W rozliczu los dziczy rozdziawia
Autor: Artur Wieczerzyński
Tytuł: W rozliczu los dziczy rozdziawia
Praca dyplomowa na Wydziale Malarstwa
Promotor: prof. Grzegorz Sztwiertnia
Recenzent: dr hab. Michał Zawada, prof. ASP
Natura jest wobec nas przerażająco obojętna. W chwilach, gdy ingeruje w naszą usystematyzowaną codzienność, budzi w nas zachwyt lub lęk właśnie przez to, że działa poza ustalonymi przez nas regułami gry. Nie imają się jej kategorie moralne czy etyczne, nie funkcjonują w jej obrębie żadne sądy wartościujące. Jej ciągły ruch i zmienność zdają się przez to nieme, wyjęte z przestrzeni języka, a więc i ostatecznie nienazywalne. Myśl nowoczesna, której zawdzięczamy pojęcie podmiotowości i opartej na ludzkich prawach etyki, ma z nią przez to potężny problem. Moment odseparowania rzeczywistości ludzkiej od nie-ludzkiej, mimo że oparty na radykalnie arbitralnej decyzji, doprowadził do stanu drażniącej nierównowagi i poddał naturę mechanice naszej aksjologii.
Ten pozbawiony języka upór, z jaką natura odzyskuje stracone pozycje, zaskakuje nas w chwilach refleksji nad historią. Natura z oszałamiającą obojętnością pochłania opuszczone przez nas tereny – dowiodła tego w Prypeci i Czarnobylu czy w opuszczonych przez nazistów terenach obozów zagłady. Odwiedzając te miejsca, nie sposób z pewną dozą grozy nie dostrzec, w jaki sposób drzewa wchłaniają w siebie drut kolczasty, a ich korzenie drążą beton. Każda traumatyczna ludzka historia w końcu zarośnie, a jej ślady znikną w końcu całkowicie. Skażone krajobrazy w końcu oczyszczą się, a po nas nie pozostanie właściwie nic.
Pan Artur Wieczerzyński w swej pracy mierzy się z dialektycznym procesem konfliktu między tym, co ludzkie i nie-ludzkie. Zamyka nas na niewielkim obszarze leśnego terenu należącego do jego ojca. Ten wydzielony prawnie kawałek ziemi zamienia się w rodzaj twierdzy obleganej przez niewidzialną instancję. Seria przeważnie wielkoformatowych obrazów zamienia się w swoistą dokumentację kolejnych etapów skonstruowanej na podstawie własnych przeżyć narracji. Całość dyplomu to zbeletryzowany dziennik tekstowo-wizualny, którego kolejne karty naznacza gęsta, zawiła opowieść. To także zrodzony z troski hołd złożony naturze, którą autor traktuje jako świętość, przekraczającą w niewyobrażalny sposób ramy naszego jednostkowego istnienia.
Historia rozpoczyna się trzynaście lat temu w pierwotnej scenie mordu dokonanego na skrawku zalesionej rodzinnej działki. Wykarczowanie tej enklawy staje się punktem wyjścia dla rozważań dyplomanta, dotyczących naszej relacji z naturą, ale także obrazowania rzeczywistości i jej relacji ze sztuką. Autor kreśli przed nami kontekst wydarzeń, opisuje topografię sceny, następnie wprowadza w nią aktorów – siebie oraz swych nie-ludzkich towarzyszy. Stajemy się świadkami procesu nauki, który dyplomant wyprowadza z kontaktu z dziczą. Wyjęty z kulturowych, miejskich uwarunkowań, stoi wobec organicznego życia w pozycji pokornego ucznia. Zwiększa czułość zmysłów, obserwuje, bada ślady, słucha obcych dźwięków, próbuje sklejać ze sobą fakty. W enigmatycznym i miejscami niejasnym stylu cechującym część pisemną łatwo wyczuć potężny ładunek emocjonalny i pewną bezradność wobec zjawisk, które z trudem poddają się tekstualnemu opisowi. Pan Wieczerzyński opowiada jednak historię wizualną, posługując się grą znaków rodem z gombrowiczowskiego Kosmosu. Rzeczy niepowiązane łączą się nagle, tworząc znaczące układy – dziwny język, który porządkuje to, co niemożliwe do uporządkowania. Rozpoczyna enigmatyczny świecki rytuał, na który składają się spontaniczne gesty, które łączą drobne fragmenty rzeczywistości, wyciągają wnioski z mglistych przesłanek.
Całość realizacji dyplomowej jest więc rodzajem dramatu rozpisanego w przestrzeni naturalnej, tej wyizolowanej głuszy otoczonej lasem i mokradłami. Artysta dokumentuje własne uczucia w kontakcie z naturą, zapisuje i fotografuje swoje aktywności oraz tajemniczy dialog z gestami wykonywanymi przez środowisko oraz tajemniczą, anonimową instancję, ingerującą w otaczającą go przestrzeń. Być może tworzy intuicyjny język, którym komunikuje się z drugim człowiekiem, a może całość staje się tylko jego prywatną obsesją i splotem trudnych do wyjaśnienia przypadków. Ścięta brzoza, porzucona krowia skóra, martwy bocian – znaki pośród chaosu rzeczywistości, wyciągane i reinterpretowane przez autora, włączają się w jego narrację i znajdują odbicie w jego pracach malarskich.
