Nr 18 lato 2025 rozmowy Kinga Nowak, Agnieszka Nienartowicz

W farbie widać wszystko. Agnieszka Nienartowicz w rozmowie z Kingą Nowak

Agnieszka Nienartowicz, fot. Karol Nienartowicz

Kinga: Od razu zapytam jak znalazłaś się w Krakowie, bo przecież pochodzisz z Jeleniej Góry, a przez dwa pierwsze lata studiowałaś we Wrocławiu.

Agnieszka: Tak, i w ramach programu MOST przeniosłam się do Gdańska, i zostałam już tam do końca studiów. Po studiach przeprowadziłam się do Krakowa.

Kinga: Co wpłynęło na tę decyzję? Jak porównujesz te uczelnie?

Agnieszka: We Wrocławiu trafiłam do pracowni profesora Waldemara Kuczmy, który był abstrakcjonistą – i nie wiem jak to wygląda teraz, ale w czasach moich studiów we Wrocławiu tak się malowało. Ja od samego początku studiów czułam, w jakim kierunku chcę zmierzać. Nie był to jakiś szczegółowy plan, ale wiedziałam, co mi się podoba i jaki chcę obrać kierunek. W sztuce nie ma jednej prawdy, chodzi o to, żeby odnaleźć w niej siebie, a ja we Wrocławiu nie bardzo widziałam dla siebie miejsce. Zaczęłam więc szukać profesorów malarstwa w całej Polsce, bo chciałam znaleźć kogoś, z kim znajdę porozumienie i będę mogła spokojnie pracować i się rozwijać. Bardzo zależało mi na pełnym skupieniu na studiach i wiedziałam, że porozumienie z profesorem da mi spokój w głowie. Szukałam więc różnych pedagogów, patrząc na prace ich studentów i absolwentów – i tak znalazłam profesora Macieja Świeszewskiego. Napisałam do niego i jeszcze tego samego dnia dostałam entuzjastyczną odpowiedź: „Pewnie, przyjeżdżaj!”. A dzień później napisał mi, że rozmawiał z dziekanem i nie ma żadnego problemu, abym przeniosła się w ramach MOSTu do Gdańska.

Kinga: Ewa Juszkiewicz była jego studentką.

Agnieszka: To prawda. Profesor Świeszewski dał mi olbrzymie wsparcie. On generalnie bardzo wierzy w swoich studentów, bardzo im kibicuje. Naprawdę się nami interesował. Zawsze będę mu za to wdzięczna. Myślę, że dobry profesor malarstwa to właśnie ktoś, kto kibicuje, pozwala studentowi być sobą i odnaleźć siebie – a nie ukierunkowuje go i kształci w jeden konkretny sposób.

Kinga: A później przeniosłaś się do Krakowa. Byłaś częścią gdańskiego środowiska i postanowiłaś je opuścić. Co było powodem tej decyzji?

Agnieszka: Tak, z bólem serca wyjechałam z Gdańska. Mój profesor chciał, żebym została u niego asystentką i akurat było wolne miejsce. Jednak wzięłam ślub i dla męża przeprowadziłam się tak, by być blisko gór. Bardzo chciałam zostać na uczelni, wydawało mi się to ciekawe głównie ze względu na to, że jest się w środowisku, cały czas coś się dzieje, ciągle napływa świeża krew. Uważałam to za bardzo stymulujące.

Kinga: Jak radziłaś sobie zaraz po studiach? Mija prawie dziesięć lat od twojego dyplomu.

Nie wiedziałam co dokładnie powinnam robić, bo na ASP nikt nie uczy poruszania się na rynku sztuki, więc działałam intuicyjnie. Bardzo chciałam żyć ze sztuki i byłam naprawdę mocno zdeterminowana. Postanowiłam, że daję sobie etat, czyli minimum 40 godzin malowania tygodniowo. Aby zachować samodyscyplinę i kontrolę nad czasem, założyłam zeszyt, w którym skrupulatnie zapisywałam godziny w których siadam do pracy i kiedy ją kończę. Chciałam móc zweryfikować to co robię, mieć jakiś punkt odniesienia, jakoś to zmierzyć.

Agnieszka: Obroniłam się w 2016 roku. Wychodziłam z założenia, że jeśli będę wierzyć w to, co robię i dużo pracować, to w jakiś sposób mi się uda – czymkolwiek to „uda się” miałoby być. Nie wiedziałam co dokładnie powinnam robić, bo na ASP nikt nie uczy poruszania się na rynku sztuki, więc działałam intuicyjnie. Bardzo chciałam żyć ze sztuki i byłam naprawdę mocno zdeterminowana. Postanowiłam, że daję sobie etat, czyli minimum 40 godzin malowania tygodniowo. Aby zachować samodyscyplinę i kontrolę nad czasem, założyłam zeszyt, w którym skrupulatnie zapisywałam godziny w których siadam do pracy i kiedy ją kończę. Chciałam móc zweryfikować to co robię, mieć jakiś punkt odniesienia, jakoś to zmierzyć. W rezultacie pracowałam dużo więcej niż ten etat – tak naprawdę były to dwa etaty i skupiłam się tylko i wyłącznie na sztuce. Wszystko kręciło się wokół malarstwa. Na pewno pomogło mi też to, że Karol, mój mąż, już zarabiał i mógł nas utrzymywać.

Kinga: Już wtedy sprzedawałaś swoje prace?

Agnieszka: Pierwsze obrazy sprzedawałam już na studiach. W trakcie studiów czułam narastające drżenie, lęk o to, co nastanie po nich. Ten dygot nasilał się, im bliżej było do obrony dyplomu. Niepewność jest wpisana w te studia i w ten sposób życia, i chyba lęk towarzyszy każdemu. Widzi się dwie drogi: jedną jest pozostanie na ASP, drugą wejście w pustkę. Próbowałam więc znaleźć sposób na to, jak żyć z malarstwa, bo wiedziałam, że się da. Wiedziałam przecież, że są artyści, których prace osiągają zawrotne ceny. Zaczynałam próbując po prostu nawiązać współprace, wszystko to robiłam po omacku. Nie miałam pojęcia o tym, jak funkcjonuje rynek sztuki i jak się po nim poruszać. Jest on bardzo trudny: to olbrzymi organizm, w którym splatają się emocje, pieniądze i prestiż.

Nie wiem, czy ta historia powinna znaleźć się w Internecie, ale zaryzykuję. Przy ASP znajdowały się dwie komercyjne galerie – weszłam do nich i pokazałam swoje portfolio. Obie przyjęły moje obrazy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie mój profesor malarstwa i powiedział, że inny profesor zobaczył w galerii mój obraz wiszący obok swojego. Był z tego powodu bardzo niezadowolony i chciał, żebym ten obraz wycofała. Bo jak to tak, student obok profesora? Na tej samej ścianie?

