, że słyszę w rozmowie, jak ktoś mówi, że jakaś praca go poruszyła, że ją pamięta i ona na niego wpłynęła. Dla mnie to komplement.
M.U.: A kiedy zapraszacie uczestników do następnych edycji „Centrum…”, to coś od razu zakładacie? Chcecie, żeby dana osoba coś konkretnego zrobiła, odniosła się do jakiegoś miejsca w Przemyślu, historii, faktu, zdarzenia? Zauważyłam, że u was nie ma takiego naiwnego wymogu, że artysta, który w ogóle nie zna danego miejsca, ma nagle coś na jego temat stworzyć. Ale kładziecie nacisk na działania site specific.
L.K.: A wiesz, że taka była pierwsza edycja? Odbyła się w grudniu, a w listopadzie był przyjazd studyjny. Zaprosiłyśmy Magdę i Ludomira Franczaków, i Ewę Zarzycką. Spędzili w Przemyślu dwa dni. Chodziliśmy po mieście i o nim rozmawialiśmy. Taka była nasza idea, że prace miały wynikać z sytuacji, z miejsca i tak dalej. Później jednak się okazało, że i w dużym budżecie imprezy takie podejście się nie mieści. Gdybyśmy miały te wszystkie osoby, które przyjeżdżają na „Centrum światów…” zapraszać wcześniej na dwa-trzy dni, to byśmy nie dały rady finansowo. Dlatego nasze podejście się zmieniło. Proces zapraszania artystów jest bardzo różny. Dużo osób przywozi swoje prace, ale też dużo rozmawiamy z tymi osobami…
J.S.: Tak, bo zapraszamy do uczestnictwa konkretne osoby dlatego, że robią takie, a nie inne rzeczy. Wysyłamy im zdjęcia miejsc, rozmawiamy z nimi. Czasami myślimy o jakiejś osobie i pracy, czy rezonowałaby z jakimś miejscem lub zagadnieniem… Wymyślamy te zagadnienia. Szukamy tekstów literackich, które mają podobny charakter, nastrój. Wysyłamy artystom te teksty, licząc, że stworzą jakieś tło, na którym się razem znajdziemy. To z upływem lat stawało się coraz ważniejszym elementem w myśleniu o kolejnych edycjach. Ale czasami też myślimy o konkretnej pracy. Tak było z artystkami z Ukrainy. Lila prowadziła program rezydencji w Domu Ukraińskim. Artystki były w Przemyślu, więc ich obecność na „Centrum światów…” wyniknęła z okoliczności.
L.K.: To były miesięczne rezydencje i przez prawie dwa lata co miesiąc gościło u nas sześć osób, więc artystek, głównie kobiet, było bardzo dużo. Nie wszystkie zajmowały się sztukami wizualnymi, ale większość tak – jakieś osiemdziesiąt procent.
Zapraszamy więc, bo konkretna praca, performans czy wideo, zrobiły na nas wrażenie lub po prostu pasowały do edycji. Czasem też się tak zdarzało, że miałyśmy w głowie coś konkretnego, ale w rozmowie z autorką lub autorem, okazywało się, że ta osoba ma inną pracę, która bardziej by nam odpowiadała. Tak było na przykład z Pawłem Matyszewskim, którego świetne makatki pokazałyśmy na „Centrum”, ale początkowo rozmawiałyśmy z nim o czymś innym.

Wykład Marka Krajewskiego i performans Marii Bitki w Galerii Sztuki Współczesnej w roku 2023, fot. M. Horwat
M.U.: Paweł Matyszewski dobrze czuje klimat prowincji.
L.K.: Nie miałyśmy takiego klucza, że prowincja, czyli obrzeża czy peryferia…
M.U.: W Polsce po przystąpieniu do Unii wybuchła moda na festiwale sztuki w przestrzeni publicznej. Włodarze miast wyobrażali sobie, że można w ten sposób wypracować nowy wizerunek miejscowości, zadziałać marketingowo. Stąd, mam wrażenie, sztuka w przestrzeni publicznej jest traktowana często jako rodzaj dość przypadkowej rozrywki. Drugim, niezbyt mądrym podejściem, jest to, że przyjeżdżają artyści i robią mural, żeby „upiększyć” jakieś zaniedbane podwórko. Istnieją przecież programy rewitalizacji zaniedbanych dzielnic (nawiasem mówiąc – z przygotowaniem ich do gentryfikacji) i zastanawiałam się, jak takie działania mogą odbierać mieszkańcy. Według mnie są dla nich jednak dość problematyczne, bo pokazują, że ich zdanie się nie liczy. Wy z kolei omijacie te rafy, wprowadzacie sztukę w przestrzeń miasta po swojemu, bez zadęcia i z troską o odbiór.
