Policentra sztuk: różnorodności sztuki musi odpowiadać różnorodność form jej upowszechniania i oceniania
Tekst ten jest swoistą aktualizacją publikacji z roku 2017 (Polski Portal Kultury Projekt likwidacji Zachęty, CSW…), która została wówczas skrzętnie przemilczana. Dłużej wszakże milczeć się nie da, bo – poza beneficjentami – chyba każdy zauważa, jak radośnie zanurzamy się w formacji kulturowej, którą Umberto Eco określał ciemnotą nieznaną w dziejach naszego gatunku, a Carl Bernstein jako kulturę idiotów, gdzie dureń nie wstydzi się swej durnoty, lecz przechwala się nią jako „nową rozumnością”. Ja uzupełniam to pojęciem spartolonej apokalipsy, która niczego nie kończy ani nie wyjawia, ale wszystko czyni tak wyrechotanym i „zdemaskowanym”, że nie ma sensu niczego kontynuować ani zaczynać.
Zygmunt Bauman, pytany w jednym z ostatnich wywiadów radiowych, czy i jak można jeszcze uniknąć ostatecznego społecznego i kulturowego rozdarcia, wyraził ponury sceptycyzm, ale rozwiązania radził szukać w twierdzeniu Sennetta o konieczności współpracy wszystkich ze wszystkimi bez żadnych warunków wstępnych. Podobnie Habermas namawiał, aby rozmawiać z każdym bez wyjątku, kto choćby próbuje racjonalizować nasze spory. Lecz gdzież takich ludzi szukać?… Większość tkwi w przekonaniu, że coś ugra w trakcie zamętów i rzezi. Temat szeroki, więc skupię się na sztuce i zarysuję go w kilkunastu tezach.
– Następuje instytucjonalna, proceduralna i personalna monopolizacja sztuki współczesnej. Artworld zamienia się w nowe Bizancjum, rządzone centrami światowymi. Internet tylko to wzmaga zamiast pomnażać pluralizm, gdyż każdy zagląda na stronę MoMA czy Tate, a już nie ma czasu na Hongkong czy Kalisz.
– Dzisiaj już wiemy, że schematy postępu i buntu (sic!) są tak samo opresjonujące jak schematy tradycji, a bezmyślność i obłuda są niezależne od przekonań ideologicznych. Zaś perspektywa rozwoju jest tak samo ważna jak perspektywa konserwacji, bo każdy chce przecież zachować to, co kocha, każdy więc jest w jakimś obszarze konserwatystą. Nawet rewolucjonista kochający… rewolucję.
– Różnorodność sztuki jest obecnie ramowana „aktualnymi, ważnymi, światowymi” tematami, problemami i modelami sztuki. Lecz aktualnymi i ważnymi tylko z jednego jedynego punktu widzenia; a ponoć mamy pluralizm. Czymże rygor neo/prymitywizmu poprawności politycznej różni się od schematyzacji narzucanych przez akademizm XIX wieku?…
– Potoczne już twierdzenie, że wszystko jest polityką, a zatem sztuka stanowi jej pochodną, samo jest stricte polityczne i nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Niestety, jego konsekwencją jest upartyjnienie kultury i sztuki, a następnie ich redukcja do narzędzia tak zwanej reedukacji społecznej. Przykładem niech będzie wymiana około dwustu dyrektorów instytucji kulturalnych po ostatnich wyborach. Niezależnie nawet od oceny tego faktu, stworzono precedens i każda kolejna zwycięska partia będzie bez zahamowań redefiniować kulturę i sztukę na swój obraz i podobieństwo. A czy wiemy już, kto będzie to robił za lat dziesięć, piętnaście?….
– W myśleniu o sztuce dominuje redukcjonizm. Jeden z ważniejszych, psychologiczny, redukuje nas do typów osobowości, do „rodzajów empatii”. Sztuka jest tu tylko manifestacją nieuświadamianych emocji i instynktów. Drugi, socjologiczny, sprowadza naszą podmiotowość do procesów ogólnospołecznych, a tu sztuka ma być tylko środkiem walki o władzę i uznanie. Poza tym podobno nie ma ani nas, ani sztuki. Nie ma też niczego, co nie mieści się w tym redukcjonistycznym języku: nie ma zachwytu, duchowości, przyjaźni, szacunku etc. No, ale przecież nie ma sztuki bez jednostkowego doświadczenia, podmiotowości i wolności artystów oraz wolności widzów. Wolność samych administratorów sztuki nie wystarczy.