Kinga: Boże, to jeszcze była ta mentalność! Były takie czasy, że w ogóle studenci nie mogli wystawiać. Albo trzeba było poprosić profesora o zgodę.

Agnieszka: Były wakacje, znajdowałam się między czwartym a piątym rokiem. Czułam już na skórze powiew lęku o to, co będzie za rok i próbowałam sprzedawać obrazy, żeby nie skończyć studiów z niczym.

W rozmowę włącza się Karol, mąż Agnieszki: Ja to obserwowałem i widziałem, jak Agnieszka poświęcała mnóstwo sił i czasu. Spędzała dziennie długie godziny na tym, żeby osiągnąć cel, który sobie założyła. I to już było widoczne na studiach, bo ona już wtedy miała tak wielką determinację, że jeżeli nie odpowiadał jej profesor, jeżeli nie było między nimi porozumienia – to nie walczyła z nim, tylko po prostu przeniosła się do innego miasta. Na studiach pracowała bardzo dużo i żyła tylko tym. I to samo było po studiach. Przez ten pierwszy okres ja nas utrzymywałem, ale wiedziałem, że nie potrwa to długo zanim ona wystrzeli. No i rzeczywiście tak się stało i ten rygor, który ona miała, te wypisane godziny, siedzenie od rana do nocy, ciągłe obserwowanie innych artystów, ciągłe sprawdzanie, co się dzieje na rynku, śledzenie zwłaszcza rynku amerykańskiego…

Agnieszka: Popełniłam przy tym wszystkim masę błędów, ale cały ten proces bardzo dużo mnie nauczył. Początki są zawsze bardzo trudne. Na ASP nie uczą zarządzania swoją karierą i nie mówią, co zrobić z obrazami. Tak naprawdę był to temat tabu, nikt nie chciał „wejść w komercję”, „sprzedać się”. Wizja bycia artystą żyjącym wyłącznie dla sztuki jest bardzo piękna, ale później trzeba opłacić rachunki i coś jeść…

Kinga: Ja staram się o tych sprawach ze studentami rozmawiać.

Agnieszka: To świetnie, bo wtedy była to wiedza tajemna. Trzeba było poruszać się po omacku i sprawdzać, co działa, a co nie. A może nie tajemna? Czy ci, którzy uczyli, to wiedzieli?

Kinga: Podejrzewam, że nie. Ale ciekawe jest to, co powiedział Karol – że ty nie podporządkowałaś się wizji profesora.

Agnieszka: Na ASP we Wrocławiu studentów pierwszego roku przydzielano do pracowni losowo. To był eksperyment. My byliśmy rocznikiem, na którym ten eksperyment się odbywał, bo wcześniej wszyscy studenci trafiali do pracowni jednego profesora – Wojciecha Lupy, który bardzo rzetelnie uczył warsztatu: podstaw, porządnego rysunku, rzemiosła. Po tym intensywnym treningu każdy mógł zdecydować, w której pracowni jakiego profesora chce kontynuować naukę. Nasz rok był eksperymentalny i kadra była ciekawa, co się stanie, jeśli przydzielą losowo po trzech studentów do każdej pracowni. Jak wspominałam, ja trafiłam do Kuczmy, abstrakcjonisty, z którym byliśmy kompletnie różni. Lubił, kiedy studenci eksperymentowali i z rozmachem, z gestu malowali, nie bojąc się wielkich przestrzeni płótna. Ja mówiłam wtedy złośliwie, że oni po prostu chlapią farbą, kopią puszkę z farbą – ale byłam bardzo sfrustrowana. Próbowałam robić to, o co prosił profesor i pamiętam, że wtedy mnie chwalił – chyba całkiem nieźle mi to wychodziło. Ale nie wiedziałam co ja robię i po co. Nie mam nic przeciwko malarstwu abstrakcyjnemu, dziś już w ogóle nawet nie dzielę w ten sposób malarstwa, ale uważam, że sztuka powinna wypływać z trzewi, a z moich takie malarstwo nie wypływało. Nie czułam żadnych emocji próbując malować ekspresyjnie, abstrakcyjnie. Wtedy miałam inne potrzeby.

Kinga: Chciałaś zobaczyć w kimś wsparcie na swojej drodze, a nie przeszkodę, prawda? Bo przyjmuje się, że student pierwszego roku jeszcze nie do końca wie, czego chce, i dopiero musi poznać różne możliwości, żeby samodzielnie zdecydować, w jakim kierunku chce się rozwijać. Czyli doświadczyłaś typowej mistrzowskiej relacji, w której profesor narzuca swoją wizję i uważa, że wie lepiej. W naszych akademiach długo funkcjonowała tradycyjna perspektywa, gdzie panuje przekonanie, że trzeba zbudować swoją szkołę. Umiałaś się przed tym skutecznie obronić.

Agnieszka: Byliśmy z Kuczmą z dwóch przeciwnych biegunów i obydwoje byliśmy ofiarami nieudanego eksperymentu. On mnie chyba dobrze pamięta, bo byłam niepokorna. Jakiś czas temu spotkaliśmy się przypadkiem w galerii, na otwarciu wystawy na której obydwoje pokazywaliśmy swoje obrazy. Chyba dalej jestem harda i może trochę złośliwa, bo powiedziałam wtedy: „a profesor we mnie nie wierzył”. A on odpowiedział, że każdemu zdarza się pomylić. Tak, każdemu się zdarza, ale my naprawdę do siebie nie pasowaliśmy.

Kinga: Umiał się przyznać.

Agnieszka: Nie do końca się dogadywaliśmy. To nie było tak, że się nie lubiliśmy – po prostu mieliśmy zupełnie różne podejścia do malarstwa. Pamiętam, że mówił mi: „Agnieszka, dzisiaj nikt już nie maluje realistycznie.” We Wrocławiu wtedy malowało się abstrakcyjnie, jednak na przykład w Gdańsku czy w Krakowie było znacznie więcej figuracji i realizmu.

