Od redakcji/21/
W pogoni za rzeczami
Zbieranie, zbieractwo, a także polowanie rozumiane jako poszukiwanie skarbów – te aktywności zaprzątają uwagę ludzi na całym świecie. Na przykład Brytyjczycy wydają się być nieźle zaprawieni w bojach, skoro mają ogromną ilość pchlich targów, wyprzedaży garażowych i bardzo wiele możliwości takich polowań. Zachód w ogóle, jako mniej splądrowany przez ostatnie wojny, obfituje w rzeczy z długą historią. Można się zanurzać w ich świecie, przebierać w rzeczach, można w nie obrastać. U nas za to rzeczy długo były przedmiotem tęsknoty. Cieszyliśmy się resztkami, które nam zostały, strzępami pamiątek rodzinnych, cudem uratowanych z pożóg historii. Łataliśmy je i cerowali, naprawialiśmy je także wtedy, kiedy bogaty Zachód wystawiał swoje rzeczy na ulicę, bo mu się znudził wystrój mieszkania i wymieniał go na nowy.
Brytyjczycy mają wyrażenie „hunting for antiques”, a produkowane przez nich i wciąż cieszące się popularnością programy telewizyjne sprawiły, że wiedza o tym, czym są antyki i – przede wszystkim – ile są warte, stała się powszechna. Dzisiaj sławą cieszy się tam Drew Pritchard, najbardziej znany antykwariusz na Wyspach, który przeszukuje stare posiadłości, fabryki i magazyny, gdzie mogą kryć się cenne egzemplarze starych rzeczy. Wydłubuje z przeszukiwanych zbiorów co ciekawsze kąski, ryzykuje, po odnowieniu zaś, usiłuje je spieniężyć, co często kończy się sukcesem. Tytuł programu? „Salvage Hunters”, czyli po naszemu „Łowcy staroci”.
Wojska także polują na antyki. Tradycyjnie opowieść o stratach wojennych – jak to się eufemistycznie nazywa – zaczyna się w Polsce od potopu szwedzkiego. Najeźdźcy pod wodzą Karola X Gustawa w sposób systematyczny i masowy plądrowali oraz niszczyli zasoby nie tylko bogatych posiadłości, lecz także zwyczajne miasta i miasteczka. Do dzisiaj szwedzkie biblioteki posiadają zrabowane wtedy skarby. Z armią Napoleona do Egiptu ruszyła druga, mniejsza armia: stu sześćdziesięciu naukowców. Łupiono dzieła starożytności i – o ironio – stworzono równocześnie podwaliny pod nowoczesną egiptologię. Naziści systematycznie rabowali podbite kraje, nie tylko ze sztuki, archiwaliów, lecz także obiektów przemysłowych. Podczas inwazji Amerykanów na Irak rozgrabiono nie tylko zbiory muzeów i bibliotek, lecz także ogród zoologiczny. Oficjalnie złodziejami mieli być korzystający z okazji szabrownicy, kto wie jak było w rzeczywistości.
A w dzisiejszej biednej, półperyferyjnej (jak mówią politolodzy) Polsce, przedmioty mają niejasne i podejrzane proweniencje – właśnie z powodu wojen i przemocy, których byliśmy tak przedmiotem, jak i – bywało – podmiotem. Z jednej strony byliśmy rabowani z majątku, z drugiej – weszliśmy (jako społeczeństwo) w posiadanie rzeczy po wypędzonych, zmarłych, uciekinierach, najczęściej żydowskich i niemieckich, ale też na przykład po Łemkach. Dość przytoczyć opowieść Karoliny Kuszyk, którą autorka umieściła na początku swego studium Poniemieckie. Jej rodzice, mieszkający w Legnicy, mieli w zastawie stołowej porcelanową miskę ze znaczkiem swastyki. Wcześniej nie zwracali na sygnaturę uwagi. O pozostawionych gospodarstwach z całym łemkowskim dobytkiem na terenach Beskidu Niskiego mówi wiele świadectw powstałych po niesławnej akcji „Wisła”. Mnóstwo innych, z czasów wojny, mówi przecież nie tylko o losach ludzi, lecz i rzeczy, wystarczy przytoczyć obraz krzeseł porozrzucanych po dawnym Placu Zgody, pozostałych po wywózce mieszkańców krakowskiego getta – we wspomnieniach Tadeusza Pankiewicza. Notabene, dzisiaj obraz ten utrwalony został w formie pomnika – krzeseł znajdujących się na całym placu. To pokazuje losy rzeczy, odzwierciedlające na swój sposób pokrętne i tragiczne losy ludzi w XX wieku.