– Dominuje wciąż nadal przesąd, że ukatrupienie kulturowych uwarunkowań uczyni nas wolnymi. Jednak tylko skazuje na wszechwładzę determinacji nieuświadamianych, naturalnych popędów, wobec których cała kontrkultura jedynie pada bezradnie na kolana. Lecz dlaczego bycie zakładnikiem owych popędów ma oznaczać wyzwolenie z okowów kulturowych? Zamiana dybów na nowy typ nie czyni nas bardziej wolnymi.
– Kolejny przesąd głosi, że autentyzm manifestuje się w braku umiejętności, braku wiedzy i negacji profesjonalnej wirtuozerii. Że nową sztukę robią tylko nowi ludzie (młodzi, „inni”). Że wulgarność i obscena to dowód bezpardonowości i zaangażowania. Że samo łamanie (zresztą dawno połamanych) konwencji jest wartością. Że samo redefiniowanie i oddefiniowywanie sztuki zastąpi sztukę. Lecz kreuje to tylko grę kolejnych samozaprzeczeń i niezobowiązujących debiutów. Wyklucza realność naszego istnienia.
– Celem ekspertów najczęściej okazuje się utrzymywanie widzów w stanie konsternacji, aby podtrzymać swoją niezaskarżalną pozycję „wiedzących lepiej”. Narzucają więc język i kryteria, które nie mają nic wspólnego z przytomnością i rzeczywistością. Bo któż z owych ekspertów jednoznacznie odróżni w sztuce wyrafinowaną dekonstrukcję od bełkotu, a clinamen od matolstwa? Jeśli nie, to tylko legitymizujemy w ten sposób powszechną tępotę i zgodę na cwaną nijakość.
– Pewne pytania zostały wykluczone. Na przykład: w jakim stopniu te wszystkie nagrody, dotacje, subwencje, granty wspierają niezależną twórczość, a w jakim stopniu okazują się korumpowaniem i wymuszaniem posłuszeństwa? Dlaczego artyści salonowi, oficjalni, są jednocześnie artystami „niezależnymi”? Od czego niezależnymi? Przecież stoją w karnych kolejkach po stypendia, zakupy, wystawy i publikacje. Dlaczego krytyczność nie demaskuje uzurpacji elit, jak to ma miejsce na Zachodzie, a służy stanowieniu nowych „elit”? Czy różnorodność i inność mają ograniczenia, na przykład gdy jej natłok nie inspiruje, lecz otępia i skazuje na bezradność? Albo gdy zaczyna dominować?
– Sfera publiczna stała się przestrzenią toksyczną, wykluczającą racjonalność. Powstała przestrzeń heterotopii (Foucault), gdzie wszystko występuje we wszystkich swoich wariantach, degeneracjach i samo/zaprzeczeniach. Jedyną realnością społeczną zdaje się już być spór cyników z hipokrytami (jeśli kto woli: performatywna agonistyka). W tej perspektywie ostatecznym wyjściem nie jest wielopiętrowa manipulacja w imię socjalizacji, lecz przeciwnie – nauczanie odporności, indywidualnej immunologii; samodzielności i odwagi myślenia. I chyba perspektywa postspołeczna (Alain Touraine).
– Wszyscy mamy problemy. Przeróżne. Problemy mniejszości nie mogą unieważniać i maskować problemów większości. Problemy dojrzewania nie mogą wykluczać problemów ludzi dojrzałych. Chyba, że ciągle chcemy zamieniać praktykowanie demokracji na „walkę o demokrację”. A to dwie różne sprawy.
– Argumenty rozstrzygające dzisiejsze dyskusje, typu pluralizm, wolność czy demokracja, nie są żadnymi argumentami! Lecz są one ogromnymi problemami, którym nie udaje się nam wciąż sprostać. Bo nie ma pluralizmu, lecz wiele jego rodzajów i koncepcji, a każda niepełna. Na przykład, ktoś twierdzi, że w jego centrum sztuki manifestuje się pluralizm, bo wystawia i chudych, i grubych, niskich i wysokich etc. Lecz dlaczego wszyscy ci chudzi i wysocy są lewicowymi doktrynerami?… Pluralizmów może być wiele rodzajów. Można wszak dzielić ludzi nie tylko ze względu na tuszę i wzrost, ale też na liberałów i monarchistów, łysych i kudłatych, na dobrych i złych. W każdym razie nie ma z pluralizmem nic wspólnego sytuacja, gdy jest on definiowany ciągle przez tych samych ludzi, z tych samych pozycji i według tych samych interesów. To tylko elegancka, ponowoczesna wersja zamordyzmu.