Tkanka obrazów migocze w rozedrganiu niezliczonych plam, które gęstnieją w niektórych partiach, opowiadając o formach obserwowanych w naturze. Ich ruchliwość odpowiada niejako niezdecydowaniu, czy ewokować jawnie naturę kształtów, czy uciekać w stronę amorficznych układów kolorystycznych mgławic. Nawet tam, gdzie z dystansu forma wydaje się jednoznaczna, bliższy ogląd ujawnia bogactwo nawarstwionych laserunków czy wyizolowanych pociągnięć pędzla. „Nie liczy się precyzyjne oddanie każdego elementu. Liczą się gest i rytmy, które budują figurę. Wszystko gra na częstotliwości drgań. Wyraz dopełnia się kolorem, od którego zależy siła żywotności” – pisze dyplomant. Częstotliwość drgań wywołuje skojarzenia z przestrzenią akustyczną, w której pośród szumu nagle wyłania się struktura. Tam, gdzie zaczyna się objawiać z większą wyrazistością, autor zaczyna destrukcyjny proces ścierania i zamazywania, w którym farba traci możliwość jednoznacznego ukazywania świata i zaczyna objawiać swoją okaleczoną powierzchnię. Niektóre partie przywodzić mogą na myśl fragmenty obrazów Camille’a Pisarro, Claude’a Moneta czy Jana Stanisławskiego, w których kładziona na powierzchni materia farby gubi relacje przestrzenne, zamieniając płótno w poligon, na którym ścierają się faktury i delikatnie niuansowane temperaturowo strefy kolorów. Dyplomant nie decyduje się jednak na określony malarski „styl”. Każdy obraz stawia przed nim nowy problem, który stara się rozstrzygnąć od samego początku. Pierwsze od karczu – monumentalny obraz zdaje się tylko punktem wyjścia dla dalszych rozwiązań malarskich – rodzajem wprawki, poszukiwaniem języka. Sąsiaduje z o wiele bardziej wyrazistą, choć niewielką pracą przez łąkorzekę przechodzące, której zbliżona do abstrakcji materia, wytarta delikatnie papierem ściernym, pozwala nam o wiele silniej odczuć charakter opisywanej rzeczywistości. Meandrujące linie spiętrzają się na spodnich warstwach, dając wrażenie stratygraficznego zapisu.
Mimo skali większości prac, malarstwo pana Wieczerzyńskiego jest niezwykle intymne, wyrastające z głębokiego skupienia i niezwykle intensywnej obserwacji. Analityczne podejście do płaszczyzny bez wątpienia stanowi echo jego wcześniejszych, abstrakcyjnych dociekań – obrazy eksponują ostentacyjnie swoją płaszczyznowość, nie rezygnując przy tym z elementów budowania perspektywicznej głębi. Przykładem tego rozwiązania jest obraz obdarte i ścięte, w moim przekonaniu jeden z najsilniej oddziaływujących obrazów w zestawie. Szlachetna materia malarska buduje jednoznacznie czytelną opowieść, jednak bliższy ogląd pozwala zachwycić się sposobem kształtowania plam, a także subtelnym operowaniem delikatnymi napięciami barwnymi w obrębie gęstej, ziemistej gamy.
Jeśli faktycznie natura jest dla dyplomanta świętością, to obrazy muszą funkcjonować jako totemy – symbole ustanawiające łączność z objawionym w przyrodzie sacrum. Większość kompozycji skupia się na usytuowanym centralnie motywie, przywodząc na myśl sakralną symbolikę, która, w tym przypadku, przyjęła formę fragmentów dziczy, nasyconych przez artystę złożonymi znaczeniami. W 1911 roku John Muir pisał, że gdy staramy się coś podnieść, okazuje się to połączone z wszystkim innym – w wielkim ekosystemie, w którym żaden element nie pozostaje w izolacji. Zestaw dyplomowy pana Wieczerzyńskiego to opowieść o relacjach – relacjach między ludzkim podmiotem a tzw. środowiskiem naturalnym, między człowiekiem a rośliną czy zwierzęciem, między materią organiczną i nieorganiczną, wreszcie, pomiędzy drobnymi elementami rzeczywistości, które mogą, choć nie muszą, być ze sobą powiązane. Pan Wieczerzyński skupia się właśnie na takich drobnych fragmentach, nie próbując totalizować, dążyć do uogólnień. Pracuje na wyimkach rzeczywistości, i to właśnie one pozwalają mu się zbliżyć do rozumienia, jaką rolę pełni w tym chaotycznym systemie połączeń zwanym rzeczywistością.
Wysoko oceniam całość przedstawionej do oceny pracy dyplomowej pana Artura Wieczerzyńskiego i wnoszę do komisji o dopuszczenie go do dalszych etapów obrony.
