Nr 18 lato 2025 recenzja Marta Ryczkowska

Warsaw Gallery Weekend – miejskie wędrówki artystyczne

Widok wystawy, Agata Bogacka, „Avoidants”, Gunia Nowik Gallery, fot. Marta Ryczkowska

Warsaw Gallery Weekend 2025 wyznaczył symboliczne przejście sezonów – ostatni upalny wrześniowy weekend wypełniły rozsiane po całej Warszawie otwarte przestrzenie wystawiennicze zapraszające do artystycznej eksploracji miasta. Tegoroczna edycja objęła 24 galerie prywatne, a także nową odsłonę programu – WGW+, skupiającą instytucje kultury i fundacje non-profit, podkreślając tym samym znaczenie inicjatyw wykraczających poza komercyjny rynek sztuki. Program uzupełniły spotkania z artystami, oprowadzania, koncerty, akcje muzyczne i performatywne, które razem stworzyły intensywną, wielowymiarową mapę wydarzeń: w sumie 54 galerie, 51 wystaw, prawie 100 artystek i artystów, wszystko to składało się na wyjątkowe doświadczenie nasycenia sztuką współczesną. Mnogość wystaw, mediów, tematów powoduje, że trudno jest je przyswoić w ciągu zaledwie trzech dni, ale zaletą jest fakt, że wiele z nich można oglądać do października. Ekspozycje prezentowały prace artystek i artystów uznanych i nieco zapomnianych, wcześniej nieobecnych na polskiej scenie i spektakularnie debiutujących. Były wśród nich osoby różnych generacji, płci, narodowości. Paleta możliwości była zatem szeroka. Odbiorcy i odbiorczynie sztuki wyposażeni w przewodnik z mapą w charakterystycznym, intensywnie malinowym kolorze krążyli po mieście, rozpoznając się nawzajem jako członkinie tymczasowej wspólnoty wtajemniczenia.

Kilka wystaw poruszyło mnie szczególnie. Te, które wyraźnie zapamiętałam, miały swój wyraźny charakter, który wyklarował się w wyniku synergii na wielu poziomach – organicznego połączenia się sztuki z klimatem miejsca i zachodzenia narracji na szczególną formę ekspresji. Niektóre proponowały zaskakującą podróż w przeszłość, odkrywając nieznane karty historii sztuki. Jedną z nich była wystawa prac dwóch przyjaciółek, absolwentek warszawskiej ASP Domicelli Bożekowskiej i Barbary Levittoux-Świderskiej. Natura przyjaźni w Ciacek Gallery (Szpitalna 6a/9) umożliwiła spotkanie z niezwykłą, intymną twórczością mało rozpoznanych w Polsce artystek, które tworzyły w latach 50. i 60. Bożekowska była rzeźbiarką zafascynowaną światem zwierząt, Levittoux-Świderska to malarka, projektantka tkanin i rzeźb. Każda z nich miała swój unikalny, niesłychanie wyrazisty idiom artystyczny, który oprócz formalnej bezkompromisowości cechował się także czułością w stosunku do flory, fauny i przestrzeni. Obie artystki kochały wędrować po górach. Szczególne znaczenie miały dla nich przestrzeń, struktura i medytacyjny, duchowy wymiar życia. Bycie na wystawie, pośród białych, linearnych obrazów Levittoux-Świderskiej i ekspresyjnych zwierzęcych rzeźb Bożekowskiej uruchamiało szczególny rodzaj doświadczenia, które polega na harmonizowaniu tego, co ludzkie i pozaludzkie oraz dążeniu do prostoty. Warszawska pracownia Domicelli Bożekowskiej łączyła mieszkanie i ogród, tworząc miejsce trzecie, w którym łatwo zacierały się granice między ludzkim a nie-ludzkim, dzikie i udomowione gatunki współistniały na zasadzie równorzędności. Można śmiało powiedzieć, że praktyka Bożekowskiej, artystki i studentki weterynarii, stanowiła eksperyment etyczno-estetyczny, który rezonuje ze współczesną perspektywą i postulatem integralnego współbycia. Wilk, którego wielokrotnie szkicowała i rzeźbiła, stał się jej symboliczną sygnaturą. Wystawa pokazała obszar wspólny dwóch artystek, który odsyła do naszej własnej uważności na świat, pamięci zmysłów i fascynacji naturalnym habitatem.

