„Ogarniamy peryferie”. Z Martą Jamróg rozmawia Magdalena Ujma
Magdalena Ujma: Jak się czujesz po ostatniej edycji Bielskiej Jesieni? Dostałaś dwa wyróżnienia, więc chyba było dobrze?
Marta Jamróg: Tak, dostałam wyróżnienie od was i od „Formatu”. To było dla mnie duże zaskoczenie i ogromna radość. Po Bielskiej Jesieni musiałam przez chwilę dochodzić do siebie.
Wiedziałaś od razu co chcesz wysłać na konkurs?
Tak, wiedziałam co wysłać – z tego powodu, że właśnie te obrazy miałam dostępne w pracowni. Były też inne, ale pochodziły z początkowego okresu mojej twórczości. Te, które wysłałam, były najbardziej aktualne, a do Bielska trzeba zgłaszać prace, które powstały w ciągu dwóch ostatnich lat. No więc wybrałam trzy prace. Dwie z nich ostatecznie się nie dostały na końcową wystawę.
Już od pewnego czasu Bielska Jesień zaczęła stawiać na bardziej autorskie i wyraziste wybory. Teraz wystawy konkursowe nie mają ambicji, by rysować panoramę polskiego malarstwa. Raczej poszukują takiego malarstwa, które wyraża pewien pogląd na świat.
Tamte dwa moje obrazy, które zostały odrzucone, nie przejawiały oczywistego politycznego zaangażowania. Wybrany został za to Pogrzeb myśliwego. Ten obraz jest polityczny, a tamte badały inne obszary. Jeden opowiadał o okresie prenatalnym człowieka, bo tym się teraz zajmuję, a drugi dotyczył stanów wewnętrznych.
No tak, ale mam wrażenie, że właśnie zaczynasz na dobre funkcjonować w polskim świecie sztuki.
Tak, wydaje mi się, że moja twórczość zaczyna być bardziej widoczna w polskim polu sztuki. Z perspektywy zawodowej to bardzo dobry znak dla artysty.
Wyróżnieniem na Bielskiej jest dla mnie sam fakt bycia na tej wystawie. Ale troszkę czułam, że tam nie pasuję. Większość prac na wystawie była mocno ekspresyjna. Były malowane gestem, szybkim pociągnięciem pędzla. Moja praca mogła się wydawać bardziej zachowawcza.
Zachowawcza może w sensie techniki. Tak naprawdę twoje prace są bardzo wywrotowe właśnie przez to, że są niesamowicie dopracowane. Ale chcę cię zapytać o twoje outsiderstwo. Jesteś artystką bardzo niezależną. Masz nietypową drogę do sztuki. Z artworldu starasz się korzystać na własnych zasadach. Bardzo mi się podoba twoja deklaracja, że mieszkasz w Jaśle i Nowym Jorku. To wspaniałe połączenie.
Moje outsiderstwo bierze się z tego, że nie ukończyłam pięcioletniej Akademii Sztuk Pięknych, skończyłam jednak studia podyplomowe z malarstwa i mam za sobą dosyć długą ścieżkę edukacji. Wcześniej skończyłam Małopolski Uniwersytet Ludowy we Wzdowie, potem studiowałam dwa kierunki na Uniwersytecie Wrocławskim. Później doszły jeszcze studia podyplomowe w Krakowie na ASP i teraz jeszcze studiuję Sztukę Współczesną na UKEN.
Więc moja droga zawodowo-artystyczna już przez samą edukację jest inna. No i wywodzę się ze środowiska mocno punkowego i feministycznego.
A jak dołączyłaś do ruchu punkowego?
Zaczęłam jeździć na koncerty punkowe do Krosna, kiedy byłam w liceum. Ale z myślami anarchistycznymi, DIY-owymi i feministycznymi zetknęłam się tak naprawdę później, we Wzdowie. To była szkoła skupiającą freaków z całej Polski. Ja się tam najbardziej trzymałam z punkami. Jeszcze później, we Wrocławiu, byłam związana z Centrum Reanimacji Kultury i z innymi skłotami, na przykład z Wagenburgiem. Tam organizowałyśmy różne oddolne wydarzenia, koncerty, festiwale. A nawet uczestniczyłam w zorganizowaniu Manify we Lwowie, która była pierwszą w ogóle – w całej Ukrainie.
Kiedy to było?