W odróżnieniu od krajów Zachodu, w Polsce nie mamy posiadłości zapełnionych starymi gratami, gdzie przy pewnej dozie szczęścia można upolować perełki. Polowanie na antyki popularne jest jednak i u nas. Wystarczy pójść na niedzielne targowisko. Takie miejsce pod Halą Targową w Krakowie co niedziela rozbrzmiewa różnojęzycznym gwarem, pęcznieje od tłoku, nie tylko z powodu napływu łowców okazji, lecz i ze względu na liczbę chętnych do sprzedaży. W takich miejscach najbardziej interesujące wydają się wyciągnięte z piwnicy czy ze strychu nędzne kupki rzeczy, ułożone na chodniku. Tam można znaleźć najlepsze okazje. Zaś w ostatnich latach rozpleniły się na targowisku ogromne stoiska z rzeczami pochodzącymi z tak zwanego opróżniania mieszkań – po osobach zmarłych.
Miejsca te oferują zaskakujące okazje, dając wgląd w peerelowskie style wystroju wnętrz. Jednak zdjęcia z albumów rodzinnych, ujawniające nikomu już niepotrzebną prywatność, pokazując ich użytkowników, dają do zrozumienia, że rzeczy naprawdę przeżywają swoich właścicieli.
Jak łowienie przedmiotów przekłada się na sztukę? Artyści tworzący według takiej metody, zbierackiej lub łowieckiej, wykorzystują akumulację. Gromadzą rzeczy, zestawiają je lub nawarstwiają. Gdy usiłuję zwizualizować ów proces, w głowie pojawia mi się wizja sterty przedmiotów, nałożonych na siebie rzeczy, które mogą się obsuwać w bezładzie, ale też mogą być ustawione systematycznie– niczym porządna kolekcja, przedmiot dumy właściciela.
Takie nagromadzenia znajdzie się w sztuce wszędzie. Począwszy od francuskich Nowych Realistów, w tym przede wszystkim Armana i jego „Accumulations”, we wczesnych latach sześćdziesiątych XX wieku. Jego dzieła same już stały się szacownymi starociami. Ostatniego lata zaś, w londyńskim Tate Britain oglądać można było w tak zwanym realu i na ekranach dzieła o przesycie rzeczami i o zaniku ich materialności. Na jednym z ekranów widniała projekcja ukazująca stertę mebli, na które regularnie leciało z góry nowe krzesło. Wszystko to działo się na wystawie Eda Atkinsa.
Jeśli mowa o kupach i stertach rzeczy, Janek Simon poszedł tropem manii kolekcjonowania z czasów dla wielu już prehistorycznych, bo PRL. Wtedy to panowało przekonanie, że każdy przedmiot przywieziony ze zgniłego Zachodu jest cenny i wart zachowania. Przedmiot albo ślad po nim – jego opakowanie. Stąd wzięły się kolekcje papierków po cukierkach, pudełek po papierosach, pustych puszek napojach i butelek po trunkach, dumnie piętrzących się na szczytach meblościanek. Uzbierał kolekcje opakowań po niemieckich chemikaliach, pijąc także do współczesnej odmiany tego przekonania: kupiona w Niemczech chemia domowa jest lepsza od tej, wprowadzanej na rynek polski.
