Nr 22 lato 2026 rozmowy Magdalena Urbańska, Olga Pawłowska 

Sztuka, nie obraz. Z Olgą Pawłowską rozmawia Magdalena Urbańska

W pracowni Olgi Pawłowskiej, fot. Bartek Basista

Magdalena Urbańska: Rozmawiamy przy okazji programu „Sploty. Program rozwoju i promocji młodych artystów inspirowany twórczością Czapskiego, Wajdy i Wróblewskiego”, w którym występujesz w roli mentorki. Jesteśmy w Twojej pracowni, odziedziczonej po dziadku. Czuć tutaj przeszłość, choć wydaje się, że jest ona raczej dyskretnym tłem Twojej codziennej pracy. Pozwalam sobie na taką refleksję, ponieważ wydaje mi się, że jest ona znacząca dla tematu, o którym mamy rozmawiać: możliwym sąsiedztwie pracy artystycznej i edukacyjnej.

Na Twojej stronie internetowej Twój biogram pełen jest nazwisk profesorów związanych z Akademią: dyplom magisterski zrealizowany w Pracowni Wklęsłodruku prof. Henryka Ożoga, aneks z malarstwa pod opieką prof. Stanisława Tabisza, doktorat przygotowany pod kierunkiem prof. Rafała Pytla… Czy te osoby rzeczywiście odegrały tak ważną rolę w kształtowaniu twojej drogi artystycznej, że do dziś pojawiają się w twoim biogramie?

Olga Pawłowska: Nie zastanawiałam się nad tym. Chyba jestem po prostu ze starej szkoły. Moi rodzice też zawsze podawali w biogramach nazwiska swoich profesorów. Kiedyś informacja o tym, z czyjej pracowni się wywodzisz, rzeczywiście miała znaczenie. Może po to, żeby było wiadomo, kogo obarczyć winą? (śmiech)

Nie zmienia to jednak faktu, że jestem bardzo zadowolona z tych wyborów, a właściwie z tego, jak pokierował mną los. Podczas studiów nie zabiegałam o dostanie się do żadnej konkretnej pracowni – po prostu szłam tam, dokąd mnie wiodła intuicja. Posłusznie zgadzałam się na to, co będzie mi dane. Tak trafiłam do pracowni prof. Henryka Ożoga, później do prof. Stanisława Tabisza, a potem na film animowany do prof. Jerzego Kuci.

Początkowo miałam realizować tam dyplom magisterski, ale wspólnie z profesorem doszliśmy do wniosku, że to nie odpowiada mojemu temperamentowi. Ciągle zmieniam zdanie, codziennie jestem w innych emocjach, a chyba żadna inna metoda nie wymaga tyle skupienia i konsekwencji co film animowany. Podobnie było z grafiką warsztatową – efekt pojawia się dopiero po miesiącu czy dwóch rysowania na blasze, trawienia i drukowania.

Dopiero po studiach zdecydowałam się na malarstwo, które, mam wrażenie, zawsze było mi pisane. W malarstwie efekt dostaję od razu. Mogę na bieżąco mierzyć się z tym, co wychodzi, i od razu na to reagować.

Skąd w takim razie konserwacja w twoim życiorysie? Przez siedem lat wykładałaś na Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki.

Konserwacja właściwie nie ma tu większego znaczenia, bo pracowałam w Pracowni Rysunku. Wydawało mi się, że to naturalna ścieżka: po grafice przejść do rysunku. Po studiach graficznych doświadczenie rysunkowe jest dosyć duże, więc nie miałam obaw, że sobie nie poradzę jako pedagog w tej pracowni.

W pracowni Olgi Pawłowskiej, fot. Bartek Basista

Byłaś tam asystentką Rafała Pytla. Mówisz, że wymienianie swoich nauczycieli jest w środowisku artystycznym pewną tradycją, ale wpisanie ich we własny życiorys to też rodzaj oddania, sugestii relacji mentorskiej. Czy tak było również w twoim przypadku?

Częściowo tak, np. z profesorem Ożogiem. Byłam fanką jego twórczości jeszcze zanim zaczęłam studia na Akademii, więc bardzo się cieszę, że trafiłam właśnie do niego. Co ważne, jest świetnym grafikiem, ale także znakomitym malarzem.

Profesor Tabisz zawsze powtarzał, że graficy są świetnymi malarzami. Myślenie syntetyczne, graficzne, ma ogromny wpływ na warsztat malarski. Tak było w moim wypadku. Ale szczególnie zyskują na tym malarze, którzy realizują aneks w pracowniach graficznych. Te dwa języki znakomicie się uzupełniają. Z takim myśleniem spotykałam się też u Rafała Pytla.