W 2008 roku, a dopiero rok później odbyła się pierwsza Manifa w Kijowie.
A skąd kontakt z Ukrainą?
Gdy byłam studentką etnologii, moim obszarze zainteresowań znalazł się Wschód. Muzyka kultura, sztuka. Chciałam zgłębić tę kulturę, no i dlatego zaczęłam studiować w języku ukraińskim. A ponieważ samo studiowanie nie zadowalało mnie, postanowiłam wyjechać na wymianę międzyuczelnianą. Mieszkałam we Lwowie pół roku. W zasadzie to ja więcej tam zajmowałam się aktywizmem niż studiowaniem. Działałyśmy z dziewczynami w ruchach feministycznych. Feminizm wtedy w Ukrainie był totalną nowością. Miałyśmy nawet siedzibę, gdzie organizowałyśmy spotkania prozwierzęce. Ale kiedy zawiesiłyśmy na drzwiach kartkę z ogłoszeniem, że robimy spotkania feministyczne, to właściciel miejscówki zabronił nam się tam spotykać.
Dlaczego?
Bo feminizm źle się kojarzył. Pierwsza Manifa wyszła bardzo fajnie, bo nikt jeszcze nie wiedział, że się organizujemy. Ale druga wyszła już fatalnie, bo przyszli… nawet nie wiem, jak można nazwać te osoby. Może osoby pseudokibickie…
Bojówkarze?
…albo osoby, które miały poglądy skrajnie prawicowe. No i tam już było grubo, musiałyśmy nawet wezwać służby. Poszłyśmy do polskiego konsulatu, żeby nas zabezpieczył, bo dostawałyśmy pogróżki, musiałyśmy się zatroszczyć o uczestników i uczestniczki manifestacji. Gdy zorganizowaliśmy demonstrację pro LGBTQ+, wtedy poszły w nas petardy.
We Lwowie!
Tak, to było we Lwowie. Tak więc takie miałam przygody z oddolnymi działaniami, z moim outsiderstwem. To, czym się zajmowałyśmy, nie wychodziło z głównego nurtu akademickiego czy instytucyjnego. To były działania oparte na samoorganizacji. A jeszcze Nowy Jork…
To niesamowite połączenie: Jasło–Nowy Jork.
Mieszkałam w Nowym Jorku za dzieciaka. Wyjechałam tam w dziewięćdziesiątym drugim roku czyli w sumie już po upadku komuny, no ale wiadomo, że wczesny polski kapitalizm był zupełnie czymś innym niż ten w Ameryce. Był to dla mnie trochę inny świat, bardziej luźny, kolorowy, tolerancyjny, wesoły. Czułam się tam bardzo dobrze. To były najwspanialsze chwile mojego dzieciństwa. Przez chwilę chodziłam tam do szkoły. I tam po raz pierwszy zetknęłam się z muralami.
W twoim życiu nawet najbardziej odległe doświadczenia jakoś wiążą się ze sobą.
Pamiętam, że na murach miasta wisiały plakaty z Whitney Houston i Kevinem Costnerem. Akurat wtedy do kin wchodził film Bodyguard. Te plakaty wisiały obok murali. Pamiętam, że myślałam wtedy o osobach, które te murale malowały: to jest niesamowite, że ci ludzie wychodzą ze swoją sztuką na ulicę i godzą się na to, by tyle osób ją oglądało. Dla mnie byli to bohaterowie – i utkwili mi w pamięci na długo. Jak wróciłam do Polski, to też tak chciałam malować. Zrobiłam nawet kilka projektów, ale kolega graficiarz zobaczył mój projekt i powiedział, że to nie jest graffiti, no i chwilowo skończyły się moje marzenia. Zaczęłam malować murale dopiero wtedy, kiedy rozpoczęłam studia na ASP, wtedy się odważyłam.
Zaczęłaś robić murale na dziko?
Tak, przecież działania uliczne wynikają z potrzeby zaznaczenia swojej obecności w świecie, który marginalizuje i hierarchizuje. Street art wynika z potrzeby zaznaczenia swojego przekazu i swojej obecności bez oglądania się na instytucje czy na tych, którzy decydowali, co może być sztuką, a co nie. Istotą street artu jest dla mnie właśnie ta nielegalność, działania bez cenzury. Wracam do pierwotnej funkcji sztuki ulicy. Bardzo dużo zrobiłam takich murali, ale już prawie wszystkie zostały zamalowane.
