SPAM
Autor: Paweł Stefaniak
Tytuł: SPAM
Praca dyplomowa na Wydziale Grafiki
Promotor: dr hab. Joanna Kaiser-Plaskowska
Recenzent: prof. dr hab. Krzysztof Tomalski
Jest taki film, Żona (2017), wyreżyserowany przez Björna Rungego na podstawie powieści Meg Wolitzer, wypuszczony do kin we wrześniu 2018 roku. Poza psychologiczną i kryminalną niemalże intrygą dotykającą patriarchalnej dominacji, z wieloma ważnymi pytaniami o tożsamość człowieka, tożsamość twórcy „zaszytego w skórę” w nieprzyjaznej epoce, pojawia się kwestia – w mojej opinii, a szczególnie służąca refleksji dostarczonej nam tu przez Pawła Stefaniaka – najistotniejsza, która być może zawiedzie nas na bardziej rozległe niwy refleksji. Pominę fabułę i konteksty. W jednym z dialogów pojawia się namysł dotyczący źródeł inspiracji. Prosta sugestia, że sztuki się nie projektuje, że wyrasta ona z dziwnych impulsów, których nawet sprowokować się nie da. Sztuki się nie projektuje!?…
Paweł Stefaniak należy do tego pokolenia, nawet nie pokolenia, ale rocznika, którego dotknęło chyba epokowe doświadczenie związane z gwałtownymi przemianami w obszarze sztucznej inteligencji, objawione w upowszechnieniu się narzędzi do tworzenia wszelkiej maści efektów i treści opartych o Chat GPT. W tej szczególnej fazie przejścia ku wszechwładzy AI, w epoce „wczesnego transhumanizmu”, można by rzec, rodzi się w sposób oczywisty wiele istotnych pytań o nową tożsamość, w tym o rolę artysty, rolę sztuki, o kształt twórczości w tych czasach, o objętość i jakość potrzeb emocjonalnych… Z nimi idą obawy, porównywalne być może nawet do popłochu na dworze Izabelli I Kastylijskiej na widok tytoniu albo ziemniaka, a szczególnie wieści o nowej ziemi, dostarczone znienacka przez Krzysztofa Kolumba na przełomie XV i XVI wieku. Czy stary świat się wali? Jak się odnaleźć w nowym?
Dostajemy więc dziś ważny eksperyment reagujący na to zjawisko i na ten niepokój; pakiet pięciu osobowości artystycznych o zróżnicowanych życiorysach i odmiennej charakterystyce. Do wyboru, do koloru, bardzo różnorodne. Stworzone fikcyjnie podmioty artystyczne próbują nawet zaistnieć (nawet z powodzeniem) w realnym świecie sztuki, we współczesnej kulturze. Z jednej strony obnażając Duchamp’owskie marzenie o tym, że wszystko może być sztuką, a każdy artystą, z drugiej strony, obrazują symboliczny Babilon z pomieszaniem języków, a bardziej współcześnie mówiąc, z nadmiarem pojęć, przerostem obrazów, bełkotem.
Czytam ten eksperyment jako inteligentny głos pokolenia zatroskanego o kształt twórczości, o zdrowie psychiczne człowieka zanurzonego w chaosie nadmiaru i przesytu, czytam jak tragifarsę, komedio-dramat, śmiech przez łzy jakiejś niemocy wobec kulturowej znieczulicy, obojętności i strachu przed samotnością na ścieżce kategorycznych powinności i marzeń. To też ironiczny uśmiech w naszą twarz, w twarz uzurpacji akademickich, o refleksję: co my tu i teraz mamy do roboty?
Tadeusz Różewicz w pewnym poczuciu rozpadania się świata w jego czasach (powojennych), w których słowa, w jego przekonaniu, bezpowrotnie straciły swe znaczenia i nie chciały ich nabrać ponownie, popełnił dramatyczny wiersz, który często do mnie wraca: Spadanie czyli o elementach wertykalnych i horyzontalnych w życiu człowieka współczesnego (zaimponowało mi, nawiasem mówiąc, że Paweł go zna i czytuje Różewicza) Dawniej bardzo bardzo dawno / bywało solidne dno / na które mógł się stoczyć człowiek […] Dno o którym wspominają / nasi rodzice / było czymś stałym / na dnie / jednak / było się kimś / określonym / człowiekiem straconym / człowiekiem zgubionym / człowiekiem który dźwiga się z dna […] Spadając nie możemy / przybrać formy / postawy hieratycznej / insygnia władzy wypadają z rąk […] słowo spadanie nie jest / słowem właściwym / nie objaśnia tego ruchu / ciała i duszy / w którym przemija / człowiek współczesny / zbuntowani ludzie / potępione anioły / spadały głową w dół / człowiek współczesny /spada we wszystkich kierunkach / równocześnie / w dół w górę na boki / na kształt róży wiatrów / dawniej spadano i wznoszono się / pionowo /obecnie / spada się / poziomo
Tak dramatycznie notował rozbicie pojęć Różewicz. Choć jego świat się jakoś zagoił, to od tamtych czasów rozpadł się przecież jeszcze wiele razy. Taka jego cecha. On się ciągle rozpada, inaczej, i z innymi ludźmi. I nawet gdy „spadamy” kiedykolwiek z wielu innych powodów, to nadal, tak samo, kierunek nie chce się pogodzić z prawami fizyki (kultury, technologii, cywilizacji).