To doświadczenie – zderzenie z odmiennymi podejściami – w pewnym sensie popchnęło mnie do szukania dalej i wyjścia poza lokalny kontekst. Zaczęłam interesować się tym, co dzieje się za granicą. Rynek międzynarodowy wydał mi się dużo bardziej otwarty, zróżnicowany, wielogłosowy. Widziałam, że naprawdę można malować tak, jak się chce – że jest miejsce na bardzo różne języki malarskie, podejścia, estetyki. Że ten rynek jest tak ogromny, że pomieści wszystko, jeśli tylko stoi za tym szczerość i jakość.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, ale miałam wrażenie – i nadal czasem mam – że w Polsce najbardziej cenione jest malarstwo „brzydkie”. Takie, które jest ekspresyjne, surowe, „z trzewi”. Wydaje mi się, że często utożsamia się „brzydotę” z autentycznością, że jeśli coś jest niewygodne wizualnie, to musi być głębokie i prawdziwe. A moje malarstwo – chcąc nie chcąc – jest w pewnym sensie „ładne”. Pracuję realistycznie, dbam o detal, używam klasycznej techniki, a to w Polsce budzi podejrzenia. Jest pewne zjawisko, które widzę w Polsce, a na pewno nie obserwuję go w Stanach Zjednoczonych: kiedy współczesny artysta sięga po podobne jak ja środki – podobne do artystów z poprzednich epok – i operuje światłocieniem, skupia się na detalach, buduje obraz klasyczną techniką – bywa to traktowane podejrzliwie, jakby był to formalny popis albo estetyczna ucieczka od treści. Jednocześnie na całym świecie obserwujemy ogromny hype na sztukę dawną, tłumy odwiedzają muzea i zachwycają się warsztatem. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w Polsce sprawny warsztat budzi, nieuzasadnione dla mnie, podejrzenia.

Kinga: Z twoim poczuciem piękna tutaj się nie bardzo odnalazłaś.

Agnieszka: Ale to nie jest tak, że mam jakąś jedyną słuszną wizję tego, jak „powinno” wyglądać malarstwo. Moje malarstwo wynika z tego, kim ja jestem i jak ja czuję. Wychodzę z założenia, że artysta powinien malować w zgodzie ze sobą, z własnym sposobem widzenia świata, a mój jest właśnie taki.

Bardzo lubię właśnie Dominique Fung i Rae Klein. Lubię też Jesse Mockrin, Louise Giovanelli, Nicola Samoriego, Claire Tabouret… Uwielbiam malarstwo Sashy Gordon, Christiana Rexa van Minnena i Anny Weyant – oni operują mistrzowsko warsztatem. To, co robią farbą, jest niesamowite. Prace są jak żyleta. Anna Weyant absolutnie mnie zabija obrazami. Każde pociągnięcie pędzla jest genialne, idealnie na swoim miejscu, w punkt. Ma totalną kontrolę nad materią i przy tym fantastyczną lekkość. Gdzie trzeba, farba jest przejrzysta, delikatna i niemal wytarta; gdzie indziej gęsta i soczysta. „Soczysta” to dobre słowo, aż się ślinię kiedy o tym myślę.

Karol: Nie chcę się tu za bardzo wtrącać, ale też studiowałem malarstwo, tylko kilka lat wcześniej… I myślę, że gdy Agnieszka kończyła studia, to nadal była taka tendencja, żeby malarstwo przedstawiające, i malarstwo w ogóle, traktować trochę jak relikt przeszłości – coś przynależącego do dawnej epoki. Bo wtedy mocno wchodziły nowe media. Kiedy ja w 2010 roku kończyłem studia, pamiętam wyraźnie to zachłyśnięcie się nowymi technikami – wideo, instalacjami, performancem. Nawet konkursy malarskie zaczęły przyznawać nagrody niekoniecznie za samo malarstwo, ale za „malarskie podejście” w innych mediach, na przykład w wideo. To był taki moment fascynacji i zachłyśnięcia się tym, co nowe, bardziej konceptualne. A potem – trochę niespodziewanie – to wszystko zaczęło się odwracać.

Kinga: W tamtym czasie warsztat nie był specjalnie doceniany. Uważano go raczej za relikt przeszłości, coś, co należało już do minionych epok. Skoro jest aparat, to po co malować w realistyczny sposób? Po co doskonalić warsztat? To raz. A dwa, panowało przekonanie, że nie ma już sensu naśladować pewnych form, że malarstwo weszło w fazę bardziej konceptualną. Tak jak wspomniałeś – ktoś zrobił wideo, które miało malarski charakter, i to wystarczyło. Ale nagle, gdzieś około 2017-2018 roku, nastąpił ogromny zwrot i powrót do malarstwa, nie tylko u nas przecież, ale na całym świecie.

Agnieszka: Już wiele razy wieszczono śmierć malarstwa. A ono jest czymś bardzo wyjątkowym i myślę, że nie da się go zastąpić niczym, ani że nic go nie wyprze. Malarstwo niesie w sobie ślad człowieka, jego istota jest głęboko zakorzeniona w ludzkim doświadczeniu. Myślę, że dzisiaj obserwujemy duży do niego powrót.

Kinga: Jest, jest na pewno – ten powrót do malarstwa naprawdę widać. Przecież nawet galeria, z którą współpracujesz, reprezentuje znakomite malarki. To artystki, malarki „pełną gębą”, chciałoby się powiedzieć. Choćby Katherina Olschbaur…

Agnieszka: … Rae Klein czy Dominique Fung. Dominique do niedawna była reprezentowana przez moją galerię.

Kinga: Wspomniałaś, że obserwujesz scenę. Powiedz, kto cię dziś najbardziej ciekawi? Którzy współcześni artyści, czyje malarstwo jest dla ciebie obecnie ważne?

Agnieszka: Bardzo lubię właśnie Dominique Fung i Rae Klein. Lubię też Jesse Mockrin, Louise Giovanelli, Nicola Samoriego, Claire Tabouret… Uwielbiam malarstwo Sashy Gordon, Christiana Rexa van Minnena i Anny Weyant – oni operują mistrzowsko warsztatem. To, co robią farbą, jest niesamowite. Prace są jak żyleta. Anna Weyant absolutnie mnie zabija obrazami. Każde pociągnięcie pędzla jest genialne, idealnie na swoim miejscu, w punkt. Ma totalną kontrolę nad materią i przy tym fantastyczną lekkość. Gdzie trzeba, farba jest przejrzysta, delikatna i niemal wytarta; gdzie indziej gęsta i soczysta. „Soczysta” to dobre słowo, aż się ślinię kiedy o tym myślę. Jajko w jej martwych naturach jest tak idealnie obłe i śliskie, że wyskakuje z obrazu. Obłęd. Ale jest doskonała nie w sposób hiperrealistyczny – to nie jest chłodna perfekcja: jest w tym napięcie, coś teatralnego, czasem ironicznego i błyskotliwie sarkastycznego. Ta techniczna doskonałość u niej nie jest celem samym w sobie, ale jest środkiem do zbudowania obrazu.

