Nr 3 jesień 2021 felieton Anna Markowska

O, roku ów!

Iwona Demko, Ile właściwie było wielkich artystek, 2021, instalacja, 5 × 1,5 m, fot. Jerzy Wypych

Brak poszanowania praw kobiet, cenzura, „gendermeria”. Na równi pochyłej, pokrytej wazeliną, pojawił się zapomniany gracz – widz – który wślizguje się do galerii po to tylko, by wyrazić swoje oburzenie i donieść do prokuratury. Kapuś, z rzekomo głębokiej wiary, edukuje przez sianie nienawiści wynikającej z przekonania, że sztuka współczesna jest częścią złowrogiego spisku. Mimo takich donosów, ekspozycja Nigdy nie będziesz szła sama, otwarta w końcówce poprzedniego roku w lubelskiej Galerii Labirynt i powtórzona w maju jako wystawa wirtualna, jest wydarzeniem roku. Z ogromną pozytywną energią przeplatała ze sobą życie i sztukę.

Gdy w pracy artystycznej wykorzystuje się archiwa, tylko pozornie efekt nie jest tak intensywny. W gorączce archiwalnej, powiązanej z nurtem badań artystycznych, chodzi bowiem przede wszystkim o teraźniejszość. W ramach tego nurtu odnotować trzeba grudniową wystawę Iwony Demko Ile właściwie było wielkich artystek (galeria MIA, Wrocław, kuratorka: Patrycja Bochenek). Artyści-archiwiści wykorzystują skąpe źródła z przeszłości i, zastanawiając się nad powodami owej mizerii, próbują jej zaradzić przez produkcję nowych obiektów. Kuratorsko-artystyczne prace z nurtu art-based research są w swych najlepszych przejawach przenikliwą diagnozą tego, co się aktualnie dzieje w Polsce oraz tego, jak pisze się historię. A ponieważ prace akademickich historyków mają po prostu zasięg niszowy, wystawy używające archiwów – eksponowane w galeriach sztuki – są rodzajem społecznego wentyla, zapraszają do dyskusji, nie odstraszając zbyt naukowym językiem i dodatkowo przyciągając ciekawymi obrazami i wyobraźnią. Aktualnie w nurcie badań artystycznych do zobaczenia jest jeszcze we Wrocławiu Mon chéri Soviétique Karola Radziszewskiego w galerii Studio BWA, szefowanej przez Joannę Stembalską (kurator: Michał Grzegorzek). Trzysta kilogramów gruzu, z których sterczały jak wyrzuty sumienia prace kobiet-artystek na wystawie Demko i film Radziszewskiego pokazany w ciemnicy za szafą – to mocne obrazy, powracające jako memento.

Widok wystawy, Magdalena Abakanowicz, Jesteśmy strukturami włóknistymi, Muzeum Narodowe w Poznaniu, fot. Sonia Bober

W Poznaniu najbardziej fetowanym artystą była w tym roku Magdalena Abakanowicz, a to z racji nadania jej imienia tamtejszemu Uniwersytetowi Artystycznemu. Wystawa Jesteśmy strukturami włóknistymi (kuratorka: Anna Borowiec) w tamtejszym Muzeum Narodowym zachęcała do dyskusji nad rozwojem artystki, która zaczęła jako genialna, inwencyjna tkaczka, a skończyła jako sprawna rzeźbiarka, by wpisać się w mizoginiczny system wielkiej sztuki. Urodziła się niestety za wcześnie, by być beneficjentką zmian rewolucji feministycznej, która pozwoliłaby jej osiągnąć sukces dzięki wyjątkowemu talentowi, śmiałości i brawurze. Jej wspaniałe abakany i „embriony”, których najwięcej posiada zresztą Muzeum Narodowe we Wrocławiu, ciągle zachwycają, choć usiana sukcesami droga artystyczna – nie zawsze.