J.S.: My zaczęłyśmy już po tej modzie.
M.U.: Tak, zaczęłyście później.
L.K.: I nasze działanie nie jest miejskie.
M.U.: No właśnie, pracujecie niezależnie, oddolnie.
J.S.: Ja mam wrażenie, że my jesteśmy stąd, ze środka, więc dla nas ważny jest nie tyle ogólny kontekst przestrzeni publicznej, ile sytuacje i samo miasto, w jego współczesności i w stosunku do przeszłości, do tych relacji, które tutaj są tak bardzo poplątane. Pracują z nami wolontariusze, wydarzenia rozgrywają się także wokół Domu Ukraińskiego i podobnych miejsc, które mają swoje historie bardziej złożone niż podaje oficjalna narracja. Obecność duchów tych miejsc i próba dotknięcia konkretnych problemów, które wpływają na nasze życie – to właśnie jest istotą naszego projektu. Jeśli się mówi, że „Centrum światów…” jest festiwalem w przestrzeni publicznej, to właściwie nie określa to tego, co robimy, chociaż wydarzenia i działania, interwencje wydarzają się w tej przestrzeni. Nie to jednak jest najważniejsze.
M.U.: Dla was ważne jest spotkanie w Przemyślu, rozmowy i wspólne doświadczanie sztuki.
L.K.: Tak, kiedy zapraszamy kogoś, kogo nie znamy, a znałyśmy prace tej osoby, spotykamy się na równych warunkach. Szukamy porozumienia i rozmawiamy na równych prawach. Pokazujemy miasto w naszej perspektywie i możemy równocześnie popatrzeć na nasze miasto z ich perspektywy, co jest dla nas bardzo ciekawe. W moich oczach przynajmniej, wtedy to miasto trochę zyskuje.
J.S.: Myśmy w ogóle dosyć długo szukały równowagi pomiędzy tak zwaną częścią artystyczną i teoretyczną. I wydaje mi się, że dopiero w czasie edycji „Celebracje. Narodowe, prywatne, alternatywne” w 2023 udało nam się to uzyskać. Widzimy, jak ewoluował sposób organizowania „Centrum światów…”, bo na początku był koordynator naukowy, prelegenci oraz artyści i artystki. Dużą zmianę spowodowały działania performatywne. Włączenie performansu nastąpiło dzięki Pawłowi Korbusowi, i stał się on mostem między wystąpieniami teoretycznymi a częścią wizualną.
L.K.: Drugim bardzo ważnym czynnikiem stało się znalezienie odpowiedniego balansu na współbycie i wspólne doświadczanie własnych prac. Rozbicie wystawy na części składowe spowodowało, że trzeba się przemieszczać między lokalizacjami. Jest to także ogromny wysiłek organizacyjny. Wystawa w siedmiu czy ośmiu miejscach oznacza konieczność ogarnięcia każdej z tych przestrzeni, znalezienia kogoś, kto ich przypilnuje. Ale z drugiej strony taka opcja jest super, bo powoduje powstanie wielu szczelin, w których można pobyć ze sobą razem.
J.S.: Ten element przestrzenny jest dla nas bardzo ważny, tak samo jak element opowiadania. Cały czas myślałyśmy, jak to pogodzić. Na początku zrobiłyśmy część prelekcji w kawiarni, co technicznie nie wyszło jakoś dobrze, bo ekspres hałasował, było ciasno i niewygodnie, ale było ciekawie, bo wystąpienia zostały wyjęte z utartego schematu konferencji. Dalej więc poszukiwałyśmy. Trzeba też rozróżnić wykład osoby, która jest historykiem, od na przykład prezentacji Agi Szreder, która mówiła o wspaniałym projekcie 100 FLAG na stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety. To już inne mówienie, do którego można wykorzystać pustostan. Ale bardzo nam dobrze zrobiło, jak Galeria Sztuki Współczesnej udostępniła nam miejsce: to tam odbył się wykład Marka Krajewskiego, a w tle performans Marii Bitki.
