Recenzja wystawy Sławomira Marca Pro esse w Muzeum Narodowym w Lublinie
Sławomir Marzec, Pro esse
Miejsce: Muzeum Narodowe w Lublinie (Lapidarium)
Czas: 14.05 – 15.08.2025
Kurator: Marcin Lachowski
Lapidarium u podnóża kaplicy Trójcy Świętej w Muzeum Narodowym w Lublinie jest nieoczywistą przestrzenią wystawienniczą, na pierwszy rzut oka niedostrzegalną i marginalną. W tym miejscu – naznaczonym ciszą, skupieniem i namysłem nad duchowością – odbywa się wystawa Sławomira Marca Pro esse, która jest szczególnym głosem w sprawie napięcia pomiędzy istnieniem a nieistnieniem. Cztery monumentalne obrazy cyklu tworzą przestrzeń malarskiej medytacji nad ziemskim i duchowym bytem, stawiając pytanie o czytelność sensu. To kontynuacja wcześniejszego cyklu artysty Pro morte, który – jak sugeruje tytuł – miał być prywatną apokalipsą, gdyż Marzec mierzył się w nim z doświadczeniem kresu. W Pro esse następuje odwrócenie perspektywy – ku życiu, choć nie w jego afirmacyjnym, lecz egzystencjalnie zawieszonym wymiarze. Jak pisze kurator wystawy Marcin Lachowski: „Śmierć i życie zastąpiły swój chronologiczny wymiar następstw możliwością odrodzenia. Pro Morte układało się w horyzontalne kompozycje, naprzemiennie ukazując czarne, gruzłowate pola spalonej ziemi z przebłyskami złotych geometrycznych figur, przypominających niepełny, nieczytelny fragment pisma – nadziei odbijającej się w ziemistej magmie obrazu. Pro Esse odwraca proporcje, wydłużony pionowy format obrazów jest podzielony na dwie części – dolna partia ciemna, przypominająca skamielinę spalonego koksu, kontrastuje z gładką, złotą powierzchnią w górze”.
W lapidarium panuje duchowo odświętna atmosfera. Obrazy Marca przypominają drzwi do innego wymiaru. Mają układ wertykalny, jakby kierowały wzrok i myśl ku górze, ku światłu. Są szlachetnie symetryczne. Ich dolne partie to ciemne, gęste struktury w podstawowych kolorach bytu: krwi, ziemi, sadzy, popiołu, przypominające spopielone resztki materii. Artysta wtapia w nie drobne figurki, nici, obiekty, budując materialną warstwę, która przywodzi na myśl labirynt śmietniska i vanitas – barokowe, cielesne, rozkładające się profanum. Przestrzeń jest jednocześnie fizyczna i symboliczna, chaotyczna i pełna znaków – zerwanych linii życia, śladów bytów duchowych, oczu, scalonych ścieżek. To sfera śmierci, ale nie tej ostatecznej i zamkniętej, lecz raczej – jak mówi sam artysta – momentu bezsilności, który wbrew logice czeka na cud. Śliska, pulsująca, lśniąca złota powierzchnia górnej części obrazu jest natomiast połacią, czekającą na obecność. Nakładane po wielokroć złoto przywodzi na myśl ikony, lecz jest także organiczne, wibrujące, niedoskonałe. Pokryte błyszczącym werniksem, odbija sylwetkę widza, zapraszając go do kontemplacji, do zanurzenia się w powierzchni, która nieustannie gra z głębią.
Dwie skrajne części obrazów są połączone zagadkowym ornamentem, który z oddali przypomina linię horyzontu zbudowaną z uproszczonych form architektonicznych. Kształty sugerują geometryczny pejzaż, tajemniczy łącznik pomiędzy światami grudkowatej czerni i gęstego jak lawa złota. Przy bliższym spojrzeniu odsłaniają swój typograficzny charakter. Są one zaszyfrowanym komunikatem zatopionym w każdym z czterech obrazów. Fragmentaryczne napisy na granicy czytelności przenikają dwie odległe przestrzenie. Można dostrzec jedynie dolną część liter, górna pozostaje w domyśle. Słowo nie staje się tu wyjaśnieniem, ale raczej interwałem pomiędzy znaczącym a znaczonym. Może ma charakter wotywny, może jest zaklęciem. Tylko artysta wie, co spaja dwa bieguny. Krawędzie płótna są również przestrzenią pełną treści. Górne i dolne pasy obrazów pozostają białe, na rantach pojawiają się białe litery układające się w słowa, widoczne tylko częściowo. Z rozmowy z artystą wiem, że to pisane bielą fragmenty Psalmów po łacinie. Napis ten jest czytelny jedynie dzięki zaciekom ciemnej szarości i złota w tle. Cztery dekonstrukcyjne pejzaże zderzają ze sobą skrajnie różne przestrzenie. W szczelinach pomiędzy nimi toczą się historie i dokonują się wybory. Artysta zwraca uwagę na nieostateczność wszelkiej konkretyzacji, narracyjność ustępuje pola swobodnej grze skojarzeń. Jednocześnie trudno nie zauważyć drobnych elementów, które nadają każdemu z obrazów wyjątkowy charakter. Gęsta, fakturowa, czarna materia wypluwa symbole i gesty, szczególne dla każdego obrazu z cyklu: raz są to oczy, raz puzzle, raz anioły, raz znaki interpunkcyjne. Łączy je złota nić, której szew każdorazowo przebiega inaczej. Spaja to, co jest przed obrazem i za nim. Czasem z zastygłej magmy zwisają czarne nici, które donikąd nie prowadzą. Wyzierają z niej zatopione kostki do gry: z jednej strony obrazu pokazuje szóstkę a z drugiej jedynkę. Otchłanna, czarna część obrazu odbija przypadkowość ludzkiego losu, zawieszenie pomiędzy dualnościami, które go organizują. Niewielkie przedmioty obrazują także lęki, potrzeby, oczekiwania i nadzieje.
