W rozliczu los dziczy rozdziawia
Autor: Artur Wieczerzyński
Tytuł: W rozliczu los dziczy rozdziawia
Praca dyplomowa na Wydziale Malarstwa
Promotor: prof. Grzegorz Sztwiertnia
Recenzent: dr hab. Michał Zawada, prof. ASP
Fragmenty pracy
1.
Traktuję naturę jak świętość.
Taką, która trwa z nami czy bez nas. Wszystkie inne „bóstwa” umierają, a ona zostaje i będzie taka, jaką zawsze była. Doświadczając wszystkiego, tego, co z nią robimy, daje nam możliwość przekształcania jej względem naszych potrzeb. Taki dar zaufania w myśleniu o współistnieniu… To jak ofiara, którą my też kiedyś składaliśmy. Myśląc: „dlaczego?” – odpowiadam sobie, że była to nieunikniona konsekwencja wolności, z jaką tworzy ten świat. Myślę też, że wtedy, kiedy z niej wyrastaliśmy, to dużo więcej czuliśmy i rozumieliśmy – o niej, z nią… A że naszą współczesną narracją jest to, że żyjemy w najlepszych czasach…
Nie. My wijemy się po dnie, żyjąc wyobrażeniami o sposobach na apokalipsę. Co z instynktem przetrwania? Zginął? U mnie otwiera się poprzez potrzebę bezpośredniej relacji z naturą.
2.
Nie znając kultury tego miejsca, nie jestem w stanie zadecydować. To, że jest to ziemia, która w prawie ludzkim do mnie należy, znaczy jedynie tyle, że mogę o nią zadbać. Robię to po swojemu, oddając rozwój sytuacji naturalnym zmianom. Obserwuję, czekam uważnie na ruch. Napotykam na trawie odcisk o zwierzęcym kształcie. Obecność, którą przykuwa, budzi ciekawość tego, co go pozostawiło. Kładąc się w nim, czułem mniejszość mojego ciała. To łoś. Przechodzi przez to miejsce i spoczywa. Nie dziwi mnie to, że się tu zatrzymuje. Ja też to robię, bo tak działa to miejsce.
3.
Pierwsze, co widzę, to świeżo ścięta brzoza z poodcinanymi gałęziami. Przygotowana do zabrania. Wtedy uderzyło mnie zrozumienie, że przyczyna, która mnie tu sprowadziła, nie jest zdarzeniem przeszłym. Zdarzenie w swoim nierozliczeniu nadal przejawia się taką samą obecnością. To czas pierwszej reakcji. Czekałem na moment, w którym zrozumiem, co robić. Stało się to impulsywnie. Nagła zmiana wzbudziła nagłą reakcję. Pozostawione drzewo, przygotowane do zabrania. Pewnie ten, co je ściął, zaraz po nie wróci. Co robić? Czekać na konfrontację? Chwilę czekałem. W złości kotliły się we mnie możliwości. Wtedy zacząłem grę znaków.
4.
DROGA DO UJŚCIA
Grudzień i Święta Bożego Narodzenia
Jest grudzień, ale nie ma śniegu. Tak w dużej mierze wygląda teraz zima. Po ostatnich zdarzeniach spodziewam się czegoś, jakiejś zmiany, nowego znaku. Czuję, że moja reakcja i zaznaczenie obecności otwiera puszkę Pandory. Spodziewam się reakcji na reakcję. Zaczyna się rozmowa znaków.
W wigilię rano decyduję się przyjść, chociaż na chwilę, nie będę miał czasu, żeby coś zrobić. Idę zaobserwować wydarzającą się sytuację. Wchodzę na teren pobojowiska i widzę świeżo ściętą krowią skórę. Wyrzuconą akurat tutaj. Czy jest to odpowiedź na moje wcześniejsze działania? Czy została ona wyrzucona przez tego samego człowieka, który ściął brzozę? Skóra mówi tyle, że rozmowa znaków ujawnia swoje istnienie.
Wyciąganie aparatu w takiej chwili i myślenie o kompozycji wydaje się absurdalne. Robię parę zdjęć, dla dowodu, ale to tyle.
Zauważam przy bliższej obserwacji, że skóra – pomimo swojej świeżości – została już napotkana przez łosia. Zostawił on na niej ślad w postaci fekaliów. Łosie srają w poczuciu zagrożenia, wiele zwierząt tak robi. To dla mnie wyraźne, że muszę ją zabrać.