A czego nauczyło cię uczenie innych? Jak wpłynęło na twoją własną praktykę artystyczną?

Coś pewnie mi dało, ale szczerze mówiąc, bardziej wysysało ze mnie energię. Dlatego postanowiłam skupić się na sobie i własnej twórczości, i odejść z uczelni. W mojej rodzinie było zresztą bardzo wielu nauczycieli – zbyt wielu. Uznałam więc, że czas skończyć z Akademią.

Opowiedz więcej o swojej rodzinie. Na ile profesje rodziców i dziadków wpłynęły na twoją drogę?

Moi rodzice nie uczyli na Akademii, ale prowadzili zajęcia z rysunku i grafiki na Uniwersytecie Pedagogicznym. Z kolei mój dziadek, Andrzej Pawłowski, był współzałożycielem Wydziału Form Przemysłowych, więc był w tym środowisku postacią bardzo cenioną. W budynku Wydziału przy ul. Smoleńsk są poświęcone mu tablice pamiątkowe i wiele śladów jego działalności. Właściwie od urodzenia byłam z tym światem związana.

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby wychowali mnie na przykład matematycy. Czy też zajmowałabym się sztuką? Albo gdybym sama adoptowała dziecko – czy mogłoby wyrosnąć na artystę? Często o tym myślę: na ile ukształtowało mnie miejsce, z którego pochodzę. Rodzice zamiast gier komputerowych kupowali mi bloki rysunkowe. W pewnym sensie byłam skazana na rysunek i malowanie. Wtedy się przeciwko temu zbuntowałam. Rodzice chcieli posłać mnie do liceum plastycznego, ale wybrałam XXI Liceum w Nowej Hucie.

Ale ten bunt ostatecznie zakończył się powrotem na Akademię.

W rezultacie – tak. W drugiej klasie liceum, kiedy matura była już coraz bliżej, a ja wciąż szalałam i imprezowałam, przyszedł do mnie tata i powiedział, że chce ze mną poważnie porozmawiać. A trzeba dodać, że mój ojciec nie jest zbyt poważnym człowiekiem, więc wiedziałam, że sprawa jest poważna. Wezwał mnie na dywanik i pyta: „Olga, co robimy? Za rok matura, a my nie wyobrażamy sobie dla ciebie innej drogi”. Na co ja: „Ale co ja mam rysować? Konie?”. Strasznie się oburzył, że tak stereotypowo patrzę na sztukę. Uznał, że tyle lat nade mną pracowali i coś jednak poszło nie tak. W końcu rodzice stwierdzili, że mogę robić, co chcę.

W pracowni Olgi Pawłowskiej, fot. Bartek Basista

A jednak poszłaś ich śladem.

Jakoś tak wyszło… Mimo wszystko, ze wszystkich przedmiotów najbardziej fascynowała mnie historia sztuki. Zawsze siedziałam w pierwszej ławce, wszystko notowałam, chyba jako jedyna w całej klasie. To była ogromna pasja. Mogłam się buntować, ile chciałam, ale chyba i tak nie było dla mnie innej drogi.

To ciekawe, bo w swojej twórczości nieustannie szukasz nowych dróg, form i narzędzi. Nie przywiązujesz się do jednego medium, czego przykładem chyba największa twoja przekrojowa wystawa 30 uderzeń na minutę w Bunkrze Sztuki. Co decyduje o tym, że dany pomysł staje się obrazem, filmem albo instalacją?

Dla mnie bycie twórcą nie ogranicza się do malarstwa czy rysunku. Jeżeli mam jakiś pomysł, szukam medium, które pozwoli mi pokazać go w jak najpełniejszy sposób.

Najlepszym przykładem jest metronom. Przez długi czas motyw metronomu pojawiał się wyłącznie w obrazie dwuwymiarowym, ale w pewnym momencie uznałam, że powinien stać się przestrzenny, wydawać dźwięk i być monumentalny. Powinien budzić respekt. Najchętniej zrobiłabym go jeszcze większego niż ten pokazany w Bunkrze – najlepiej wykuty w litej skale. Moim ulubionym twórcą jest Anish Kapoor, więc fascynują mnie takie olbrzymie monolity.