Gdy się przyglądam temu ciekawemu skądinąd eksperymentowi Pawła Stefaniaka, nasuwa mi się pytanie, a raczej troska o psychikę Pawła, a pośrednio pokolenia: na ile wytrzymuje napięcia w takim rozszczepieniu osobowości, żyjąc w nadmiarze obrazowania, informacji, sztuczności, inżynierii społecznej, tempa przemian itd.? Na ile też taki projekt jak ten nie zamknie go na magię i wartość sztuki osobistej – która nie może upaść, w którą ja wierzę – opartej na refleksji z pytań złożonej i na przeżyciach osobistych, albo gdzie skumulują się te ich przeżycia? – Bo, jak to wyraził Björn Runge tragicznym losem podwójnie wyimaginowanych laureatów Nagrody Nobla, Joe Castlemana i Joan Castleman: Sztuki się nie projektuje, ona musi wyrastać z dziwnych impulsów, których nawet sprowokować się nie da. Ona wyrasta z przeżyć i egzystencjalnych zdziwień zaklętych w pytaniach o sens, i w skojarzeniach, a bardziej staroświecko: z talentu i uporu. Wtedy jest autentyczna; inna rzecz – jak odbierana w tym chaosie. To jednak jest tylko moje rozumienie, doświadczenie i praktyka połączona z przekonaniami. Dziwnie blisko tego rozumienia brzmiały też opowieści Łukasza Orbitowskiego na wykładzie inauguracyjnym. Czyżby starsi panowie dwaj?
W tle majaczy też inne ważne (a odwieczne) pytanie zadane przez Rungego i Stefaniaka: Pisarz musi pisać, czy pisarz musi być czytany? Tworzyć (dzieła) dla siebie czy dla odbiorcy? Kto jest autorem i co to znaczy? Wbrew logice współczesnego świata przymus i imperatyw jest niepodważalnym wyznacznikiem twórczości i kategorycznym nakazem, przed którym nie ma ucieczki, chyba że w drgawki, trwogi i depresje. „Ich kann, weil ich will, was ich muss” cytując Kanta: „Mogę, bo chcę tego, co muszę”. Taki łagodzący warunkowy przymus wewnętrzny, fajnie uchwycony przez Milana Kunderę w Nieznośnej lekkości bytu, na przykład. Do rozważenia też przypadek Banksy’ego czy Woody’ego Allena.
Dużo tu moich przywołań z filmu, może dlatego, że mam poczucie obcowania z jakąś szerszą narracją o cechach filmowych. Reżyser Paweł Stefaniak stworzył ważny na tę chwilę scenariusz, stawiając siebie równocześnie w roli pięciorga aktorów. Przetransponował tym samym współczesny obraz osobowości artysty wizualnego do sfery refleksji społeczno-kulturowych. Zadał ważne pytanie o rolę współczesnego artysty. Rezygnując ze swej osobistej skóry (na rzecz maski, jak sam to zechciał nazwać), osiągnął cel bardzo istotny: stał się być może heroldem nowego rozumienia twórczych powinności w epoce AI. Ryzykowna to gra dla niego, ale chyba ważna, albo wręcz konieczna w tej chwili. Sztuka – oprócz zadawania pytań o sens i tkania refleksji z przeżyć – powinna też, a raczej przede wszystkim, podejmować ryzyko zrozumienia czasu, w którym się ujawnia. Tu je dostrzegam.
W 2011 roku w galeriach krakowskich, m.in. w Bunkrze Sztuki, miała miejsce dość prowokacyjna jak na tamte czasy wystawa pt. Alias, kuratorowana przez Adama Broomberga i Olivera Chanarina. Jest po niej trochę śladów w Internecie. „Kluczowa dla projektu Alias jest koncepcja heteronimów stworzona przez portugalskiego poetę i pisarza, Fernando Pessoę. Zasłynął on z tego, że miał ponad 240 różnych literackich wcieleń, tworząc powieści, wiersze, eseje czy prace krytycznoliterackie. Inaczej niż w przypadku pseudonimów artystycznych jego heteronimy mają rozwinięte biografie, każdy z nich posługuje się stylem odległym od stylu autora czy innych heteronimów. W ten sposób Pessoa dostarczył kuratorom pomysłu na ekspozycję”.
Projekt Pawła Stefaniaka nie jest zapewne niczym nowym, skoro nawet w tym samym mieście możemy doszukać się podobieństw, ale usadowiony teraz, na tle nowej rzeczywistości społeczno-technologicznej, dostarcza innej gęstości znaczeń i wyraża ważny niepokój. A jak zauważył sam artysta, uwolnił też kipiące w nim pokłady umiejętności oraz odkrywanie niuansów złożonej, niejednoznacznej jeszcze osobowości. Który Stefaniak wygra? Nie sposób zgadnąć. Życzę Ci, Pawle, by Twoja osobowość trwała w niepokoju i się wciąż rozwijała, sklejana czy rozbijana.