Wróciłem w drugi dzień świąt z łopatą. Przez cały ten czas myślałem, co zrobić. Robiłem to z myślą o ciągu zdarzeń.
Musiałem się zatrzymać, ochłonąć, żeby zrozumieć, co jest w tym wszystkim najważniejsze. Myślałem o tych grubych cięciach, o śmierci i cierpieniu. W tym wszystkim poczułem, że najgorsze było końcowe potraktowanie ciała skóry. Tak zwyczajnie wyrzucona na pobojowisku.
To miejsce stało się kwintesencją nieszanowania materii, podsumowaniem naszego podejścia, że to, co zbędne, to śmieć. Zostawiamy go, myśląc, że to, co pozostawione, nie ma na nas wpływu. Zdecydowałem się na wykonanie pochówku. Nie miałem przygotowanej procedury, słuchałem się głosu.
Skórę znalazłem przeniesioną o jakieś siedem metrów. Niedaleko niej zacząłem przekopywać ziemię. Była ona tak twarda, zamarznięta. Zdałem sobie sprawę, że jej nie zakopię. Przekopałem powierzchowną warstwę prostokątnej płaszczyzny ziemi i obłożyłem jej granice patykami, tworząc zamkniętą formę, która miała chronić jej pole. Przyszedł czas na przeniesienie skóry. Założyłem rękawice i złapałem ją, grubą, śliską i zimną w poczuciu. Ze względu na jej ciężar, umiałem ją jedynie przeciągnąć. Kiedy znalazła się w ramie, rozłożyłem ją, następnie zwinąłem, zakryłem powierzchowną warstwą ziemi i ułożyłem ochronną formę z gałęzi leżących obok. Tak ją zostawiłem.
Po Nowym Roku wróciłem, zastanawiając się, czy kurhan przetrwał. Odetchnąłem, kiedy zobaczyłem, że przykryty śniegiem całkowicie zachował swój kształt.
Zrobiłem zdjęcie.
Przypadkowo zaparowany obiektyw sprawił, że wyglądało to tak, jakbym uchwycił ujście całej sytuacji. Poczułem, że dostałem odpowiedź o słuszności działania. Zmotywowany, przeszedłem na legowisko, żeby zbierać wszystkie pozostałości po ściętych brzozach. Z nich też zacząłem budować znaki obecności. Chciałem je wszystkie przygotować tak, jakby do zabrania. Pokazać, jak dużo zmarnotrawiono. Zdjęcie z zaparowanego obiektywu stało się początkiem dla obrazu.
Skóra została rozkopana. Dziwnie pokrywają się między sobą zdarzenia, bo miało to miejsce w Wielkanoc. Nie potrzebuję tego, żeby tak budował się ciąg wydarzeń, ale zbiegi okoliczności bełkoczą i nie da się ich powstrzymać.
Wszystko można łatwo wyjaśnić. Ciepło się zaczęło, więc i swąd się ujawnił. Spodziewałem się, że się tak stanie. Los chciał, żeby stało się to teraz. Był nów. Niedziela. Dzień lasu i dzień zmartwychwstania. Czy ma to jakieś znaczenie?
5.
To wszystko tak blisko obłędu. Jednak nie umiem funkcjonować, dając wiarę na słowo. Zastanawiam się, czy byłbym w stanie wierzyć w to, co robię, gdyby nie to, że w przestrzeni sztuki są postaci, które myślą podobnie. Działają, wystawiając na próbę siebie, w komunikacji z naturą. Istnieje gdzieś we mnie przekonanie, że nawet jeśli nie mówi ona bezpośrednio, to uczy nas słuchać samych siebie i tego, co przez wrażliwość na nią się w nas otwiera. To osiąga się tylko wymianą. Sztuka na szczęście jest taką wymianą. Jednak niebezpieczne wydają mi się chwile, w których zaczyna zamykać się sama na siebie.
Artur Wieczerzyński
Urodzony w 1997 roku w Radomiu. W 2024 roku ukończył malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, broniąc dyplom pt. W rozliczu los dziczy rozdziawia. Od 2023 roku pracuje z rodzinną ziemią w Romanowie, na styku z Puszczą Stromiecką. Jego praktyka artystyczna zakorzeniona jest w bezpośrednim kontakcie z naturą oraz w działaniach opartych na dialogu ze śladem, jako słowem Ziemi. Podczas 16. edycja konkursu „Najlepsze Dyplomy Artystyczne Akademii Sztuk Pięknych” (2025) zdobył nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