Film z kolei pozwala pokazać upływ czasu, w którym właściwie nic się nie dzieje. Wystawa w Bunkrze Sztuki była poświęcona właśnie czasowi i próbie jego spowolnienia, więc naturalne wydało mi się pokazanie filmu pozbawionego klasycznej akcji. Często myślę o życiu w ten sposób, że w dużej mierze trzeba je po prostu przeczekać – w sensie dać się prowadzić, iść za intuicją. Lubię kino, w którym niewiele się dzieje, i mam poczucie, że z życiem jest podobnie. Są momenty intensywne, ale przez większość czasu staram się jednak odnaleźć spokój i przestrzeń dla twórczości, bez „rozpraszaczy”. Film był próbą uchwycenia tego doświadczenia.

Druga rzecz, która mnie fascynuje, to równoległość czasów. Czy istnieje tylko „tu i teraz”, miejsce i moment, w którym jesteśmy? Kiedy zaczynam myśleć o tym, ile rzeczy dzieje się jednocześnie, czasami wręcz mnie to przeraża. Gdybym nie mogła posłużyć się filmem, próbowałabym opowiedzieć o tym w malarstwie, może nawet poprzez zestawienia przypominające komiks. Na wystawie mogłam połączyć obraz, film i dźwięk metronomu. Te elementy wzajemnie się uzupełniały.

Obraz zawsze jest skrótem – nie da się w nim dosłownie poprowadzić narracji. Nie znoszę dosłowności. Film daje możliwość bardziej abstrakcyjnego opowiadania o czasie. Dzięki niemu mogłam zestawić na ekranie chmury krążące nad górami z wodą wirującą i wylewającą się z wanny – dwa obrazy pokazujące podobny ruch, choć istniejące w zupełnie różnych porządkach.

W twoich pracach ważną rolę odgrywa refleksja i intelektualnezaplecze. Czy próbowałaś inicjować podobne rozmowy ze studentami?

Myślę, że każda osoba, która ma w sobie potrzebę refleksji, szuka dla niej jakiejś formy wyrazu. Dla mnie najbardziej stresujące były spotkania ze studentami, którzy mieli zupełnie inne priorytety i inne powody tworzenia niż ja.

Na Akademii często oczekiwano przede wszystkim konkretów. Ja oczywiście też cenię rozmowy o sprawach technicznych i czasem jest to nawet łatwiejsze, bo bezpieczniejsze. Znacznie trudniej wchodzić z kimś w przestrzeń refleksji, osobistych przeżyć, ale na pewno warto.

Po co właściwie tworzyć? Wielu osób to pytanie w ogóle nie interesuje. Ale bywają też tacy studenci, którzy chcą się przy nim zatrzymać i szukać w twórczości własnego świata. Uważam, że w takim momencie perfekcja technologiczna nie jest najważniejsza. Dzisiaj często oczekuje się szybkiego efektu – czegoś spektakularnego, działającego na widza. Tak było choćby z moją Czerwoną Górą. Ten obraz był efekciarski, choć wyrastał z bardzo osobistego wspomnienia płonącego Lubonia Wielkiego. Mogłabym pójść za jego sukcesem i malować kolejne podobne prace, ale nie widzę w tym sensu. Tym obrazem powiedziałam już to, co chciałam. Interesuje mnie raczej pytanie: „Co dalej?”. Szukanie nowych sposobów i nowych dróg. Dla mnie twórczość polega właśnie na chodzeniu pod prąd, wbrew nurtom i modom.

To prowadzi do twojej roli mentorki w „Splotach”.

Jak wspierać takie poszukiwania? Masz własną metodę pracy z młodymi artystami?

Najpierw chcę jak najlepiej poznać drugą osobę: dowiedzieć się, o czym myśli, nad czym pracuje i co jest dla niej w danym momencie najważniejsze. W przypadku „Splotów” dochodzi jeszcze odniesienie do twórczości trzech patronów programu, ale nie mam jednej uniwersalnej metody.

Ludzie są bardzo różni, dlatego trzeba reagować na bieżąco. Już po pierwszym spotkaniu intuicja podpowiada mi, czy komuś trzeba zostawić więcej swobody, czy raczej go zmobilizować. Jednych rozwijają konkretne zadania, inni potrzebują przestrzeni. Najbardziej lubię inicjować myślenie o sztuce, a nie o konkretnym obrazie. Zastanawiać się, co nami kieruje jako twórcami i dlaczego robimy to, co robimy. Zachęcam też do jak największej liczby eksperymentów. To chyba najważniejsza zasada. Bardzo wiele rzeczy rodzi się z przypadku, a później można je świadomie rozwijać i wykorzystywać.