Jolanta Wagner w podobnym stylu ustawiała precyzyjne piramidy z buteleczek po kosmetykach, nazywając je Beauty Survival Workshop. Tutaj, obok fetyszyzmu w stosunku do przedmiotów, i ich szczególnego rodzaju, jakim są opakowania, pojawia się odniesienie do dzisiejszych ideałów piękna, cielesności, do ciężkiej pracy nad tym, by w dzisiejszych czasach im dorównać.
Małgorzata Markiewicz z uzbieranych na ulicach pojedynczych rękawiczek zrobiła pracę o przeciwieństwach, samotności i braku. Rękawiczka zagubiona, nie od pary, jest chyba najmniej potrzebną rzeczą. Artystka zrobiła serie zdjęć zgromadzonego przez siebie zbioru, na których rękawiczki wyglądają jak martwe zwierzęta, lecz także obiekty, które stają się włóczkowymi hybrydami, zszyte palcami, o różnych rozmiarach. Wyglądają jak nowe rodzaje stworzeń, jakby zaczerpniętych z nowożytnego bestiariusza.
Robert Kuśmirowski zbiera wszystko, co stare, z naciskiem na ilość i gabaryty. Szczególną estymą darzy zabytki techniki, stare maszyny, ich części, całe wnętrza. Cała jego sztuka zasadza się na rzeczach. Jest o tym, że rzeczy przeżywają swoich właścicieli, o tym, że mają znaczenia własne, nienadane im stosownie do funkcji, jest o materialności. Artysta jest zainteresowany procesem przetrwania i umierania rzeczy, podrabia ich materialność i niszczy.
Władysław Hasior mógłby uchodzić za patrona wyniesienia zbieractwa do rangi działalności twórczej. Orientował się na rzeczy tandetne, przejawy kultury straganowej, małomiasteczkowej. Celuloidowe lalki, aluminiowe widelce. Pocztówki, reprodukcje oleodruków. Z kultury materialnej wsi i małych miast, w której wyrósł i która na jego oczach zanikała (swoją drogą, jej tradycja była dość świeża), budował nowe, mitotwórcze obiekty, które miały przenieść ją do nowoczesności.
Na koniec – z innego nieco kręgu kulturowego i dyscypliny: poeta, malarz i przede wszystkim filmowiec, Jan Švankmajer. Jego twórczość bazuje na przedmiotach, które ożywają i zagrażają swoim użytkownikom. Przy każdym filmie tego twórcy ma się wrażenie wkroczenia do laboratorium alchemika albo do Kunstkamery, czyli gabinetu osobliwości, zbierającego w swoich murach obiekty wytworzone ręką człowieka oraz dzieła przyrody ożywionej i nieożywionej.
Ta lista jest tylko początkiem, zahaczką dla wyobraźni – jak by powiedziała pisarka Joanna Bator, która wprowadziła ten termin. Na świecie działa jeszcze bardzo wiele artystek i artystów, którzy wierzą w niezależne od nas życie rzeczy. Takie nastawienie jest właściwie powszechne.
A teraz zamknijmy oczy i udajmy, że nas nie ma. Wsłuchajmy się w sekretne życie przedmiotów. Tak, sztuka je wizualizuje, zwykły śmiertelnik jednak tak łatwo nie dostrzeże „…przypadkowego spotkania na stole sekcyjnym maszyny do szycia i parasola”. To cytat z Pieśni Maldorora Isidore’a Ducasse’a, hrabiego de Lautréamont, patrona surrealistek i surrealistów. Niech żyje wolne królestwo rzeczy!
Magdalena Ujma
Historyczka i krytyczka sztuki, kuratorka wystaw i projektów z zakresu sztuki współczesnej. Ukończyła studia z historii sztuki (KUL) i zarządzania kulturą (Ecole de Commerce, Dijon). Prowadziła Galerię NN w Lublinie, pracowała w redakcji kwartalnika literackiego „Kresy”, w Muzeum Sztuki w Łodzi i w Galerii Bunkier Sztuki w Krakowie. Obecnie sprawuje opiekę nad kolekcją w Ośrodku Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora „Cricoteka” w Krakowie. Jest wiceprezeską Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA.