Nr 19 jesień 2025 recenzja Bartłomiej Rzepus

Wszystko na sprzedaż? O wystawie Bunkier. Historia aktywna w Bunkrze Sztuki w Krakowie

Widok wystawy, „Bunkier. Historia aktywna”, Bunkier Sztuki, fot. R. Sosin

Tekst powstał jako efekt warsztatów „Bunkier Sztuka Krytyka”, prowadzonych przez Alka Hudzika, Dorotę Jarecką i Stacha Szabłowskiego, pod patronatem Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA oraz magazynu „Restart”. Warsztaty odbyły się w Bunkrze Sztuki.

Jubileusze i rocznice. W życiu prywatnym (większości osób) ważny moment celebracji, spotkań i okazja do uruchomienia lawiny wspomnień. A w życiu instytucji? Tu już bywa gorzej. Oglądając wiele wystaw tworzonych z okazji „czegoś”, rzadko kiedy miałem poczucie, że zostaję zaproszony do opowieści, którą warto przelać na materię wystawy. Gest wyciągnięcia archiwaliów i stworzenie spójnej narracji o historii danej galerii czy muzeum to zadanie dość karkołomne, dlatego że pociąga za sobą trudne pytanie: Jak bardzo chcemy się odsłonić? A jeśli już to zrobimy, to w którym miejscu należy dać opowieści płynąć, a w którym powiedzieć: koniec i basta – o nas to już tyle.

Wystawa Bunkier. Historia aktywna, kuratorowana przez Magdalenę Ujmę, jest jedną z trzech wystaw, które zostały zorganizowane przez Bunkier Sztuki w Krakowie z okazji podwójnej rocznicy: 60-lecia oddania do użytku Miejskiego Pawilonu Wystawowego (dzisiejszego Bunkra) oraz 30-lecia nadania galerii przy Placu Szczepańskim 3a obecnie funkcjonującej nazwy. Muszę z całą szczerością przyznać, że zanim przyjechałem na kilkudniowe warsztaty krytyczne do stolicy Małopolski, dawne krakowskie BWA nie kojarzyło mi się szczególnie pozytywnie. Cóż, nie ma co ukrywać, że ostatnie lata były dla Bunkra mało sprzyjające. Począwszy od pomysłów, aby pawilon przy Plantach połączyć w jedną instytucję z muzeum MOCAK, aż po sprawę mobbingu stosowanego przez byłą już dyrektorkę Annę Marię Potocką. Po tych zaledwie paru dniach w Krakowie, oglądając wystawy, słuchając rozmów, podglądając kuluary, zobaczyłem, jak bardzo Bunkier Sztuki poszukuje innej opowieści o sobie, i jak wygląda na horyzoncie nowego otwarcia. Nie tylko tego prowadzącego na wprost, przed siebie, do przyszłości, ale też tej odwrotnej. Chcąc iść pewniej naprzód, dobrze jest wiedzieć, co zostawiamy za plecami.

Wchodząc na piętro w galerii, rzucam szybko wzrokiem po ścianach – kolejna wystawa historyczno-archiwalna w instytucji o instytucji – łatwo nie będzie, myślę mimochodem. Jednak nie mija chwila, nie zdążę nawet wgryźć się w wall text, gdy uderza mnie głos z głębi ekspozycji. Na niskim podeście ekspozycyjnym stoi stary, czarny i okazały telewizor kineskopowy. Na jego ekranie odtwarzane jest nagranie – obserwujemy aukcję dzieł sztuki z kolekcji Bunkra. Jest rok 1993, polska odmiana kapitalizmu ciągle się kształtuje, sektor kultury zaczyna raczkować w nowym czasie III Rzeczypospolitej. Nagranie nie jest wybitnej jakości, jednak najważniejsze są na nim tłumy ludzi, a także głos licytatora, który niesie się po całej wystawie. Aukcję prowadzi krakowski marszand Andrzej Starmach, rzuca cenami, które obecni na aukcji ciągle podbijają i podbijają. Jak dowiaduję się później, sprzedaż dzieł sztuki z kolekcji Bunkra została zorganizowana, aby wyremontować toalety w galerii, na co oczywiście w tamtym czasie pieniędzy nie było.

Logika towarowa wybija mnie z całą mocą z klasycznie zaprojektowanej przez kuratorkę narracji historyczno-archiwalnej, prowadzonej od początków Bunkra aż do teraźniejszości. Patrzę na pierwszą stację, chciałbym poczytać o początkach instytucji, a z tyłu ciągle dobijają mi się do uszu głosy ze sławetnej licytacji roku 1993. Chcąc znaleźć kontrapunkt dla opowieści mówiącej do mnie ze starego telewizora, pomijam masę wycinków prasowych mówiących o powstaniu galerii, okiem tylko zerkam na stolik z materiałami dotyczącymi Spotkań Krakowskich organizowanych przez lokalny ZPAP. Na ścianie równoległej do tej ze wspomnianym nagraniem z aukcji, znajduję to, czego szukałem – kilkanaście plakatów z różnych edycji World Press Photo, która gościła w Bunkrze w latach 1997–2013, ciesząc się niezwykłą popularnością.