Kolejna wystawa ma także charakter refleksyjny. Malarstwo Agaty Bogackiej przeszło znaczącą ewolucję od płaskich powierzchni z wyrazistymi, konturowymi figurami do abstrakcyjnych pejzaży – bardziej niż z naturą związanymi ze stanami psychicznymi i społeczno-politycznymi. Najnowsze prace artystki opierają się na konfiguracji płaszczyzn z użyciem przejścia tonalnego. Wystawa jej obrazów Avoidants (Gunia Nowik Gallery, Bracka 20a) emanuje spokojem geometrii i subtelnym gradientem kolorów, ale to tylko pierwsze wrażenie. Im dłużej obcuje się z obrazami Bogackiej, tym bardziej odkrywa się ich złożoną naturę oraz niemal matematyczną precyzję, z jaką tworzona jest wizualna narracja. Spod delikatnie stopniowanego koloru wyłania się ciemne, szorstkie płótno. Awersy i rewersy figur nachodzą na siebie, znikają wchłaniane przez płótno – podstawową warstwę obrazu, niepokojąco wychodzącą na plan pierwszy. Artystka przyznaje, że codziennie przygląda się swoim obrazom – każdy dzień może przynieść nową refleksję. Być może stąd bierze się ich zaskakująca moc: obrazy pokazują to, co niemożliwe – brak kontaktu, nieprzystawalność i niemożność połączeń, które w swoich subtelnych napięciach stają się tak namacalne. Słowo „avoidants” oznacza typ unikający, co można odnieść do emocjonalnej lub społecznej nieprzystawalności, dystansu i trudności w nawiązywaniu kontaktu. Komplikacje relacyjne, które w skali makro stają się problemem społecznym, pokazują jakiś rodzaj aporii nie do przejścia. Język wizualny artystki jest hipnotyzujący, budzi pytania o naturę i metodę jej poszukiwań. Czy to, co jest na pierwszym planie, jest skórą obrazu, czy jego najbardziej wewnętrzną częścią? Czy wchodzimy coraz głębiej, czy przeciwnie, jesteśmy wypychani na powierzchnię? Czy to pierwsze, czy ostatnie stadium tworzenia się obrazu? Jakimś rodzajem podpowiedzi jest proliferacja komórkowa, widoczna na niewielkim Annexations 2, w którym nagromadzone, mnożące się komórki anektują surowe płótno. Nowe formy życia rozrastają się niepostrzeżenie i trudno przewidzieć, w jakim kierunku będą zmierzać.

Wędrując szlakiem uważności, ciszy, eliminacji, powrotu do korzeni i tego, co najbardziej prymarne, natknęłam się na wystawę Inner Sun Urszuli Broll i Anny Sztwiertni w Bliss Gallery (Szpitalna 5/7). Na ostatnim piętrze wysokiej kamienicy znajduje się ekspozycja, przypominająca sanatorium. W pierwszej sali słychać delikatny szum wody (instalacja Hydrofonia), w kolejnej, z wielkich, stalowych kwiatów dobiegają tajemnicze, głębokie dźwięki (Labyrinthitis). Obok znajdują się kamienne, betonowe wazy wypełnione roślinnością w wodzie i obiekt, wyglądający jak żyrandol, w którym szklane klosze przypominają obłe, organiczne, nieregularne formy bytu. Mamy do czynienia ze światem przyrody, uchwyconym w niedostrzegalnym naocznie kontekście w formie zjawisk fizycznych. W instalacji HPS 1800K artystka wykorzystuje sześć starych lamp sodowych wysokoprężnych, emitujących ciepłe światło. Z kloszy zwisają łańcuszki, wydające dźwięki przy poruszeniu. Sztwiertnia odwołuje się do zmysłów poprzez przywołanie zapachu roślin, dźwięku wody, widoku światła, a zarazem obrazuje niewidzialne struktury organizujące naszą percepcję, takie jak linie i okręgi pola magnetycznego. Obie strategie wydają się próbą organizacji chaosu doświadczeń i kojenia widza. Odpowiadają także na pytanie o możliwość działania w warunkach przeciążenia. Wystawie instalacji Sztwiertni towarzyszą akwarele Urszuli Broll, tworzone w zaciszu karkonoskiej pracowni. Malowanie mandali łączy praktykę twórczą i duchową. Prace artystki są oparte na powtarzalnych modułach geometrycznych, które wprost odnoszą się do wschodnich praktyk medytacyjnych, poszukiwania wewnętrznej energii i źródła światła.

Wystawy te wiążą się z poszukiwaniem alternatywnego szlaku, potrzebą odbodźcowania się i ukołysania zmysłów. Z pewnością na tym szlaku sytuuje się także Zakrywanie / Odkrywanie. Widzę cię jako głównego bohatera historii, którą chciałbym kiedyś opowiedzieć Mustafy Boğa w Lisowski Gallery (Chmielna 8). Boğa pracuje w wielu mediach – fotografia, wideo, performans i instalacja są integralną częścią jego praktyki artystycznej. Interesuje się głównie historią swojej rodziny i skupia się na projektach łączących sztukę współczesną z tradycyjną perspektywą. Poza tym analizuje kulturę, historię, wydarzenia polityczne oraz własne poszukiwania tożsamości i przynależności. Punktem wyjścia są dla niego często osobiste doświadczenia, na podstawie których stara się uzyskać szerszą perspektywę. Turecki artysta kolekcjonuje stare fotografie z pchlich targów. Zachwyca się śladami codziennego życia nieznajomych uwiecznionych na rodzinnych fotografiach, kalendarzach, dziennikach. Poszukuje osobistych wskazówek, śladowych obecności, takich jak rysunek czy podpis na odwrociu fotografii. Zatrzymany w kadrze obraz codzienności staje się przyczynkiem do misternej rekonstrukcji w postaci haftu, precyzyjnie oddającego fotograficzną rzeczywistość. Najpierw przygotowuje kolaż cyfrowy, a następnie przenosi go na pracę fizyczną, używając haftu maszynowego. Praca ta zajmuje dużo czasu i wymaga zarówno improwizacji, jak i akceptacji błędów, które prowadzą w nowe kierunki. Boğa używa maszyny do szycia jak pędzla, starannie oddając detale twarzy, cienie, najbliższe otoczenie postaci. W rezultacie powstają hiperrealistyczne haftowane obrazy, których forma uwzniośla pierwowzór, uwiecznia go i przenosi w inny, bardziej trwały wymiar. Artysta nawiązuje bliską relację ze swoimi bohaterami, w toku pracy odkrywa kolejne, uzupełniające się historie. Powstaje drugie archiwum, obrazujące życie w latach 1920–1959. Boğa często w swoich pracach wraca do tematów i rytuałów z rodzinnego domu, które dają wgląd w wychowanie artysty na południu Turcji. Mówi on, że to precyzyjne haftowanie wizerunków i miejsc jest szczególnym rodzajem hołdu i upamiętnienia. Jest to także proces samoleczenia.