Obrazy stanowią komentarz na temat tego, co jest nielinearne, wymyka się zasadom przyczyny i skutku. Poszukują innego rodzaju powiązań. Zwyczajowo po życiu następuje śmierć. Czasem zapowiadana śmierć się nie wydarza i – wbrew prognozom – życie uporczywie trwa. Jeden i drugi stan jest nieodgadniony i prowokuje do pytań o sens. Pro morte to szpitalne miejsce dla ciała ludzkiego po stwierdzeniu zgonu, przestrzeń dla śmierci i wzierającej nieobecności. Jest czasem zatrzymanym, przejściowym. Pro esse to odwrotność: miejsce dla istnienia i na rzecz istnienia. W kontekście wystawy Sławomira Marca, pro esse można odczytać jako manifestację w obronie samego faktu istnienia, refleksję nad byciem, próbę zatrzymania się nad tym, co nieuchwytne, ale realne – nad samym, nagim faktem bycia w świecie.
Sławomir Marzec sięga do ikony jako obrazu ostatecznego i granicznego w swojej formie i funkcji. Tworzy obrazy, które są świadome swojej niemożności bycia ikoną. Pozwalają na manifestację tych sprzeczności, które ikona ze swojej natury zagłusza i neutralizuje. Artysta zadaje pytanie o obraz graniczny z pełną świadomością, iż taki obraz jest niemożliwy. Może tylko ponosić klęskę w dążeniu do graniczności. Cykl Pro esse dotyka sprzeczności na różnych poziomach: nie tylko na poziomie znaczenia, ale także na poziomie fizyczności, morfologii, koloru. Artysta mówi, że są to swego rodzaju obrazy niemożliwe, gdyż są bezbarwne: „Złoto w ikonografii nie jest kolorem, lecz promienistością. Blask nakładanego wielokrotnie werniksu ma wymiar sakralny. Mieszanina wszystkich kolorów to, jak pisali mistycy, zjednoczenie przeciwieństw, a biel to nie kolor, lecz zaprzeczenie koloru. Mamy tu zatem do czynienia ze złożoną grą z barwą i widzialnością”.
Sztuka, jak sam to ujmuje, to praktyka antyreaktywna, wyzwalająca z pułapki powierzchowności i jednoznaczności. Jego postawę twórcy-badacza charakteryzuje niezmienny namysł nad ontologią, filozoficzne zadziwienie życiową nieciągłością, załamaniem przyczynowości i skutków. Zanurza się w pęknięciach i skrajnościach, pokazuje nieuchronne przyciąganie się biegunów sacrum i profanum, śmierci i życia. Marzec zwraca uwagę na to, że istnienie – tak samo jak śmierć – jest nieuchwytne, wypierane z naszej aktualności. Artysta przenosi refleksję na metapoziom, w którym istotne są nie reakcje na otaczający świat i bieg wydarzeń, ale wyzwalanie się z bycia na nie podatnym.
Wystawie towarzyszy nagranie pulsującej – narastającej i zanikającej – ciszy różnych życiowych sytuacji, która z założenia jest dość problematyczna. Z jednej strony zakłada coś nieistotnego, z drugiej – ostatecznego. Wystawa Pro esse oddaje przestrzeń dla manifestacji obecności i zatrzymania, badając zarazem nieuchwytność bycia, które wymyka się aktualnościom i ideologiom. W tym sensie staje się propozycją duchowego przeżycia wyjętego poza religijny dogmat – skupionego nie na konkretnej doktrynie, lecz na egzystencjalnym doświadczeniu istnienia, co nasuwa skojarzenia z przywoływanym przez Sławomira Marca anteizmem. Słowo to można rozumieć jako stan „przed Bogiem” lub „przed religią” – filozoficzny punkt zerowy, próbę myślenia o bycie poza opozycją: teizm–ateizm. W ujęciu artystycznym anteizm oznacza podejście do sacrum pozbawione religijnych odniesień, szukające uniwersalnego punktu kontaktu z duchowością – w ciszy, świetle, materii, zatopiony w subiektywności.
Sztuka Sławomira Marca to nieustanne poszukiwanie formy adekwatnej do aktualnie nurtujących go zagadnień. Trudno doszukiwać się w jego twórczości jednorodnego idiomu – sam artysta uważa, że życie jest zbyt złożone, by wyrażać je za pomocą określonej estetyki czy medium. Istnienie interesuje go w sposób holistyczny – jako ruch między biegunami, sens migoczący w przypadkowości, napięcia zakotwiczone w czasie, zmiana jako stan naturalny. Szuka wielowymiarowych, złożonych i niestabilnych konfiguracji. Czasem przybiera ona formę abstrakcji, innym razem performansu, a niekiedy – tekstu. Każde z tych narzędzi staje się impulsem zarówno dla zmysłów, jak i intelektu. Prace Marca wymykają się terrorowi teraźniejszości – są ponadczasowe, wolne od dyktatu aktualności i trendów. To sztuka jako studium uważności i głębokiego namysłu, próba oddzielenia tego, co istotne, od ulotnych mgnień chwilowej ważności.
Marta Ryczkowska
Kuratorka programowa Europejskiej Stolicy Kultury Lublin 2029 odpowiedzialna za relacje międzynarodowe, dr historii sztuki, krytyczka, kuratorka, badaczka, wykładowczyni akademicka na UMCS.