L.K.: Dom Ukraiński w pierwszych edycjach stanowił centrum wydarzeń, bo wykorzystywaliśmy i okna, i puste pomieszczenia, i korytarze. Teraz nie możemy już tak swobodnie planować, budynek wypełniony jest dzisiaj swoją intensywną działalnością. Jest dla nas nadal przestrzenią, z której korzystamy, ale po remoncie przestał był być dla nas tak atrakcyjny wystawienniczo niż wtedy, gdy był pustostanem.

Centrum światów… w 2022 roku. „Schronienie/więzienie”. Podwórko kamienicy Rynek 26, fot. F. Polaczek
M.U.: Wypracowałyście w końcu odpowiadający wam model wydarzenia, który bazuje na stałej współpracy i stałych uczestnikach „Centrum światów”. Nie jest to sformalizowane, bo polega na wzajemnym porozumieniu i przyjaźni.
L.K.: „Centrum…” organizowane jest dzięki wsparciu i zaangażowaniu wielu osób, wokół działań wytworzyła się dobra atmosfera.
J.S.: Nie wyobrażamy sobie „Centrum światów…” bez Pawła Korbusa, który przez chwilę był także współkuratorem.
L.K.: Zapraszamy jednak bardzo różne osoby, ten skład nie jest stały, choć wiele osób pojawiło się parę razy.
M.U.: Współpracujecie z podobnymi inicjatywami w Polsce i na świecie? Przychodzi mi do głowy na przykład Zgorzelec.
J.S.: Tak, to Streifen Performance Festival. Oni są naszym partnerem.
L.K.: Współpraca z nimi to modelowy przykład partnerstwa w praktyce. Myśmy rzeczywiście się polubili. Byliśmy razem na warsztatach, wspieramy się nawzajem, wymieniamy kontaktami, podsuwamy prace. Mamy podobne kryzysy, podobnie sobie organizujemy pracę. Więc, z jednej strony – oni są zupełnie inni, bo mają festiwal poświęcony tylko performansowi, bardziej rozciągnięty w czasie. Ale wciąż jednak jest dużo podobieństw, no i dużo sympatii.
M.U.: Miastem położonym na granicy jest Cieszyn. Na ostatnią edycję „Centrum światów…” przyjechała stamtąd Joanna Wowrzeczka.
L.K.: Od wielu lat miała zaproszenie do Przemyśla. Czuję między nami podobieństwo, dlatego, że jesteśmy radnymi miejskimi i polityczkami.
M.U.: A czy sądzicie, że w czasie władzy Zjednoczonej Prawicy, kiedy osłabła pozycja galerii centralnych, pojawiła się szansa dla małych galerii położonych na prowincji?
J.S.: Nie zauważyłyśmy zmian. Centralnym instytucjom się pogorszyło. Możliwe, że większe finanse szły do gminnych domów kultury – i to oczywiście w porządku – ale na innego rodzaju działania niż na sztukę współczesną. Nie było tak, że galerie, które zajmują się sztuką zaangażowaną, dostały szansę na większy rozwój. Może upraszczam, ale tamta sytuacja nie przełożyła się na polepszenie kondycji galerii.
L.K.: Mamy system projektowy i pieniądze na działalność trzeba wydzierać, pisząc projekty. Galerie konkurują z inicjatywami oddolnymi. Właśnie to się zmieniło, że finanse są do zdobycia nie tylko przez galerie, bo można z nimi konkurować, co jest oczywiście konkurencją nierówną, bo wiadomo, że galeria czy jakakolwiek inna instytucja ma podstawę do działania, mają ludzi, sprzęt, miejsce. Odwrotnie niż my. Więc konkurencja jest nierówna, ale jednak jest jakaś szansa na znalezienie dofinansowania.
M.U.: Przeżyć jako NGO w takich warunkach – to jest dopiero wyczyn!
L.K.: Nie mamy zapewnionego bezpieczeństwa i płynności działania. Nie mamy wsparcia w rozliczaniu, wydawaniu, przygotowywaniu umów. Brak nam miejsca, magazynu, zwykłej pomocy technicznej. Strasznie trudno działać bez instytucji.
M.U.: Żyjecie od projektu do projektu i nie macie szansy na zdobycie funduszy, po to, żeby zapewnić ciągłość funkcjonowania.