– Nasze instytucje sztuki właściwie już nie służą sztuce, lecz raczej obsługują uzurpacje aktywu artworldu, który zamiennie bywa również artystami, kuratorami, krytykami, jurorami, marszandami i… jedynymi uprawnionymi widzami. Twierdzą oni, że strzegą standardów światowości, aktualności i wybitności. Lecz w naszym „pluralistycznym” świecie jest wiele modeli wybitności. Wcale nie musimy oglądać tego samego typu artystów, który jest ponoć „ostatecznie aktualny”. Każdy ma wszak prawo na własny użytek definiować aktualność i światowość. Ze skutkiem może i niewielkim, ale zupełnym koszmarem jest sytuacja, gdy zarządzający upublicznianiem i oceną sztuki, dokonuje tego wyłącznie kierując się swoją „subiektywnością”. Bo to tylko wymyk w niezaskarżalność i nieweryfikowalność, co nieuchronnie prowadzi do patologii. Dziś sama subiektywizacja już nie wystarcza, aby sprostać wielowymiarowej dynamicznej złożoności w jakiej żyjemy; potrzeba wyrafinowanych oscylacji de/obiektywizacji i de/subiektywizacji.
– Instytucjonalny artworld zajmuje się obecnie głównie programowaniem sztuki, narzucaniem jej „właściwych, ważnych i aktualnych” tematów. System promocji, czyli granty, zakupy, wydawnictwa etc., okazuje się skuteczniejszy niż dawna cenzura. Znam też paru artystów, których główna kreatywność polega już tylko na eliminacji konkurencji. Instytucjonalny artworld ogołaca sztukę z jej dotychczasowych tożsamości (jako anachronicznych „ograniczeń”), a następnie bezbronną wpisuje w logikę rynku i mass mediów. Narzuca jej wędzidła politycznych i społecznych metanarracji. Co to ma wspólnego z wolnością i rozwojem?…
Rzecz skracając i reasumując:
Moja teza jest prosta: różnorodności sztuki współczesnej musi odpowiadać różnorodność form jej upowszechniania i oceniania. Czyli… niemożliwy pluralizm. I ktoś w końcu musi to powiedzieć: my ludzie nie jesteśmy zdolni do pluralizmu. Możemy go tylko udawać, symulować i manipulować jego ideą. Podobnie zresztą z wolnością, bo okazuje się, że w praktyce jesteśmy wolni o tyle, o ile niewolimy innych swoją wolnością i swoim wyobrażeniem o niej. Zaś demokracja jest bodaj jedynym ustrojem, w którym każdy ma prawo być sobą, a nie „tylko” prawdziwym Europejczykiem, prawdziwą kobietą albo mężczyzną itd. Zatem nie możemy poddawać innych „demokratycznej reedukacji” i selektywnym emancypacjom, lecz musimy szanować ich odmienne poglądy i interesy. Praktykowanie demokracji (także zawsze niedokonane) nie ma wiele wspólnego z walką o demokrację, która w przekonaniu wielu „walczących” zwalnia ich z wszelkich norm i ograniczeń. Powtórzę: nie ma demokracji bez wzajemnego szacunku.
Wynikają z tego konsekwencje dla instytucji sztuki. Konieczna jest ich decentralizacja. I „pluralizm”, który nie jest definiowany przez te same idee, interesy i grupy, lecz odwołuje się bezpośrednio do… losowości, plebiscytu i krótkiej kadencyjności. Przykładowo: należy zlikwidować centra (Zachętę, MSN, CSW), które dziś mają właściwie taki sam program i których ekipy bez problemu mogłyby się zamieniać miejscami co tydzień. Niewielu by to nawet zauważyło – ta sama publika, ten sam typ autorów i ci sami komentatorzy. Centra należy zamienić w policentra, w oddzielne zespoły składające się z kilku/nastu niezależnych galerii:
– jednej galerii oddawanej kadencyjnie (powiedzmy na okres 2 lat) w ręce losowo wybieranych kuratorów
– jednej, gdzie wystawy byłyby organizowany plebiscytowo lub według crowdfundingu (projektów wylicytowanych najwyżej)
– innej, z repertuarem losowanym spośród zgłoszeń profesjonalnych artystów
– innej, losowo spośród zgłoszeń wszystkich chętnych
– politycznej galerii rotacyjnej – dla partii reprezentowanych w parlamencie (każda co miesiąc)
– rotacyjnej galerii mniejszości (wszelkiego rodzaju)
– galerii dla młodych, ale i dla seniorów – bo niby dlaczego sztuka ma uczyć emerytów problemów wieku dojrzewania?