We Wrocławiu wyraźnym symptomem zniżki ogólnej kondycji artystycznej miasta (choć festiwal WRO i galeria Entropia trzymają się dobrze) jest sprzedaż dawnego budynku BWA Awangarda przy ulicy Wita Stwosza. Dzięki wspaniałemu usytuowaniu budynku w centrum miasta i dużym – otwartym na ulicę – witrynom, sztuka współczesna była obecna w mieście, łatwo dostępna i zapraszała do uczestnictwa. Obecnie wrocławianom pozostają mgliste obietnice zbudowania nowego gmachu oraz przeniesienie Awangardy na stację kolejową, gdzie trudno ją odnaleźć. Dzieje się tak dlatego, że dyrekcja Dworca Głównego, zamiast być dumna z placówki artystycznej, uznała, że jej umiejscowienie może być szansą na wyciągnięcie pieniędzy za możliwość reklamy od permanentnie niedofinansowanego BWA. Efekt jest następujący: tajne BWA – prawdziwe kuriozum – ukryte na pierwszym piętrze dworca, jest znane tylko dzięki reklamie internetowej. W tej sytuacji na nowego gracza wyrasta w mieście galeria 66P przy ulicy Księcia Witolda, placówka zarządzana przez dawnego dyrektora BWA Awangarda, Marka Puchałę. Tegoroczne wystawy były znakomite, zarówno retrospektywa Twożywa, jak Mięso mielone Marii Abaddon, a nawet Miary metryczne i jednorożec mistrza Zbigniewa Libery. Jego zaskakujący akademizm zmusza do przemyślenia losów artystów tzw. sztuki krytycznej, a także własnych oczekiwań od bohaterów jego (i mojej) generacji.

Sukcesem czarnogórsko-warszawsko-berlińskim (rozpatrując miejsca zamieszkania zainteresowanych) jest wygrana Małgorzaty Mirgi-Tas i teamu kuratorskiego Wojciech Szymański/Joanna Warsza w tegorocznym konkursie na pawilon Polonia na Biennale w Wenecji. Jeśli dobrze pójdzie i pandemia nie pokrzyżuje planów podróżniczych, zobaczymy w przyszłym roku, co z tego wszystkiego wyniknie.

W Łodzi świetną wystawę przygotował Marcin Różyc w Muzeum Włókiennictwa. Helena Bohle-Szacka. Przenikanie to nie tylko przypomnienie kolorowej i ważnej dla kultury polskiej postaci – wszechstronnej artystki (w tym m.in. projektantki ubiorów w zakładach Telimena oraz Leda), która w 1968 roku wyemigrowała do Berlina Zachodniego. Do wykreowania wystawy zaproszeni zostali współcześni artyści, w rezultacie więc, oprócz zapoznania się z twórczością samej Bohle-Szackiej, zastanowić się można było nad współczesnymi sposobami interpretacji jej dokonań. A przy tym – dzięki kuratorowi – pokaz jest też refleksją nad samym medium wystawy i reprezentacją artystki, która przeszła przez piekło – od ukrywania się w czasie wojny, przejścia przez obozy koncentracyjne Ravensbrück i Helmbrecht, po powojenną antysemicką nagonkę i katastrofę 1968 roku. Różyc położył akcent na rozbrojenie okrucieństwa, nie epatuje strasznymi obrazami. Podkreśla radość życia, mimo przeciwieństw losu, nie reprodukuje sposobów na dręczenie innych ludzi w nadziei, iż ukazanie ich cierpienia w jakiś cudowny sposób zatrzyma zło. Maskotką wystawy jest zaprojektowana przez Sebulca Duszka – różowa, wielka przytulanka z miękkiego sztucznego futerka. I ja przytulałam się do jej ciepłego i przyjaznego cielska, zachwycając się artystką, o której (niestety!) wcześniej nie słyszałam.

Będąc w Łodzi nie można oczywiście pominąć Muzeum Sztuki (MS), od lat znakomicie zarządzanego przez Jarosława Suchana, m.in. dzięki zbudowaniu kompetentnego zespołu kuratorów. Na jesień MS przygotował prawdziwie wybuchowy zestaw: oprócz kilku wystaw indywidualnych, nową wystawę Atlas nowoczesności. Kolekcja sztuki XX i XXI wieku. Ćwiczenia, czyli kolejną ekspozycję w serii interpretującej kolekcję Muzeum Sztuki – jej zmieniającego się rozumienia i potencjału artystycznego, kulturowego i filozoficznego. Należy podkreślić determinację, z jaką Muzeum Sztuki nie stara się budować jednego wiekopomnego kanonu, ale dzieło otwarte – zapraszające do dyskusji i zmian zastanych punktów widzenia. Dla mnie największym zaskoczeniem było zobaczenie rewelacyjnie zakonserwowanych obrazów Władysława Strzemińskiego. Po zdjęciu brudów okazało się, że unistyczne obrazy Strzemińskiego mają kolorystycznie afektywny potencjał, przyciągając cielistą powierzchnią ze zniuansowanymi żółciami i fioletami. W ten sposób nieznany mi niestety z imienia konserwator otworzył dyskurs miłosno-erotyczny łódzkiego artysty-racjonalisty. Powierzchnia jego obrazów niewątpliwie przypomina skórę i odnosi się do jej haptycznego odbioru, nie wykluczającego pieszczoty.