A miałaś jakieś kłopoty z tego powodu?
Ścigali mnie tu i tam, ale wolę o tym nie opowiadać publicznie.
A masz dokumentację tych murali?
Tak mam dokumentację, staram się dokumentować wszystkie powstające murale. Jest ich już spora kolekcja.
Prowadzę również pracę badawczą, w ramach której wykonuję liczne fotografie. Moje badanie polega na nanoszeniu nowych form wyrazu na już istniejące. Przez „istniejące” rozumiem seksistowskie i przemocowe hasła pojawiające się na murach. Nakładam na nie własną narrację i obserwuję, co się wydarza. Moim językiem są kreski i kropki, forma wyrazu z założenia niepatriarchalna. Zależy mi na tym, aby podstawą działania był dialog. Nie chcę wymazywać wcześniejszych narracji, choć niekoniecznie się z nimi zgadzam ani się z nimi nie utożsamiam. Wolę nadawać istniejącym przekazom nową formę, zamiast je usuwać lub udawać, że nie istnieją. Wymazywanie byłoby bowiem kolejną formą agresji, osadzoną w języku patriarchalnym.
To jest bardzo współczesne, podoba mi się twoja decyzja.
Kluczowa jest dla mnie komunikacja i postrzegam ją jako działanie niepatriarchalne. Obserwuję, co dzieje się z moimi muralami i systematycznie to dokumentuję. Na jednym z budynków na moją narrację nałożono reklamy myjni ciśnieniowej oraz studni głębinowych. Ktoś dopisał także hasła związane z drużyną piłkarską Czarni Jasło. Uznałam, że komunikacja w tym miejscu jest bardzo trudna, obie strony, oni i ja, mijamy się. Nie dochodzi tu jeszcze do żadnego porozumienia. Mimo to nie poddaję się, ponieważ jest to praca badawcza. To dopiero początek działań, a projekt może trwać całe życie. Jego pozytywne rezultaty mogą ujawnić się dopiero po kilku latach.
Wśród moich znajomych pojawiła się jednak niewielka nadzieja na zrozumienie mojego celu działań. Zaczęłam opowiadać o projekcie osobom, które tworzą w ukryciu, i one zaczęły się w niego angażować. Jedna z koleżanek – Malwina – wykonała haft na firance, którą zawiesiła w tym budynku. Kolega Tomek przykleił tam swoje naklejki, a Rafał wykonał szablony starą metodą. Dzięki temu na tych budynkach nieustannie pojawiają się nowe działania, które dokumentuję na bieżąco. Istniały również realizacje w innych miejscach, jednak zostały one całkowicie zamalowane.
Powiedz więcej o tych ostatnich działaniach.
Dosyć ostro pojechałam z moimi kropkami i kreskami w jednym miejscu, pomagali mi koledzy i koleżanka. Robiliśmy to chyba w trzy noce.
To jest duże poświęcenie.
No tak, z 500 zł wydałam na spreje i drippery. Takie akcje wymagają logistyki. Moi koledzy mi dużo pomogli. Stali na czatach, bo czasami przejeżdżały auta. Te murale były tam jakieś pół roku. Jeżdżę tamtędy codziennie do pracy.
Czyli kontrolowałaś ich stan.
Tak, ale po jakimś czasie zamalowano te ściany całkowicie. Następnie powstały na nich kolejne narracje typu Czarni Jasło. Wszystko dokumentuję. Parę dni temu pojawiło się tam fajne kolorowe graffiti. To miejsce cały czas się zmienia, jakby te murale były czymś żywym, jakby te ściany były żywe.
To jest taka żywa galeria. Mój projekt badawczy wciąż trwa i zobaczymy, kiedy się skończy. Ale wniosek jest taki, że się nie rozumiemy. Jedynym gestem odpowiedzi na moją interwencję jest zamalowanie i zasłonięcie.
To jest przykre, bo twoja narracja mogłaby zostać uszanowana przez innych.
Nie jest mi przykro, bo traktuję to jako działanie badawcze oraz działanie performatywne. Ale może trzeba jeszcze czasu, by zostało to lepiej zrozumiane przez odbiorców, lokalną społeczność, a może to nigdy się nie wydarzy, bo nasze języki się totalnie rozjeżdżają?