Misternie haftowane obrazy wprowadzają w dziedzinę rzemiosła artystycznego i wzornictwa. W tym obszarze warto wspomnieć o projekcie Natura jest świątynią Zofii Sobolewskiej Ursic w Craftica Gallery (Warecka 8). Artystka prezentuje na niej formy przestrzenne z drewna i metalu oraz meble zdobione intarsją słomianą. Jest to francuska technika dekoracyjna, której początki sięgają XVII wieku, utracona na wiele lat i odzyskana w okresie Art Deco. Praca ze słomą żytnią, skromnym, surowym i naturalnym materiałem, który jest naturalnie pokryty lśniącą krzemionką, przekształca powierzchnię, na którą jest nakładana, w niezwykle dekoracyjny, fakturowy, połyskujący obraz. Zofia Sobolewska Ursic wypracowała w tym celu autorską, unikatową ikonografię, w której łączy konkretne gatunki kwiatów i motyw dłoni w wysublimowaną ornamentykę. Artystka zdobyła wykształcenie w zakresie nowoczesnych technologii projektowych, odbyła także praktyki intarsji słomianej w Atelier Lion de Cannes, spadkobierczyni francuskiego mistrza Art Deco, André Groulta. Wystawa jest jednak czymś więcej niż pokazem misternie zdobionych rzeźb o funkcji użytkowej. Artystka nawiązuje do natury jako nieodzownego elementu tożsamości. W tym celu sięga do historii Polski i stylu secesji, który w naszym lokalnym wariancie zmierzał do integracji sztuk i zbliżenia się do organicznych kształtów, falistych linii, fascynacji życiem wiejskim, naturą, roślinami. Na ścianach pokrytych kartkami papieru znajdują się cytaty z listu Stanisława Wyspiańskiego do Lucjana Rydla, gloryfikujące przydrożne kwiaty. Pojawiają się także inne cytaty, odnoszące się do mocy roślin. Wystawa ma wyraźnie sensualny charakter, zapach jest nieprzypadkowy. Aktywuje wszystkie zmysły, kładzie nacisk na klasyczne, nieco zapomniane już rzemiosło, na to, co dotykalne i związane z twórczym przetwarzaniem natury. Odniesienie do autora Wesela z jego umiłowaniem wiejskiego stylu życia, w którym w jego przekonaniu tkwiła polska dusza, ma także wymiar egzystencjalny, wiąże się z poszukiwaniem samookreślenia. W dzisiejszej rzeczywistości może odnosić się do życia w szponach nowych technologii z jednoczesną tęsknotą za naturą jako świątynią, co prowadzi do próby zdefiniowania zrównoważonego designu.

Warsaw Gallery Weekend okazuje się więc nie tylko przeglądem sztuki współczesnej, lecz także zaproszeniem do refleksji nad rytmem miasta i sposobem, w jaki obcujemy ze sztuką. W tej grze miejskiej stawką jest uważność i zatrzymanie. Galeria staje się punktem szczególnym. Poszczególne stacje zatrzymują nas w opowieści i różnych formach ekspresji, które w przestrzeniach warszawskich kamienic otwierają drzwi do innego świata. Pozostaje nam wsłuchać się i dostroić własne tempo do narracji artystycznej. To doświadczenie, które pracuje w pamięci długo po zakończeniu weekendu, subtelnie zmieniając sposób patrzenia na otaczający świat.

Widok wystawy, Agata Bogacka, „Avoidants”, Gunia Nowik Gallery, fot. Marta Ryczkowska (fragment)

Marta Ryczkowska

Marta Ryczkowska

Kuratorka programowa Europejskiej Stolicy Kultury Lublin 2029 odpowiedzialna za relacje międzynarodowe, dr historii sztuki, krytyczka, kuratorka, badaczka, wykładowczyni akademicka na UMCS.