Spadek, wystawa w Studio BWA Wrocław
Miejsce: Studio BWA Wrocław
Czas: 17.10.2025 – 23.01.2026
Osoby artystyczne: Przemek Branas, Rafał Bujnowski, Paweł Marcinek, Aleksandra Nenko, Dominika Olszowy, Mikołaj Sobotka, Andreea Anghel
Kuratorka: Ania Batko
Podszedłem do obrazu, żeby sprawdzić, z czego został zrobiony. Przytknąłem nos i… nie sposób powiedzieć, czy powstał z gumy, brązu, farby, rubinów, promieni słonecznych, siusiu czy gówna. Jest w nim wszystko. I jak pachnie! Zapiera dech, chwyta za gardło. To musi być gówno! Daję słowo.
Roland Topor jako Biche w adaptacji Miłości Swanna Marcela Prousta, 1984
Dla badacza zajmującego się antropologią codzienności największą gratką są śmietnik i publiczna latryna. Co nie bez znaczenia, w przypadku archeologii często jest to jedno i to samo miejsce. Obiekty wygrzebuje się z kloacznych dołów, mieszanki starych fekaliów i gleby. Z magmatycznej masy i śmierdzącego błota, które świetnie konserwuje materię organiczną – to, co zwykle rozpada się jako pierwsze. To tu – a nie w muzeach, ruinach zamków i pałaców – chowa się nawet nie tyle życie, ile prawda. Nie inaczej jest współcześnie. Amerykański archeolog William Rathje, który w latach siedemdziesiątych XX wieku w ramach Garbage Project badał to, co ludzie wyrzucają do śmieci, stwierdził, że o ile konsumenci, wypełniając ankiety, lubią koloryzować, o tyle ich odpadki obnażają to, co skrzętnie próbują ukryć. Innymi słowy: śmieci to wstydliwe archiwum świadczące o społecznym mindsecie i klasowym statusie, hierarchii, nierównościach i konsumpcji. To coś, co system kapitalistyczny zwykle spycha na margines, udając, że tego czegoś nie tylko nie ma, ale też nigdy nie było.
Wywrotowa moc nieczystości, ale też resztek, odpadów i śmieci wiąże z sobą lęk i pragnienie. Brud to – jak chce Georges Bataille – obiekt, który fascynuje i przeraża, to – jak pisze Mary Douglas – materia w niewłaściwym miejscu albo – jak twierdzi Michel Foucault – znak, że właśnie przekroczono granice porządku. Dla kapitalizmu brud jest z jednej strony domeną dzikości, fantazmatu, który określa nie tylko naturę, ale też ludzką masę: wielkie i wstrętne ciało proletariatu, a z drugiej – zagrożeniem dla samego status quo i doskonałym pretekstem do kontroli, wyzysku i wykluczania. W tym sensie fantazmat dzikości pozwala utrzymać iluzję cywilizacyjnej kontroli; to narzędzie, które wpływa na demonizowanie inności i projektowanie strachu. Co jest nie bez znaczenia – wyimaginowane istnienie „dzikiego” odwraca też naszą uwagę od społecznych i politycznych napięć wstrząsających wnętrzem „cywilizowanego świata”.
Spadek to wystawa stworzona z ruin i na ruinach, która krąży wokół niekończącej się nadprodukcji, akumulacji kapitału, chronicznej niepewności i nierówności społecznych. Przypomina prehistoryczną jaskinię albo apokaliptyczny pejzaż – mieszczański salon rekonstruowany ze śmieci albo inaczej: śmieci stylizowane na groteskowe wnętrze, które wciąż zdradza klasowe aspiracje mimo całej swej amatorskości przypominającej efekt cargo. To diagnoza sytuacji cywilizacyjnej, w której wszystko, co można robić, to grać resztkami, zwłaszcza że recykling jest jeszcze jednym, utowarowionym narzędziem systemu, a narracje apokaliptyczne to klasyczna forma eskapizmu, łatwy sposób na uniknięcie odpowiedzialności. Najlepszą receptą na kryzys, jak chce klasa średnia, jest udawanie, zachowywanie pozorów i bezrefleksyjne pielęgnowanie dobrze znanych rytuałów. Podobno Proustowska magdalenka była nieświeża, a serial Flinstonowie to nie tylko parodia życia na przedmieściach, ale też wizja przyszłości, nie tyle prehistoryczna fantazja, ile zmutowana rzeczywistość nuklearnego wybuchu.