Powiedz teraz o moście w Beskidzie Niskim…
To jest most nad rzeką Wisłoką. Do współpracy zaprosiłam inne osoby. Idea była taka, żeby stworzyć galerię, która jest dostępna dla wszystkich i za darmo. Murale nadal tam są.
To jest miejsce stosunkowo łatwo dostępne?
Jest dostępne. Trzeba zejść po schodkach w dół, żeby zobaczyć te murale. Myślę, że w zimie jest łatwiej je zobaczyć, bo nie ma liści na drzewach. I widać je z daleka.
Skąd wzięłaś swój styl kreski i kropki w muralach?
Nie wiem.
To jest zupełnie inne niż cała reszta street artu.
Też się zastanawiam, skąd ja to wzięłam.
Nawiązujesz do pierwszych przejawów sztuki? Do malarstwa jaskiniowego?
Na pewno poprzez formę. Są to automatyczne ruchy ręką, intuicyjne i niekontrolowane, mam nadzieję, przez umysł. Forma jest pewnego rodzaju ucieczką od mojego malarstwa sztalugowego. Proces malowania obrazu trwa u mnie bardzo długo, bo długo się zastanawiam, co i jak namalować. Gdy maluję obraz, nie mam zbyt dużej swobody ruchów. A ja potrzebuję też szybkiego działania. Mam dużo myśli w głowie i zależało mi na tym, by murale malować tak szybko, jak szybkie są moje myśli.
Robisz do nich wcześniej projekty?
Nie, do kropek i kresek nie mam żadnych projektów. Tam pracuje ręka, to są po prostu autograficzne ruchy ręki. Może podążam za intuicyjnym ruchem i traktuję jako pewnego rodzaju happening?
Ważny jest proces.
Ważne jest wszystko, co dzieje się wokół, na przykład współpraca ze znajomymi, otwieranie ich na sztukę. Jest to mocno angażujące działanie kolektywne.
Skąd to się wzięło? Moja przyjaciółka, Izabela Bochenko, maluje akrylowymi flamastrami i stawia kropki na płótnie. Może się zainspirowałam?
Marta, a skąd ci się u ciebie wzięły ikony?
Ikony wzięły się ze Wzdowa.
Czyli nauczyłaś się pisania ikon w Małopolskim Uniwersytecie Ludowym?
Zafascynowała mnie kultura wschodnia, a w niej Huculszczyzna – także ze względu na karpackie rozbójnictwo. Ze względu na mity i legendy o opryszkach. Zafascynowali mnie, bo byli mocno antypaństwowi i sprzeciwiali się służbie wojskowej. I dlatego właśnie te ikony, które trochę przecinały się z kulturą górską, one mi się podobały ze względu na formę, kolor i odrzucenie proporcji.
Ze względu na twoje poglądy powinnaś raczej odrzucać reguły, a tutaj masz ikony, które są bardzo mocno obudowane regułami tworzenia.
Tylko ja nie patrzyłam na reguły, a raczej na to, jaką przeciwwagę ikony tworzą dla akademickiego, zachodniego malarstwa. One są dla mnie rodzajem odejścia od powszechnie uznawanych norm malarskich i dlatego właśnie mi się spodobały. W ikonach jest miejsce na własną interpretację. Ikona jest malarską próbą opowiadania świata, nie za pomocą pisma, lecz za pomocą malarstwa. I ta forma komunikacji ze światem bardzo mi się spodobała, chociaż muszę zastrzec, że nie jestem osobą religijną.
Właśnie o to chciałam cię zapytać.
Sfera teologiczna w ogóle mnie nie interesuje. Forma, styl, kolor – to mnie zafascynowało.
I technika też pewnie była dla ciebie ważna.
Temperą jajeczną nie malowałam. Postanowiłam jakoś poszerzyć możliwości ikony.
Zastosowałaś subwersję.
Po prostu czerpię z ikony, przejęłam z niej technikę malowania laserunkowego. Jest ona dla mnie ważna i dobrze mi się w niej pracuje. To, co zrobiłam z ikoną, stanowi dla mnie formę osobistej ekspresji i wewnętrznego napięcia wobec zastanych porządków. Moja metoda opiera się na przewrotności, to prawda. Jako antropolożkę kultury szczególnie interesuje mnie przekraczanie norm i obszarów tabu. Kiedy wzięłam ikonę na warsztat, te normy świadomie naruszałam i otwierałam je na nowe znaczenia. Nie towarzyszyły mi złe intencje, obecny jest tam również szacunek wobec ikony. Poszerzałam pole wyrazu tego malarstwa, a poprzez dzikony uzupełniałam je o własne refleksje.