L.K.: Każdorazowo, jak dostajemy fundusze, co jest zawsze doskonałą wiadomością, to one się pojawiają w ostatniej chwili. Więc zawsze robimy sobie plan minimum i plan maksimum. Ale jeżeli dowiadujesz się o pieniądzach z początkiem sierpnia, a impreza jest we wrześniu, to jest już za mało czasu, żeby kogoś zaprosić, żeby to zorganizować. Postawiłyśmy sobie wysoko poprzeczkę, bo przygotowujemy przewodnik, który jest dla nas bardzo ważną częścią „Centrum światów…”, gdyż znajdują się tam nie tylko teksty literackie, o których wspominała Jadwiga, ale też opisy prac i biogramy osób uczestniczących. Zależy nam na tym przewodniku, bo wystawa i inne wydarzenia szybko znikają, a publikacja zostaje.
M.U.: Czyli stawiacie na dostępność?
L.K.: Tak. A z powodu tej niepewności finansowej bierze się to nasze opieranie się na zaprzyjaźnionych osobach. Im możemy powiedzieć, że teraz nie ma pieniędzy, ale liczymy na to, że przyjadą.
M.U.: Co uważacie za swój sukces? Samo przetrwanie? Która to edycja była w ubiegłym roku?
J.S.: Już siódma.
L.K.: Tak, siódma. Obserwujemy, jak się zmienia i widzimy, jak sama praca nad formułą jest twórcza. Możemy sobie nasze porażki przerobić i potraktować je tak, żeby nie powróciły. Sukcesem jest to, że „Centrum…” w ogóle się odbywa, uczymy się na kolejnych edycjach. Jeżeli coś wyszło bardzo fajnie, zastanawiamy się, jak to powtórzyć, żeby było jeszcze lepsze niż poprzednio.
M.U.: Zdarzały się afery i konflikty?
J.S.: Nieprzewidziana (przez nas) kontrowersja pojawiła się przy okazji flag, które zaprojektowałam dla naszego wydarzenia, jeszcze w 2019 roku. Flagi są różowo-czarne, miały mieć zresztą cieplejszy odcień, no, ale wyszedł róż dosyć mocny. Jednak nie przyszło nam na myśl, że będzie to odbierane jako czerwono-czarna flaga „banderowska”… No, ale to jednak specyfika regionu. Uświadomiły nam to podsłuchane komentarze, przykre, bo pełne zadawnionego resentymentu.
L.K.: To samo pojawiło się w kontekście tablicy poświęconej pamięci Heleny Deutsch.
J.S.: Tablica upamiętniająca trzy wybitne Przemyślanki: Polkę, Żydówkę, Ukrainkę, była wspaniałym projektem ale w pewnej chwili stała się konfliktowa. Wiedziałyśmy, że w kamienicy Rynek 26 mieszkały Helena Deutsch (wtedy Rosenbach), później znana psychoanalityczka, i Ołena Kulczycka, ukraińska artystka i patriotka. Nasz kolega, historyk Tomasz Pudłocki, powiedział nam, że mieszkała tam też Wincenta Tarnawska, polska działaczka niepodległościowa. Było to w różnym czasie, więc one nigdy się nie spotkały, ale łączyło je miejsce. Ale połączenie nazwisk polskiej i ukraińskiej patriotki wywołało oburzenie, ataki – słowne, a potem zniszczenie tablicy. Kiedy opowiadamy o tym, to ludzie myślą, że chodziło o antysemityzm.
L.K.: Dzisiaj łatwiej nam o tym mówić, bo mamy większy dystans. Możemy sobie powiedzieć, w którym momencie powinnyśmy były zachować się inaczej. Ale na pewno zupełnie nieświadomie i niechcący wdepnęłyśmy w coś, czego nie chciałyśmy.
J.S.: Nie przypuszczałyśmy nigdy, że to pójdzie w tak złym kierunku. To była dla nas lekcja, na co Przemyśl jest gotowy, a na co nie. Kolejną edycję poświęciłyśmy pomnikom i pamiątkom.
M.U.: A ta tablica była przy okazji pierwszej edycji?
J.S.: Ona miała być odsłonięta na drugiej. Mówiłyśmy, że ma być materialnym śladem. Używałyśmy tego określenia, wtedy chciałyśmy, żeby zostało coś trwałego, bo samo wydarzenie jest efemeryczne.
M.U.: Bo to jest cechą waszego wydarzenia, że jest w większości niematerialne. To są spotkania, performansy, wystawy, które trwają bardzo krótko, oprowadzania. Organizujecie jeszcze inne aktywności oprócz „Centrum światów…”?