Na wystawie pokazujemy prace tworzone z resztek: ze zużytych szmat, przemielonych na szarą masę reklam i metalowych odpadów, których nie zebrali jeszcze złomiarze. I chociaż całość można odczytywać jako sztukę nowych dzikich, ale też bunt wobec systemu i mieszczańskich norm, to ona też, jak każdy inny akt oporu, zostanie wchłonięta przez kapitalizm, przemielona i wypluta pod postacią popkulturowej papki. O ile już się to nie dzieje. W tym sensie Spadek zwiastuje koniec świata i koniec malarstwa, dotyka ciemnej materii i ciemnej ekologii, ale też czarnego humoru. W końcu jedną z zalet życia w cieniu katastrofy jest – jak chce Marc D. Thomas – ekscytujące oglądanie szóstego już wymierania i jednocześnie bycie świadkami narodzin nowych spadkobierców.
Tytuł wystawy nawiązuje do powieści Spadkobiercy napisanej przez Josepha Conrada i Forda Madoxa Forda – jej akcja dzieje się w XXI wieku i opowiada o czwartym wymiarze i korupcji władzy – oraz do książki Williama Goldinga o tym samym tytule, której narracja jest prowadzona z perspektywy dzikich neandertalczyków. Nie bez znaczenia jest też etymologia samego słowa. O ile dziedzictwo odsyła nas do dziedzica, uprzywilejowanej klasy wyższej, o tyle spadek koduje rozdarcie, ubytek i ruinę. Innymi słowy, spadek to coś, co spadło i roztrzaskało się na kawałki. Dziedzictwo przekazywane sobie z pokolenia na pokolenie, dzielone na coraz mniejsze elementy, stało się czymś tak małym, że aż absurdalnym. Trochę jak ojcowizna jednego z bohaterów Allenowskiej komedii Miłość i śmierć, którą ten trzymał w kieszeni w formie sypiącego się kawałka ziemi porośniętego trawą. Tort zawsze jest za mały, a chętnych zbyt dużo.
Freud twierdził, że kontrola jedzenia i wydalania kształtuje poczucie władzy, „dawania” i zatrzymywania”, które przekłada się na nasz stosunek do pieniędzy. Neoliberalny kapitalizm opiera się nie tylko na wyzysku i niewidzialnej pracy wykluczonych, ale też na akumulacji – chociaż na bogactwo nadal można jeszcze zapracować, to zwykle po prostu się je dziedziczy. Częściej niż pieniądze, gromadzi się kapitał. Taki jak sztuka, a zwłaszcza malarstwo, które nawet jeśli powstało jako bunt wobec systemu, szybko zostaje przez ten sam system wchłonięte.
***
Roland Topor w sztuce Da Vinci miał rację nawiązał do słów renesansowego geniusza, który ubolewał, że po większości ludzi zostaną tylko pełne latryny. Akcja dramatu działa się w letnim domu „małej burżuazji”, która zaprosiła na weekend znajomych. Kiedy zatkała się ubikacja, nagle gówno zaczęło pojawiać w najmniej spodziewanych miejscach: w butach, pod dywanem i na stole nakrytym do kolacji. W finale, kiedy goście i rodzina wreszcie przyznają się do podrzucania to tu, to tam swoich nieczystości, gospodarz w napadzie szału zabija ich wszystkich. I dopiero wtedy do drzwi dzwoni spóźniony hydraulik.
Ania Batko