Kolorowe, błyszczące, transgraniczne, nierzadko kontrowersyjne – trudno się dziwić, że zdjęcia prasowe na wielkim formacie przez ponad 15 lat przyciągały tłumy publiczności. Jeszcze wtedy, w miarę, wierzyliśmy w moc autentycznej fotografii i rolę reportera-fotografa, dającego świadectwo ze stanu świata. Zaproszenie imprezy o światowym formacie w skromne progi krakowskiego Bunkra można odczytać na dwa sposoby, które, w ostatecznym rozrachunku, nierozerwalnie się ze sobą wiążą. Pierwszy to oczywiście możliwość zaprezentowania instytucji w szerszym niż polski/lokalny obieg sztuki. Pokazanie, że Kraków to miasto europejskie, o bogatej historii i kulturze, które równie mocno, jak miasta na zachodzie kontynentu, jest częścią składową europejskiej tożsamości. Lata 1997–2013 to trzon polskiego skrętu ku Europie Zachodniej, począwszy od wstąpienia do NATO, aż po Unię Europejską. Drugi powód to oczywiście możliwość zaproszenia w bunkrowe progi nowej publiczności, niekoniecznie znawców i krytyków, ale też osób, dla których forma fotografii w atrakcyjny i przystępny sposób pozwala odnaleźć się w świecie sztuki współczesnej. Przy okazji sprzedaż biletów pozwoli załatać parę małych dziur w budżecie, które w kulturze od lat są przeciwieństwem obfitości.

Ze wszystkich decyzji kuratorskich, jakie zostały podjęte na tej wystawie, uderza mnie właściwie ta jedna. Rozmowa telewizora z plakatami. Nie chodzi o to, że reszta artefaktów, tekstów nie mówi nic, jednak nie da się ukryć, że to właśnie ten, uwypuklony przed chwilą fragment ekspozycji opowie nam w sposób bardzo dobitny nie tylko o samych dziejach instytucji sztuki, ale też o mechanizmach kapitalizmu, które nie ominą nikogo i niczego. Choćbyśmy myśleli o świecie kultury w sposób najbardziej idealistyczny, realia rynkowe i tak ostatecznie nas dopadną. W końcu trzeba użyć rzeczonych plakatów, reklamy, mediów społecznościowych, aby się pokazać, zaznaczyć swoją obecność, nie wypaść z obiegu, a czasem i po to, aby przetrwać.

I tak jesteśmy w roku 2025. Stoję pośrodku wystawy o Bunkrze Sztuki, ale myśli uciekają w kierunku pieniędzy, grantozy, marnych płac osób pracujących w sektorze kultury. Nowa ministra kultury – Marta Cienkowska – 21 sierpnia tego roku przedstawiła nową strategię dla kultury. Priorytety? Budowa długofalowej polityki historycznej państwa polskiego. No cóż, kto jak kto, ale politycy w bagnie pamięci i historycznych resentymentów taplają się z niezwykłą przyjemnością. Ja natomiast wychodzę z wystawy ze słuchawkami w uszach – słucham oprowadzania napisanego przez pisarkę Dominikę Słowik. W pociągu przeglądam antologię tekstów literackich, w których autorzy i autorki mierzą się z bogatą kolekcją galerii przy placu Szczepańskim. Historia Bunkra się toczy, jest opisywana, dokumentowana, obgadywana. Aktywna była i jest z całą pewnością, i – jak widać – ciągle dopisywane są nowe rozdziały.

Wystawa historyczno-archiwalna to niemałe wyzwanie. Z jednej strony stwarza ona wyzwania natury kuratorsko-organizacyjnej: Co wyciągnąć z zakurzonych archiwów? Jak zaprojektować opowieść? Czy to w ogóle jeszcze kogoś obchodzi? Z drugiej strony pojawia się problem szerszy, a mianowicie ten, związany z czasem i jego pojmowaniem. Mamy obecnie kłopot nie tylko z przeszłością, ale i teraźniejszością. Myślenie o ciągłości, trwaniu przez ocean historii, zmiennych polityk i różnorodnych wiatrów ideologicznych staje się ważne zwłaszcza w czasach – jak trafnie je określił Dariusz Czaja – idolatrii teraźniejszości. Na sam koniec małe marzenie i związana z nim nadzieja. Chciałbym wierzyć, tym razem za Timothym Snyderem, że instytucji, także instytucji kultury i sztuki, potrzebujemy, aby móc toczyć demokratyczną dyskusję, spierać się o sprawy mniej i bardziej oczywiste, czy po prostu obejrzeć wystawę, mruknąć coś pod nosem z aprobatą lub wręcz przeciwnie, zatrzymać się. Tyle i aż tyle.

Widok wystawy, „Bunkier. Historia aktywna”, Bunkier Sztuki, fot. R. Sosin

Bartłomiej Rzepus

Bartłomiej Rzepus

Kulturoznawca, krytyk kultury, zbieracz książek, absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Interesuje się kondycją krytyki artystycznej, literaturą autofikcjonalną oraz życiem sztuki poza centrami, a bliżej peryferiów.