Mówiłaś, że wypracowałaś własną technikę w malarstwie. Malujesz cały czas na desce.
Teraz przestaję używać desek. Przenoszę się na płótno, bo jednak jest lżejsze. Płótna są łatwiejsze do pracy. Do tej pory często wykorzystywałam stare podobrazia. Stare drewno, deski znajdowałam w rozwalających się stodołach albo przywozili je do mnie znajomi. Zresztą cały czas dostaję prezenty od ludzi w postaci starych desek. Mam tego sporo. Myślę, że kiedyś zrobię z tego instalację. Więc podobrazie drewniane do mnie przemawia, dobrze mi się na nim maluje. Wchodzę w jakiś rodzaj medytacji, jakiegoś połączenia ze starym drewnem… Bo stare drewno jest nośnikiem informacji – tak mi się wydaje – mogą być w nim zaklęte różne historie, których drzewo było świadkiem. Kiedy maluję, to gdzieś tam intuicyjnie wyczuwam zapisane w nim historie.
Zwłaszcza, że drewno jest z odzysku i zawiera energię z tego, co się kiedyś wydarzyło w zabudowaniach, których było budulcem. A jakich farb używasz?
Używam farb akrylowych, ale one są wymieszane z suchym pigmentem. Ostatnio zresztą dużo maluję olejami i w ogóle trochę eksperymentuję.
Opowiedz jeszcze o Galerii Ziemianka, którą prowadziłaś. Gdzie to było?
Galeria Ziemniaka mieściła się we Frysztaku, obok domu, który należał do moich pradziadków. Była zbudowana z żelbetonu i miała dwie komory, więc była dosyć duża. Panował tam bałagan, znajdowały się tam jakieś stare słoiki, przetwory, ale poprosiłam mojego kolegę, żeby pomógł mi posprzątać. Postanowiłam, że zrobimy tam galerię, a ja stworzę murale, które upamiętnią wydarzenia związane z drugą wojną światową i które dotyczyły mojej rodziny. No więc tam wymalowałam moich pradziadków. Wymalowałam taką sytuację, kiedy moja prababka została zraniona w serce odłamkiem bomby i zmarła.
Malowałam także czarne krzyże i słupy ognia. Ponoć ludzie w sierpniu 1939 roku widzieli takie zjawiska na niebie. Uznano to za zwiastun nadchodzącej wojny.
U ciebie w rodzinie się o tym mówiło?
Mówiło się o tym, choć moja rodzina nie była bezpośrednim świadkiem tych zjawisk. W domu rozmawiało się raczej o innych sprawach związanych z wojną, o czarnych krzyżach – nie. Dopiero później gdzieś o tym usłyszałam, a następnie przeczytałam w książce UFO nad Podkarpaciem. Jej autor, pochodzący z okolic, zajmował się badaniem niewyjaśnionych zjawisk i zbierał relacje z całego Podkarpacia. Czytałam o niezwykłych historiach i między innymi o czarnych krzyżach i słupach ognia. Zinterpretowałam je jako zwiastuny wojny i przeniosłam ten motyw do ziemianki. Powstały czarno-białe, proste murale, malowane oszczędną kreską. Ich realizacja była trudna ze względu na chropowate, nierówne powierzchnie ścian. Nie malowałam sprejem, tylko pędzlem i czarną farbą akrylową.
I potem można było przychodzić i oglądać te murale.
Tak. Zorganizowaliśmy uroczyste otwarcie. W drugiej komorze ziemianki wystawę miał Grzegorz Wnęk, pochodzący zresztą z Frysztaka. Nie pamiętam tego dokładnie, ale Grzegorz pokazał chyba pięć obrazów. Mieliśmy uroczyste otwarcie, zaprosiliśmy zespół Wernyhora i zrobiliśmy koncert w domu, który stał obok. Było to spore lokalne wydarzenie.