– galerii eventowej – dla uznanych autorytetów i celebrytów – wystawa zorganizowana np. przez Lewandowskiego
– jeśli formaliści się uprą, może być tam też galeria malarstwa, rzeźby, rysunku, wideo, performansu i eksperymentów wszelakich
– a idąc dalej tropem dominującej dziś antropologicznej wykładni sztuki (sztuka jako pochodna formy życia), należy zastanowić się nad wydzieleniem galerii dla łysych, galerii dla ludzi po zawale, galerii dla mieszkańców województw nadmorskich… Do dyskusji.
– a ponadto nie ma sensu tworzenie centralnych kanonicznych kolekcji sztuki najnowszej. Obecnie muzealizacja okazuje się bowiem zazwyczaj doraźną formą marketingu. Zatem kolekcje muzeum sztuki współczesnej powinny być jedynie depozytami czasowymi (płatnymi!).
Rzecz jasna, prezentowane w policentrach wystawy byłyby zazwyczaj koszmarne czy wręcz odrażające. Lecz za to nieprzewidywalne i o wiele bardziej zróżnicowane, ciekawsze niż obecnie w tak zwanych wiodących centrach. A ponadto, jeśli dziś kategoria piękna jest równoprawna z ideą abject (problematyzowania brzydoty, wstrętu etc.), to nie ma sensu również podział na sztukę dobrą i złą, bo każda jest równie pouczająca. Też ta koszmarna. Niepotrzebni wówczas okazują się również „wiedzący lepiej”. Taka praktyka szanowałaby nie tylko wolność kuratora, artysty, ale i widza, bo każda wystawa byłaby opatrzona profesjonalnych ocenami za i przeciw. A nie tylko jednostronnym peanami, jak to się teraz dzieje. Nie po to przecież artyści wypruwali z siebie trzewia, walcząc z jedyną właściwą metafizyką, ideologią, obiektywnością, aby teraz służalczo obsługiwać „aktualne, ważne społecznie problemy”, które zresztą ktoś za nich definiuje. Ani też, aby strzec jakichś abstrakcyjnych „standardów światowości”.
Potrzebujemy deregulacji artworld-u i odnowy instytucji sztuki. Działań, które wymuszą autentyczny, choć zawsze niedokonany pluralizm. Zamiast etatyzacji, rytualizacji, celebracji nadętych „wtajemniczonych” (w sieć lojalności) potrzebujemy sztuki… różnorodnej – bo na miarę każdego człowieka. Aby każdy mógł szukać i odnajdywać to, co współgra z jego doświadczeniem egzystencjalnym, z jego własną grą o sens. Nie wiem, który raz to powtarzam, ale widz w sztuce także ma prawo do wolności, wcale nie musi być tylko materią „rzeźby społecznej”, tłumem, masą, którą samozwańcy skrawają do swych „rewolucyjnych projektów”. Niektórzy ludzie nie chcą i nie potrzebują sztuki. Po co więc udawać, że robimy sztukę na ich miarę? Sami się tylko nijaczymy i grzęźniemy w obłudzie.
Ponadto, czysto pragmatycznie lepiej byłoby uznać, że nie ma jednej sztuki, lecz istnieje wiele różnych sztuk. A nawet więcej: istnieją tylko poszczególne dzieła sztuki jako nieredukowalne jednostkowe fenomeny. Zwolniłoby to nas z bełkotliwych dyskusji o przemianach trendów, o debiutach i rankingach. Oraz z rozgrywania sztuki na poziomie metanarracji i walk tożsamości grupowych. Bo może sztuka sama jest metanarracją – niemą, niemo pytającą i tylko deliberującą? Innymi słowy: sztuka sama jest kontekstem, i niedorzecznością jest redukowanie jej do innych kontekstów. Namawiam od lat, by mimo wszystko walczyć o nie/możliwą autonomię sztuki – ciągle na nowo stanowioną, nawet wykłamywaną z rzeczywistości i zdolną do odpowiedzialnych samoograniczeń.
A ponadto, wobec skrajnego upartyjnienia, rzeczą rozsądną byłoby – wzorem USA – zlikwidować w imię demokracji Ministerstwo Kultury; a ściślej: w imię podtrzymania marzenia o demokracji.
Tekst ten ilustruję zgodnie z duchem czasu przykładami własnej twórczości – wszak dzisiaj wszystko jest tylko autopromocją!
Sławomir Marzec
Prof. zw.; ur.1962; absolwent Wydziału Malarstwa ASP Warszawa i Freie Kunst Kunstakademie Düsseldorf. Prowadzi Pracownię Malarstwa na Wydziale Grafiki ASP Warszawa. Praktykuje malarstwo, rysunek, instalację, fotografię przetworzoną, performance i film. Zorganizował ponad sto wystaw indywidualnych i kilkaset wystaw zbiorowych. Autor pięciu książek i ponad dwustu tekstów z pogranicza teorii i krytyki sztuki.