L.K.: Zakończyłyśmy właśnie Projekt Komentarz. Wyniknął z tego, że w pomieszczeniach pustostanu w Rynku przeznaczonych do remontu dla Galerii Sztuki Współczesnej była witryna, którą chciałyśmy wykorzystać. Każda interwencja w oknie była tymczasowa, zmieniałyśmy ekspozycję co około dwa tygodnie. Właśnie ta tymczasowość wydała nam się interesująca, bo niezobowiązująca.
M.U.: Ale lokalsi pewnie kojarzą miejsce z tym, co mieściło się tam wcześniej?
J.S.: Niekoniecznie, bo bardzo długo stało puste, były problemy z własnością. Dopiero od roku wiadomo, że po generalnym remoncie przeniesie się tutaj Galeria Sztuki Współczesnej. Ten projekt zmienił się w trakcie. Na początku zapraszałyśmy do niego różne osoby, miał być szybką interwencją, spontaniczną reakcją na coś bieżącego. Tylko, że w którymś momencie się okazało – i to bardzo szybko – bo zaczęłyśmy w listopadzie, a w marcu się okazało, że nie można wchodzić do środka. Mogłyśmy działać tylko na zewnątrz, na szybach. Nie mogąc zaoferować godziwych warunków, nie miałyśmy śmiałości zapraszać osób z zewnątrz, więc zmieniłyśmy formułę i zaczęłyśmy pracować same. Projekt trwał rok.
J.S.: Dobre w tym projekcie było to, że my go prowadziłyśmy pod szyldem Galerii Sztuki Współczesnej, która zaprosiła nas do współpracy. Dla nas to nowe doświadczenie, czułyśmy wsparcie i ochronę instytucji.
W grudniu zakończyłyśmy projekt Komentarz wystawą „Upadasz, nie wstawaj”. Była ona podsumowaniem, ale i okazją, żeby pokazać prace niezrealizowane, skomentować funkcjonowanie Komentarza, nasze reakcje na trudności i przeszkody. Do tego odnosi się tytuł wystawy.
M.U.: A jak się czujecie po ubiegłorocznej edycji „Centrum światów…”, która była bardzo okrojona względem poprzednich, z powodu braku finansowania?
L.K.: „Centrum…” każdego roku jest dla nas sporym wysiłkiem – łącznie ze sprzątaniem i rozliczaniem już po wydarzeniu. Ubiegłoroczne odbyło się przyjemnie i szybko, bo było taką nie-edycją.
M.U.: Nie dostałyście dofinansowania, ale otrzymałyście ogromne wsparcie od osób zaprzyjaźnionych.
L.K.: Poprosiłyśmy o pomoc.
J.S.: Otrzymałyśmy zaskakująco dużo, co może prowadzić do optymistycznego wniosku, że można nie przejmować się brakiem dofinansowania. Ale nie chcemy tak funkcjonować na dłuższą metę..
L.K.: Na szczęście w tym roku otrzymaliśmy wsparcie MKiDN na trzy kolejne edycje. Organizujemy więc pieniądze na wkład własny, ale mamy poczucie docenienia.
„Centrum światów…” odbędzie się więc 11–13 września. Bardzo zapraszamy do Przemyśla, bo Przemyśl jest wspaniały.
Magdalena Ujma
Historyczka i krytyczka sztuki, kuratorka wystaw i projektów z zakresu sztuki współczesnej. Ukończyła studia z historii sztuki (KUL) i zarządzania kulturą (Ecole de Commerce, Dijon). Prowadziła Galerię NN w Lublinie, pracowała w redakcji kwartalnika literackiego „Kresy”, w Muzeum Sztuki w Łodzi i w Galerii Bunkier Sztuki w Krakowie. Obecnie sprawuje opiekę nad kolekcją w Ośrodku Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora „Cricoteka” w Krakowie. Jest wiceprezeską Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA.
Lila Kalinowska
Artystka wizualna, scenografka, aktywistka. Mieszkanka Przemyśla, zaangażowana w sprawy miasta i jego mieszkańców. Pracuje z pamięcią miejsca i własną. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie.
Jadwiga Sawicka
(ur. 1959) – artystka, nauczycielka akademicka (Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Rzeszowskiego), czasami kuratorka wystaw i projektów o charakterze interdyscyplinarnym. Tworzy obrazy, fotografie, obiekty, instalacje tekstowe, również w przestrzeni publicznej. Brała udział w licznych wystawach problemowych w kraju i prezentacjach sztuki polskiej za granicą. Mieszka w Przemyślu.