Do dzisiaj zresztą robimy z moją ekipą tego rodzaju wydarzenia. Ostatnio zrobiliśmy koncert i wystawę Malwiny Gan i Sławka Shutego – jako jednodniowe wydarzenia. Mamy cel, żeby przeciwdziałać wykluczeniu Jasła z obiegu kultury i organizować się na własnych zasadach, oddolnie i własnym sumptem, choć nie wykluczamy wsparcia instytucji. Sprzeciwiamy się zasadzie, że Jasło jest miejscowością wykluczoną na wielu poziomach z obiegu sztuki. Dbamy o widoczność lokalnych artystów, bo jest ich naprawdę bardzo wielu.
Podkarpacie obfituje w oryginalne zjawiska kultury, kompletnie poza centrum.
Ogarniamy peryferie, a osoby odwiedzające, czyli obserwatorzy i odbiorcy sztuki, mają u nas fajne warunki do tego, żeby zbliżyć się do sztuki, bo za każdym razem, jak robimy wystawy, to wywiązują się fajne rozmowy – z ludźmi, którzy w swoim życiu w ogóle nie mają do czynienia ze sztuką, nigdy nie byli w galeryjnym „white cube”.
Moim zdaniem, to jeden z ważniejszym momentów pracy w kulturze.
Dzięki temu, że nie mamy galerii sztuki współczesnej, możemy zmniejszać dystans między odbiorcą a artystą .
Pokazujecie, że sztuka jest dla ludzi, a nie dla wąskiego środowiska artystycznego.
Myślę, że to jedna z ważniejszych funkcji sztuki, która zresztą właśnie się zatraca. Kiedy sztuka pozostaje tylko w galeriach i w wielkich instytucjach, ginie bezpośredniość kontaktu z nią. Mówiąc szczerze, także w Rzeszowie jest sporo do zrobienia pod tym względem.
Mam wrażenie, że w mniejszych miastach Podkarpacia dzieje się więcej niż w Rzeszowie, jeśli chodzi o sztuki wizualne. Ale to temat na inną rozmowę. A na zakończenie naszej rozmowy, powiedz jeszcze, czym się teraz zajmujesz.
Przygotowuję się do wystawy, która będzie miała miejsce w Warszawie, w galerii HOS. Kuratorką wystawy jest Marta Kudelska. Będę się zastanawiała nad tym, na ile nasze życie jest zdeterminowane odgórnym planem. Na ile mamy wpływ na nasze życie? Czy zostaliśmy wrzuceni do gotowego scenariusza? Czy może jednak możemy kreować naszą biografię? Będę się też zastanawiała nad historią naszego życia prenatalnego. Pokażę malarstwo i nieliczne instalacje. Taki mam plan. Pojawią się też obrazy abstrakcyjne i wielkie formaty, których wcześniej nie wykonywałam.
To raczej już na płótnach, a nie na desce.
Tak, to będzie ich premiera. No i będzie jeszcze jedna wystawa, w lutym. Organizuje ją BWA Warszawa, a Gosia Mycek jest kuratorem. Ja będę pisać tekst kuratorski do niej. Będzie to wystawa o twórcach związanych z uniwersytetami ludowymi.
Wspaniale, życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę!
Dziękuję.
Magdalena Ujma
Historyczka i krytyczka sztuki, kuratorka wystaw i projektów z zakresu sztuki współczesnej. Ukończyła studia z historii sztuki (KUL) i zarządzania kulturą (Ecole de Commerce, Dijon). Prowadziła Galerię NN w Lublinie, pracowała w redakcji kwartalnika literackiego „Kresy”, w Muzeum Sztuki w Łodzi i w Galerii Bunkier Sztuki w Krakowie. Obecnie sprawuje opiekę nad kolekcją w Ośrodku Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora „Cricoteka” w Krakowie. Jest wiceprezeską Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA.
Marta Jamróg
Ukończyła Małopolski Uniwersytet Ludowy we Wzdowie, następnie kształciła się na Uniwersytecie Wrocławskim na kierunkach etnologia i filologia słowiańska. W 2018 roku obroniła z wyróżnieniem dyplom na studiach podyplomowych z malarstwa na ASP w Krakowie. Obecnie studiuje na UKEN w Krakowie na kierunku Sztuka Współczesna. Zajmuje się malarstwem sztalugowym i ściennym. Mieszka i tworzy na Podkarpaciu (fizycznie i duchowo) oraz w Nowym Jorku ( duchowo).