Kinga: Zanim zaczęła się Twoja współpraca z Nicodim Gallery, miałaś wystawy za granicą – także w Stanach, prawda? I nie tylko tam. Widziałam na przykład, że wystawiałaś w Monachium, w galerii Benjamin Eck. A Pilipczuk chyba pokazywała Twoje prace w Kopenhadze? I jak to wyglądało? Czy robiłaś research i pisałaś do tych galerii?

Agnieszka: To bywało różnie – część tych współprac wynikała z tego, że galeria sama się do mnie odezwała, a część wynikała z tego, że ja do nich napisałam. Zwłaszcza na początku, w pierwszych latach, kiedy byłam bardzo zdeterminowana, sama wysyłałam portfolio do galerii, które mnie interesowały. Kiedyś wysłałam portfolio do galerii w USA, całkiem dobrej – byliśmy w kontakcie ale nic z tego nie wychodziło. Kiedy Nicodim Gallery ogłosiła, że mnie reprezentują, tamta galeria odezwała się do mnie wiadomością: „Niestety trzymaliśmy nogę w drzwiach zbyt długo…”.

Kinga: Wysyłałaś portfolio do polskich galerii również?

Agnieszka: Tak, ale to jest dość śliski temat. Tak, jak nie mam problemu w kontaktach z galeriami zagranicznymi, tak wobec polskich galerii zawsze miałam wewnętrzne opory. Wydawało mi się, że jeśli zaproponuję współpracę komuś na swoim podwórku, a spotkam się z odmową, to odbiorę to bardziej osobiście: będę traktowała to jako cios wymierzony wprost we mnie – a może nawet przeciwko mnie. Bałam się, że to będzie odebrane jako nachalność, że ktoś pomyśli, że się narzucam. I – jak wspominałam wcześniej – miałam poczucie, że ja i polski rynek sztuki jakoś się mijamy. Poza tym nie jestem osobą, która odnajduje się w intensywnym życiu towarzyskim – nie lubię imprez, źle się czuję w tłumie, nie potrzebuję wielu znajomości. Męczy mnie też funkcjonowanie w systemie, w którym trzeba nieustannie podtrzymywać często powierzchowne relacje towarzyskie, opierać się na sieci wzajemnych zależności. A polski rynek często, niestety, tak działa. Wiem, że wiele osób boi się być sobą; wyzwaniem jest odnalezienie własnego głosu, niepodporządkowywanie się presji grupy czy środowiska – nikt nie chce odstawać. Walka o bycie autentycznym to chyba powszechny problem. Ja mam odwrotnie. Nie potrafię się podporządkowywać, dostosowywać do zasad, które nie są moje, grać. Jestem trochę samotnym wilkiem. Był czas, kiedy z tym walczyłam, ale chyba już przestałam.

Zupełnie innym tematem jest też to, że galerie, zwłaszcza te dobre, dostają ogromną liczbę portfolio od artystów. Słyszałam od osób pracujących w mojej galerii, że potrafią otrzymywać nawet 50 takich maili tygodniowo – i raczej nikt ich nawet nie otwiera. W środowisku mówi się, że wysłanie portfolio do galerii to jak wrzucenie wiadomości do czarnej dziury. Zresztą chyba jedna z polskich galerii faktycznie miała kiedyś specjalny adres e-mail dla artystów z „black hole” w nazwie.

Kinga: Mam wrażenie, że polski rynek galerii jest po prostu zbyt mały w stosunku do liczby i jakości artystów, którzy tu tworzą. Część z nich nie zostaje objęta reprezentacją nie dlatego, że brakuje im talentu, tylko dlatego, że galerie nie mają już przestrzeni ani zasobów, żeby ich wspierać. W Polsce jest naprawdę wielu świetnych twórców, ale część z nich nie otrzymuje potwierdzenia wartości swojej pracy, gdzieś się po drodze gubi i bywa, że niestety z czasem po prostu przestają pracować.

Agnieszka: To prawda. Ja, kiedy wysyłałam portfolio do galerii w Polsce i nie było żadnej odpowiedzi, po prostu odpuszczałam temat. Jednocześnie nigdy nie miałam problemu ze sprzedażą obrazów. Jeśli ktoś mnie znalazł i chciał kupić obraz, to pisał bezpośrednio do mnie. Miałam więc poczucie, że współpraca z mniej znaczącymi galeriami byłaby dla mnie wręcz niekorzystna, bo kolekcjonerzy i tak trafiali do mnie innymi drogami, poza galeryjnym obiegiem.

Kinga: Dziś nierzadko tak bywa, że to artyści są bardziej rozpoznawalni niż galerie, z którymi współpracują.

Agnieszka: Ja mam w sobie jednocześnie dużo niepewności i pewności – to dziwne połączenie, ale właśnie ono mnie prowadzi. Od samego początku czułam, że pewne rzeczy się wydarzą, tylko potrzebują czasu. I że nie ma sensu niczego przyspieszać, na siłę pokazywać się w nieodpowiednich miejscach czy się komuś narzucać. Oczywiście, miałam momenty, kiedy chciałam częściej pokazać swoje obrazy, bo samo siedzenie z nimi w pracowni, bez żadnego kontaktu z odbiorcą, bywa po prostu smutne. Dla artysty to trudne, kiedy wszystko zostaje w szufladzie. Z jednej strony więc czułam potrzebę pokazywania prac i rzeczywiście to robiłam, a z drugiej, mówiąc wprost, musiałam zważyć co jest dla mnie najbardziej korzystne. Nie lubię poczucia, że ktoś mnie wykorzystuje. Czasem chodziło o warunki finansowe – miałam świadomość, że jeśli to ma być wystawa połączona ze sprzedażą w galerii o nieprzekonującej pozycji, a kolekcjonerzy i tak zgłoszą się bezpośrednio do mnie, to mija się to z celem, bo po prostu podaruję galerii połowę swojego zarobku. Ale bywały też sytuacje odwrotne, kiedy czułam, że dane miejsce ma sens, że warto tam pokazać obrazy, nawet jeśli galeria pobiera pięćdziesiąt procent prowizji, bo jest to dobra inwestycja w przyszłość. Czasem zdarzały mi się też niewypały i błędy. Czasem też, kiedy miałam okazję pokazać obrazy w instytucji, po prostu fizycznie nie miałam prac, bo – jak wspominałam – moje prace zawsze świetnie się sprzedawały i szybko opuszczały pracownię. Bywało też, że nie miałam wystarczających zasobów i sił, żeby zajmować się organizacją i formalnościami. Trzeba tym wszystkim jakoś żonglować i się w tym połapać, a ja maluję wolno, więc nie mam wielu obrazów rocznie do tej żonglerki.

Na początku rzeczywiście wszystko kręciło się wokół starych mistrzów, to był mój punkt wyjścia. Ale teraz bardziej obserwuję to, co dzieje się współcześnie i interesuje mnie malarstwo aktualne, współczesne. Ostatnio też bardzo zainteresowały mnie średniowieczne iluminacje. Niby to tylko dekoracje, a dzięki pozornej naiwności ich formy, potrafią być brutalnie bezpośrednie. Fascynuje mnie ta dziwna mieszanka duchowości, prostoty i symboliki, to jest wręcz hipnotyczne. Jest w nich surowa szczerość i ogromna siła narracyjna przy użyciu bardzo oszczędnych środków.

Kinga: Wróćmy do obrazów. Jakie malarstwo fascynuje cię najbardziej?

Agnieszka: Dzisiaj naprawdę bardzo różne. Kiedy studiowałam, chodziłam po muzeach i galeriach i zawsze podchodziłam bardzo blisko obrazu i przyglądałam się detalom. Uwielbiałam studiować pojedyncze pociągnięcia pędzla, ślad ręki artysty. Wtedy bardzo ciągnęło mnie do dawnych mistrzów, takich jak de La Tour czy Caravaggio. Fascynował mnie ich warsztat: precyzyjny, niezwykle wypracowany, a jednocześnie pełen życia. To jest aż nieprawdopodobne, bo wydaje się, że tam wszystko żyje, że jest jakby zbudowane ze światła.

Kinga: To jest niemożliwe, że to ktoś ręką ludzką namalował, prawda? Artyści renesansu i baroku są obecni nie tylko w formie wizualnej, ale też w tytułach twoich obrazów. To trop, który pozwala je rozszyfrowywać.

Agnieszka: Tak. Myślę, że u mnie właśnie od tego się wszystko zaczęło. Od zachwytu nad samym malarstwem jako takim. Nad tym, że w farbie widać wszystko: czas, skupienie, wysiłek, drogę, jaką artysta przeszedł. Kiedy jeszcze byłam w liceum plastycznym i potem na studiach, bardzo chciałam zobaczyć na żywo obrazy, o których uczyliśmy się na historii sztuki. I to właśnie wtedy zaczęło mnie fascynować to „wchodzenie w detal”, przyglądanie się obrazom z bliska, śledzenie każdego pociągnięcia pędzla. Na początku rzeczywiście wszystko kręciło się wokół starych mistrzów, to był mój punkt wyjścia. Ale teraz bardziej obserwuję to, co dzieje się współcześnie i interesuje mnie malarstwo aktualne, współczesne. Ostatnio też bardzo zainteresowały mnie średniowieczne iluminacje. Niby to tylko dekoracje, a dzięki pozornej naiwności ich formy, potrafią być brutalnie bezpośrednie. Fascynuje mnie ta dziwna mieszanka duchowości, prostoty i symboliki, to jest wręcz hipnotyczne. Jest w nich surowa szczerość i ogromna siła narracyjna przy użyciu bardzo oszczędnych środków.

Kinga: Chcę cię zapytać o ewolucję twojej pracy. Na początku malowałaś dość realistyczne portrety, z czasem ta cielesność zaczęła się zmieniać. Skóra przestała być skórą w dosłownym sensie, stała się bardziej umowna, jakby służyła przede wszystkim jako pretekst do pokazania tatuażu. Zniknęło też rozbudowane tło, wszystko zanurzone jest w czerni. Kompozycje się uprościły, oczyściły. Są zbudowane na bardzo oszczędnych środkach. Nie sugerujesz narracji w tle. Najczęściej pojawia się stłumione światło albo jego całkowity brak.

Agnieszka: Tak, bo zauważyłam, że to oczyszczanie obrazu wcale nie oznacza, że się coś zabiera – często wręcz przeciwnie. Oczyszczając, można dodawać. Niektóre elementy są tylko ozdobnikami, czyli czymś, co nie wnosi żadnej treści, a wręcz rozprasza. Dzięki odejmowaniu można lepiej skupić wzrok i lepiej zbudować napięcie obrazu. Bardzo podoba mi się to w malarstwie Anny Weyant – są czyste w kompozycji i mają w sobie dyscyplinę.

Kinga: Twoje obrazy sprawiają wrażenie bardzo wyważonych, precyzyjnych, nic nie jest w nich przypadkowe. Czy zdarza ci się mylić podczas pracy? Czy poprawiasz obrazy? A może raczej, kiedy już zaczynasz malować, wszystko masz wcześniej dokładnie naszkicowane i nie wprowadzasz żadnych zmian? Czy bywa tak, że coś jednak nie gra i wtedy przemalowujesz fragmenty?

Agnieszka: To trudne pytanie.

Karol: Ostatnio miałaś taką sytuację przy obrazie z perłą – w trakcie pracy zmieniłaś koncepcję.

Agnieszka: To prawda, ale to zdarza się rzadko. Takie drastyczne zmiany w trakcie malowania są u mnie rzadkością. Zwykle, zanim zacznę malować, projekt obrazu jest już bardzo dopracowany i wiem, jak chcę, żeby wyglądał w finalnej wersji, więc nie wprowadzam dużych korekt. Ale odpowiedź na to pytanie jest trudna, bo w gruncie rzeczy jest to pytanie o coś głębszego – o to, w którym momencie uznajemy obraz za skończony. Czy może pytasz o to, czy jakaś zmiana jest potrzebna, bo coś jest „źle” namalowane? Ale właściwie co to znaczy „źle namalowane” – może raczej chodzi o to, że coś nie działa tak, jak powinno?

Kinga: Przykładowo, wyobrażam sobie, że w twoim procesie twórczym może zachodzić coś takiego, że wchodzisz w strukturę obrazu, który budujesz, i nagle uznajesz, że na przykład połowę trzeba zamalować na czarno. I po prostu to robisz, mimo że wcześniej tego nie planowałaś. Albo odwrotnie – coś, czego nie było w pierwotnym założeniu, nagle okazuje się konieczne i wprowadzasz ten element, bo obraz tego wymaga.

Agnieszka: Tak, czasem się tak zdarza. Tak było w przypadku jednego z obrazów z perłą. To była praca, w której duża perła zasłaniała twarz postaci. Nie chciałam bezpośrednio nawiązywać do Magritte’a, ale gdzieś z tyłu głowy miałam jego obraz z jabłkiem na twarzy. W założeniu mojej nowojorskiej wystawy było, aby w każdym obrazie pojawiła się perła. W jednym z obrazów chciałam, żeby taka wielka perła dawała odczucie przytłoczenia, żeby zdominowała obraz. Ale kiedy ją namalowałam, zdałam sobie sprawę, że kojarzy się z dużym balonem z gumy do żucia, co było nie do przyjęcia, bo dawało głupawy efekt. Wtedy zdecydowałam się dodać więcej mniejszych pereł wokół, żeby tę główną „osadzić” i wzmocnić jej obecność w kompozycji. I tak pojawiły się elementy, których pierwotnie w ogóle nie planowałam. Ale to nie jest mój typowy sposób pracy. Raczej staram się wcześniej wszystko dobrze zaprojektować, żeby później nie musieć niczego zmieniać. Nie lubię przemalowywać.

Kinga: Tak właśnie twoje obrazy wyglądają – jakby nie były zmieniane, jakbyś wiedziała od początku, co się tam ma dziać. Ale proces może być inny.

Agnieszka: Jednocześnie bardzo mi się podoba, kiedy inni artyści przemalowują obrazy i często szukam śladów takich zmian. Lubię wypatrywać znaków, że w danym miejscu było coś innego, bo widać w tym, że obraz przeszedł jakąś drogę.

Dwa lata temu w Nowym Jorku oglądałam wystawę Jesse Mockrin. Pamiętam, że pod odpowiednim kątem światła było widać, że głowa w jednym z obrazów pierwotnie znajdowała się w innym miejscu, była namalowana pod innym kątem. Bardzo mi się to podobało, bo widać w tym jak przebiegało myślenie artystki. Widać było na nowo podejmowane decyzje, na nowo poprowadzone napięcia w obrazie. Uwielbiam to odkrywać – zarówno drobne poprawki, jak i większe przemalowania. Ja sama zawsze się przed tym wzbraniam, ale jest to u mnie jakiś dziwny psychiczny opór, po prostu nie mogę psychicznie znieść zmian. W moich obrazach nie mogę się z tym pogodzić – jak to, że coś tam zostaje, coś się przebija? Że na czarnym tle widać jakiś zarys ręki? Ale uważam, że to jest świetne, dodaje obrazowi życia i jest to część procesu. To takie „hidden gems”.

Kinga: Bardzo mnie ciekawi i myślę, że wiele osób również, jak wygląda twoja kuchnia malarska. Bo te obrazy są wykonane z niesamowitą precyzją, to robi ogromne wrażenie. Jak wygląda twoje przygotowanie do pracy nad obrazem? Zastanawiam się, czy zaczynasz od sesji zdjęciowej? Czy pracujesz potem z materiałem w Photoshopie? Czy korzystasz z rzutnika? Jak wygląda ten proces? Sama przygotowujesz płótna?

Agnieszka: Kiedyś płótna przygotowywałam sama, ale teraz nie mam na to czasu. Bardzo to lubiłam, bo miałam nad wszystkim pełną kontrolę. Wiedziałam, że będą dokładnie takie, jak chcę: gładkie, ale nie za bardzo; o odpowiedniej strukturze. Ale to było niesamowicie czasochłonne, więc teraz po prostu kupuję gotowe i szukam takich, które spełnią moje oczekiwania. Jeśli chodzi o sam proces, to na bieżąco, w notatniku w telefonie zapisuję pomysły, robię notatki, zapisuję słowa-klucze, zdania – wszystko, co z jakichś, czasem niewiadomych dla mnie powodów, mnie zatrzyma. Rysuję, robię wstępne i bardzo ogólne projekty. Na bieżąco zbieram rzeczy takie, jak sznury pereł, naszyjniki, kolczyki, sukienki. Czasem specjalnie coś kupuję albo wypożyczam. Szukam modelki na sesję zdjęciową. Przy zdjęciach pomaga mi Karol, bo jest z tym trochę zamieszania.

Kinga: Czy wasze światy wpływają jakoś na siebie, przenikają się? U ciebie nie ma w ogóle pejzażu. A u Karola nie ma ludzi. Czy wzajemnie oddziałujecie na swoją twórczość?

Jeszcze wcześniej, na studiach, uważałam, że szczytem honoru jest samodzielne rozrysowanie wszystkiego od zera – ale dziś uważam, że to nie ma znaczenia i nie ma nic wspólnego z tym, czy się potrafi rysować, czy nie. Pamiętam, że na studiach przełomowym momentem w moim myśleniu o projektowaniu obrazu była książka, która mówiła o tym, że artyści od wieków wspierali się różnymi narzędziami optycznymi, takimi jak np. camera obscura.

Agnieszka: Trochę tak, choć staramy się nie wtrącać w swoje działania. Bardzo sobie pomagamy w pracy, ale równocześnie dbamy o to, żeby nie narzucać sobie wzajemnie żadnej wizji i nie wywierać presji. Bardzo, bardzo dużo rozmawiamy, całymi godzinami. Czasem Karol ma trafne spostrzeżenia albo zauważa coś, czego ja sama nie zauważę.

Karol: Z kolei Agnieszka siedzi ze mną przez miesiąc na pustyni, kiedy robię zdjęcia, śpi w samochodzie, w namiocie, chodzi po górach w upale i deszczu i w takiej podróży nie może się codziennie wykąpać. To dużo dla mnie znaczy. Myślę, że właśnie tak najbardziej na siebie wpływamy – że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Ta podróż do Stanów była dla nas obojga bardzo owocna.

Agnieszka: Dla mnie to był też odpoczynek psychiczny, bo w naturze. Wciąż mam problemy z barkiem i kręgosłupem od malowania, więc bycie w ruchu i w przyrodzie robi mi po prostu dobrze.

Kinga: No tak, korzystaliście z tego, że byliście w niezwykłych miejscach. Ale mówiłaś o sesji zdjęciowej.

Agnieszka: Zatrudniam modelki, robię zdjęcia i już na ich podstawie w Photoshopie tworzę projekty obrazów. Kiedyś, do rozrysowywania obrazów, próbowałam używać rzutnika, ale u mnie to się kompletnie nie sprawdziło. Rzutnik trochę deformuje obraz, a ja potrzebuję dużej precyzji. Te drobne przesunięcia były dla mnie nie do zaakceptowania. Nawet samo oparcie ręki z ołówkiem potrafi przesunąć płótno i zaburzyć układ. Jeszcze wcześniej, na studiach, uważałam, że szczytem honoru jest samodzielne rozrysowanie wszystkiego od zera – ale dziś uważam, że to nie ma znaczenia i nie ma nic wspólnego z tym, czy się potrafi rysować, czy nie. Pamiętam, że na studiach przełomowym momentem w moim myśleniu o projektowaniu obrazu była książka, która mówiła o tym, że artyści od wieków wspierali się różnymi narzędziami optycznymi, takimi jak np. camera obscura.

Kinga: To pewnie była „Wiedza tajemna” Davida Hockneya?

Agnieszka: Tak, właśnie. Ta książka wtedy naprawdę otworzyła mi oczy.

Kinga: Optyka była stosowana w malarstwie od bardzo dawna – tylko, że często się to ukrywało. Nie chciano pokazywać zwykłym ludziom, że obraz może się wyłaniać z jakiejś projekcji. I kogoś, kto nie zna zasad optyki, mogłoby to naprawdę przestraszyć.

Agnieszka: I ja też na początku uważałam, że powinno się wszystko samodzielnie rozrysować…

Kinga: No właśnie – a jak teraz przenosisz rysunek na płótno? Przy pomocy kratki?

Agnieszka: Tak, używam kratki. Kiedyś te kratki były u mnie dość duże, potem robiły się coraz mniejsze, aż teraz jedna kratka ma 2,5 na 2,5 cm.

Kinga: Niesamowite. No i widziałam, że czasem jeśli masz do namalowania drobiazgowy motyw, to jeszcze pomiędzy wkładasz jakieś pośrednie, dodatkowe kratki. A rysujesz ołówkiem? Jak radzisz sobie z tym, żeby ten rysunek się nie rozmazywał kiedy nakładasz farbę?

Agnieszka: Rysuję w miarę twardym ołówkiem, żeby się nie rozcierał. A później, przy podmalówce, używam bardzo dużo medium i bardzo mało farby – to pomaga „zabezpieczyć” ołówek. Dopiero na tej warstwie maluję – wtedy już nic się nie rozmazuje, bo ta pierwsza warstwa blokuje rysunek. Lubię malować bardzo szczegółowo, choć czasem próbuję się powstrzymywać, żeby nie dopracowywać wszystkiego do granic możliwości. Chciałabym czasem coś odpuścić – to, co jest w cieniu zostawić mniej dopracowane, namalowane z gestu. Ale mam wewnętrzny przymus, żeby w tym dłubać.

Kinga: Rozumiem to doskonale. Czasem podziwiamy pewne rozwiązania u innych artystów, ale sami nie jesteśmy w stanie pójść tą drogą, coś nas trzyma przy własnym sposobie pracy. I właściwie to prowadzi mnie do pytania, które miałam ci zadać: spójna formuła twoich obrazów. Czy myślisz o niej jako o czymś, co chcesz dalej pogłębiać, rozwijać? Czy myślisz, że ta forma się kiedyś rozszczelni? Że pojawią się obrazy zupełnie inne? Zastanawiam się też, czy ta formuła jest podyktowana twoim doświadczeniem, twoją drogą. Może wynika częściowo również z uwarunkowań rynku. Bo wiemy, że galerie raczej nie przepadają za tym, kiedy artysta się zmienia. Więc czy widzisz dla siebie przestrzeń na ewolucję? Czy myślisz, że ona się wydarzy?

Agnieszka: Oczywiście, istnieją wobec mnie pewne oczekiwania, powinnam być spójna, ale też ewolucja jest czymś naturalnym i obserwuję ją też u innych artystów. Myślę, że każdy obraz pociąga za sobą następny – trochę tak, jakby malowało się jeden nieskończenie długi obraz podzielony na kawałki. Kiedy się maluje, ciągle zauważa się coś nowego i pojawia się potrzeba pójścia dalej i głębiej, a czasem w bok, czasem zupełnie inną ścieżką. Każdy obraz otwiera kolejne pytanie i prowokuje następny krok. Myślę, że proces twórczy polega właśnie na wsłuchiwaniu się w to, co samo przychodzi, a nie na „wymyślaniu”. Ta seria obrazów związanych z religią, z chrześcijaństwem, wynikła bezpośrednio z moich osobistych doświadczeń i była dla mnie wentylem bezpieczeństwa. To była forma poszukiwania odpowiedzi na pytania, rozliczania się z przeszłością, układania sobie pewnych tematów w głowie. Pracowałam wtedy na bardzo silnych emocjach – dziś nie są już one tak intensywne, a nawet wręcz wygasły. Temat religii nadal mnie interesuje, ale nie napędza mnie już w taki sam sposób jak kiedyś. Sama jestem ciekawa, dokąd pójdę dalej. Ostatnio zauważam, że religia – ten ciężki, podniosły, głęboko emocjonalny temat – zderza się we mnie z czymś zupełnie innym: z absurdem, humorem, który nie jest drwiną, ale raczej formą dystansu. To, co kiedyś było dla mnie poważnym pytaniem, dziś zaczyna przesuwać się w stronę czegoś groteskowego, absurdalnego, dziwnego. Zauważyłam, że sacrum, jeśli się mu dokładnie przyjrzeć, jest niepokojąco blisko maskarady, a wzniosłość – teatralności albo wręcz farsy. Zainteresowało mnie też napięcie pomiędzy świętością a cielesnością; to, że ekstaza religijna i erotyczna są w pewnym sensie blisko siebie. Jednak nie planuję serii wielu obrazów naprzód, myślę raczej o kilku kolejnych i wierzę, że ten proces sam mnie gdzieś prowadzi, jeśli mu na to pozwolić.

Kinga: No tak, bo to kontrolowanie wszystkiego chyba nie jest istotą sprawy. Będziemy obserwować jak to się będzie zmieniać. I jeszcze chcę cię zapytać, już na koniec – bo wiem, że cię wymęczyłam! – ale mam jeszcze jedno pytanie. Były w twojej twórczości dwa ważne momenty: pierwszy to „Ogród rozkoszy ziemskich”, ten obraz, który nagle stał się wiralem i poniósł się w niesamowity sposób, a drugi to twój mail do Nicodim Gallery. Są takie historie, które dają nadzieję, pokazują, że warto wierzyć w siebie, nie bać się ryzykować i dawać sobie szansę.

Miałam przekonanie, że jeśli już mam pokazać się w Nowym Jorku – który jest najważniejszym miejscem na świecie, jeśli chodzi o sztukę – to tylko wtedy, kiedy wszystko się zazębi: odpowiednia galeria, odpowiedni czas i moje przygotowanie do wystawy. Nie chciałam się później zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, że gdzieś pokazałam swoje prace. Chciałam się tym naprawdę cieszyć i być z siebie dumna. Z drugiej strony też nigdy nie miałam podejścia, że chodzi tylko o zarabianie pieniędzy. Oczywiście – wiadomo, że są ważne, bo dzięki nim można żyć, funkcjonować, podróżować, malować.

Agnieszka: Przyznam się, że przed moją pierwszą wystawą „Sweet Burden” w Nicodim Gallery w Los Angeles miałam dwie propozycje pokazania prac na wystawach indywidualnych w Nowym Jorku i obie odrzuciłam – mój ojciec zawsze mi powtarza, żebym o tym nie mówiła, bo nikt mi nie uwierzy, bo przecież marzeniem każdego artysty jest Nowy Jork. Uznałam, że to nie jest miejsce i czas dla mnie – czułam, że te galerie mają trochę inny niż ja sposób myślenia o sztuce.

Kinga: Ja ci wierzę! Po prostu ich program był mniej ambitny niż ten, który miałaś na oku – i chciałaś czegoś więcej. To zupełnie naturalne.

Agnieszka: Miałam poczucie, że to nie jest to. I mimo, że mam w sobie mnóstwo wątpliwości i niepewności, to jednocześnie – nie wiem, jak to się dzieje – mam też w sobie jakąś głęboką wiarę w siebie. To się dziwnie przeplata. Ale naprawdę wierzyłam, że przyjdzie taki moment, który będzie dla mnie właściwy. Miałam przekonanie, że jeśli już mam pokazać się w Nowym Jorku – który jest najważniejszym miejscem na świecie, jeśli chodzi o sztukę – to tylko wtedy, kiedy wszystko się zazębi: odpowiednia galeria, odpowiedni czas i moje przygotowanie do wystawy. Nie chciałam się później zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, że gdzieś pokazałam swoje prace. Chciałam się tym naprawdę cieszyć i być z siebie dumna. Z drugiej strony też nigdy nie miałam podejścia, że chodzi tylko o zarabianie pieniędzy. Oczywiście – wiadomo, że są ważne, bo dzięki nim można żyć, funkcjonować, podróżować, malować. Ale ja naprawdę często i dużo inwestowałam w sztukę, bo miałam potrzebę, żeby to, co robię, naprawdę dawało mi satysfakcję. Chciałam być zadowolona z tego co robię. Bo przecież dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu to nie są wystawy, tylko samotne godziny w pracowni. To właśnie w tej codziennej pracy chciałam się dobrze czuć. To było dla mnie najważniejsze. Więc… tak, wracając do tej wystawy – po prostu wierzyłam, że przyjdzie taki moment, kiedy spotkam się z odpowiednią galerią we właściwym czasie. I jakoś się to wszystko ułoży.

Kinga: Warto podkreślić, że dałaś sobie tę szansę nie na ślepo, tylko po bardzo rzetelnym przygotowaniu. Tak naprawdę, byłaś do tego gotowa. Jasne, wysłałaś swoje portfolio, ale to nie było tak, że zrobiłaś to przypadkowo czy bez namysłu. Miałaś już zbudowaną solidną bazę, dużą świadomość, wiedzę o rynku. Miałaś też inne propozycje, więc było widać, że twoje prace mają potencjał właśnie tam – w Nowym Jorku. I to się potwierdziło. W maju otworzyłaś wystawę „Echoes” w nowojorskiej siedzibie Nicodim. Jesteś zadowolona z wystawy? Był dobry odbiór? Miałaś ciekawe spotkania?

Agnieszka: Tak, na otwarcie przyszło naprawdę dużo osób. Karol próbował to oszacować i prawdopodobnie przez galerię przewinęło się około dwustu osób. Przez trzy godziny ludzie cały czas przychodzili, było bardzo intensywnie i naprawdę fajnie. W USA otwarcia wyglądają trochę inaczej niż w Europie, nie ma oficjalnej części z przedstawieniem artysty czy przemówieniami. Po prostu podaje się przedział czasowy, w którym artysta jest obecny w galerii, i w tym czasie każdy może przyjść, porozmawiać, zadać pytania. Otwarcia są bardziej nastawione na bezpośredni kontakt z twórcą. I rzeczywiście przez całe te trzy godziny rozmawiałam, odpowiadałam na pytania. Dziewczyny z galerii też mówiły, że na otwarciu wystawy była bardzo dobra energia, że zagrało. Więc myślę, że wyszło naprawdę dobrze.

Kinga: No to wspaniale! W końcu najlepsza recenzja to taka, kiedy ludzie naprawdę reagują na to, co się zrobiło. I klasyczne pytanie, które zawsze pada na koniec: możesz powiedzieć coś o swoich kolejnych projektach?

Agnieszka: Wystawa i urlop już za mną, i teraz wracam do pracy. W najbliższym czasie będę pokazywać obraz na targach Armory Show w Nowym Jorku, a później na Art Basel w Miami. Jestem też umówiona na kolejną indywidualną wystawę z moją galerią, Nicodim, w Los Angeles, na początek 2027 roku. A co wydarzy się pomiędzy – zobaczymy. Może coś się pojawi, ale na razie skupiam się na tych konkretnych planach, bo są bardzo wymagające. Widzę też, że wszystko dzieje się w swoim rytmie, powoli, i trzeba dać temu czas. Tego procesu nie warto przyspieszać. Trzeba dać sobie przestrzeń i czas na pracę, i własny rozwój, bo artysta dojrzewa razem z tym, co się dzieje wokół jego twórczości. Każda wystawa naturalnie prowadzi do kolejnej, wszystko układa się krok po kroku.

Kinga: Dobrze, że masz taką perspektywę i możesz pracować w swoim tempie. Bardzo dziękuję ci za rozmowę.

Agnieszka: Ja też bardzo dziękuję, Kinga!

Kinga Nowak

Kinga Nowak

Malarka, autorka obiektów przestrzennych, związana z Wydziałem Malarstwa, gdzie od 2023 roku prowadzi pracownię malarstwa. Studiowała w ENSBA w Paryżu, była wykładowczynią University of the Arts w Londynie. Od 2007 redaktorka „Wiadomości ASP”, a obecnie redaktorka magazynów „Restart” i „Elementy”. Współprowadzi przestrzeń działań artystycznych Widna. Jej prace znajdują się w kolekcjach Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Fotografii w Krakowie, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Zamku Królewskiego na Wawelu, Bunkra Sztuki, a także w licznych kolekcjach prywatnych.

Agnieszka Nienartowicz

Agnieszka Nienartowicz

Ur. 1991, Jelenia Góra. Absolwentka Wydziału Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku (dyplom w 2016 roku). Wybrane wystawy: „Echoes”, Nicodim, Nowy Jork (2025, wystawa indywidualna); „Disembodied”, kurator Ben Lee Ritchie Handler, Nicodim, Los Angeles (2024); „The Landscape of Polish Painting”, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa (2024); Agnieszka Nienartowicz: „Sweet Burden”, Nicodim Annex, Los Angeles (2023, wystawa indywidualna); „Maternity Leave: None of Women Born” kurator Ben Lee Ritchie Handler, Nicodim we współpracy z Green Family Art Foundation, Dallas (2023). Mieszka i pracuje w Krakowie.