W pracowni Olgi Pawłowskiej, fot. Bartek Basista

W „Splotach” będziesz pracować z grupą inspirowaną twórczością Andrzeja Wróblewskiego. A co na co dzień inspiruje ciebie?

Przede wszystkim kino. Chciałabym zachęcać studentki i studentów, by oglądali filmy, rozmawiali o nich, opowiadali sobie, co zobaczyli. Świetnie jest coś czasem zapisać, kilka myśli, krótką recenzję, bo filmy bardzo szybko nam umykają.

Najbardziej inspiruje mnie polskie kino lat 70. i 80., zwłaszcza kino moralnego niepokoju i twórczość Feliksa Falka. Kilka wystaw zbudowałam wokół jednego z jego mniej znanych filmów – W środku lata, który ma niezwykły nastrój. Bardzo utożsamiałam się z główną bohaterką. Nie dosłownie, bo ona rozpaczliwie pragnęła zostać matką, a jej partner unikał rodzicielstwa, ale była w stanie ciągłego niepokoju. Kiedy para wyjeżdża na Mazury, każdy dźwięk – szum lasu czy krzyk jastrzębia – wydaje jej się zapowiedzią czegoś nowego, nierzeczywistego. Ja mam podobnie. Kiedy siedzę tutaj, w pracowni na starym strychu, zapada zmrok i zaczynam słyszeć różne dźwięki, od razu uruchamia się moja wyobraźnia. Mój dziadek tu pracował, więc mam czasem poczucie obcowania z duchami. To szalenie inspirujące.

Szukam więc studentek i studentów, u których wyczuwam podobną wrażliwość – którzy potrafią się zatrzymać, poszukać, zanurzyć w jakimś świecie. Sama poszłam tropem Falka: napisałam do niego, wymieniliśmy się korespondencją, a później przyjechał na moją wystawę w Bunkrze Sztuki. Napisał mi potem, że bardzo mu się podobała.

Jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeżeli czułam, że z kimś „zgrzyta”, nie miałam w sobie potrzeby walki o jego uwagę. Nie mam poczucia misji pedagogicznej. Jeśli ktoś chce rozmawiać wyłącznie o warsztacie, mogę mu w tym pomóc. Ale przecież można czerpać z o wiele większej liczby rzeczy. Trzeba poszukiwać, chłonąć świat i doświadczać go.

 

Mam wrażenie, że przez całą naszą rozmowę przewija się motyw poszukiwania. Czy nadal jesteś w drodze, czy czujesz, że odnalazłaś już swoje miejsce jako artystka?

Marzę o idealnej pracowni, w której będę mogła zbudować czterometrowy metronom, a malowane góry staną się naprawdę monumentalne. Żyję trochę utopijną wizją stworzenia obrazu, który będzie chciał mnie pokonać, który przejmie nade mną władzę.

W pracowni czuję największą wolność i bezpieczeństwo. Ale bywają dni, kiedy przychodzę tu bez planu i wtedy ta sama przestrzeń zamienia się w więzienie. Wsiadam wtedy w pociąg i jadę w stronę Lubonia Wielkiego.

Czy znalazłam „swoje”? Na pewno zmierzam tam.

Wywiad przeprowadzany został w związku z realizacją projektu „Sploty. Program rozwoju i promocji młodych artystów inspirowany twórczością Czapskiego, Wajdy i Wróblewskiego”, dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

W pracowni Olgi Pawłowskiej, fot. Bartek Basista

Magdalena Urbańska

Magdalena Urbańska

Teatrolożka, filmoznawczyni, doktorka nauk o sztuce. Menedżerka kultury, specjalistka ds. promocji i PR-u, producentka i kuratorka wydarzeń artystycznych i kulturalnych. Współpracuje z szeregiem instytucji kultury i festiwali, odpowiadając za PR i koordynację projektów. Zajmuje się upowszechnianiem sztuki i dostępną komunikacją. Wykłada na Edukacji Artystycznej ASP w Krakowie. 

Olga Pawłowska 

Olga Pawłowska 

 Absolwentka Wydziału Grafiki ASP w Krakowie. W 2021 roku na Wydziale Malarstwa ASP w Krakowie obroniła pracę doktorską pt. „Tak tu cicho… o potrzebie syntezy jako metodzie porządkowania obrazu”. Autorka ponad 10 wystaw indywidualnych. Uczestniczka wielu wystaw zbiorowych, plenerów oraz festiwali sztuk wizualnych. Asystentka w Pracowni Rysunku Wieczornego na Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP w Krakowie w latach 2015–2022.