Pionierskim osiągnieciem ekipy MS jest systematyczne podejmowanie kwestii autoinstytucjonalizacji awangardy, a w jej ramach – prezentacja sporego działu radzieckiego, na którego wystawienie ciągle nie ma w Polsce dobrego czasu: od okresu międzywojennego, gdy obawiano się pomówienia o sprzyjanie komunistom, przez peerelowską koncepcję czerpania z inspiracji Paryża i Nowego Jorku, po fatalne obecnie relacje polityczne, które niestety przekładają się na słabą znajomość współczesnej sceny rosyjskiej.

Równie ciekawa wystawa MS to Awangardowe Muzeum, wpisująca ikoniczną Salę Neoplastyczną (1948) i działalność grupy „a.r.” w globalną instytucjonalizację awangardy, a więc w ruch Muzeów Kultury Artystycznej w Rosji Radzieckiej, amerykańskie Société Anonyme Katherine Dreier i Marcela Duchampa oraz działania niemieckie, związane z Provinzialmuseum Hannover i stworzonym tam przez El Lissitzyky’ego Kabinett der Abstrakten. Wystawa będzie czynna aż do moich urodzin 27 lutego (jeśli mogę sobie pozwolić na ten niewinny żarcik). Zobaczcie ją koniecznie – jest tam wiele dzieł z muzeów całego świata, od Tate Modern po Narodowe Muzeum w Erywaniu. Pionierskim osiągnieciem ekipy MS jest systematyczne podejmowanie kwestii autoinstytucjonalizacji awangardy, a w jej ramach – prezentacja sporego działu radzieckiego, na którego wystawienie ciągle nie ma w Polsce dobrego czasu: od okresu międzywojennego, gdy obawiano się pomówienia o sprzyjanie komunistom, przez peerelowską koncepcję czerpania z inspiracji Paryża i Nowego Jorku, po fatalne obecnie relacje polityczne, które niestety przekładają się na słabą znajomość współczesnej sceny rosyjskiej. Wystawie towarzyszy kompetentny i wszechstronny reader, zatytułowany tak samo jak ekspozycja, który – jak sądzę – zostanie podręcznikiem uniwersyteckim. Koledzy muzealnicy, róbcie koniecznie e-booki ze swoich publikacji!

A jeśli już zeszło na publikacje, to koniecznie kupcie i przeczytajcie Kłopoty ze sztuką ludową Ewy Klekot. Jak wiadomo, podział na sztukę ludową i sztukę wysoką to podział klasowy. Ale nie jest bynajmniej tak, że polski inteligent w postaci historyka sztuki zajmuje się sztuką klas wyższych i średnich, pozostawiając sztukę warstw tak zwanych niższych swojemu biegowi. Konsekwentnie od wielu lat perswaduje też twórcom ludowym, co może być sztuką, a co nie, kreując całkowicie od nowa tak zwaną sztukę ludową, a wraz z nią obraz narodu i jego korzeni. Klekot, zaczynając od Malraux i Jezusa Frasobliwego z Makowa Podhalańskiego, jako jedynego polskiego dzieła (!) w muzeum wyobraźni stworzonym przez francuskiego pisarza, sięga do wrażliwych punktów polskich fantazmatów. W ogóle, wydaje się w Polsce dużo znakomitych książek o sztuce, ale trudno się w tym wszystkim zorientować, gdy nie jest się profesjonalnym śledczym-bibliotekarzem. Na przykład dopiero w tym roku odkryłam znakomitą książkę Agaty Zborowskiej Życie rzeczy w powojennej Polsce, wydaną jeszcze w 2019 roku.

W moim z konieczności skrótowym i subiektywnym podsumowaniu 2021 roku używałam dużo emfatycznych zwrotów w rodzaju „znakomity” czy „wspaniały”. Można dodać do tak opisywanych wystaw także aktualną prezentację awangardy japońskiej w warszawskiej Zachęcie oraz ekspozycję Teresy Gierzyńskiej (kuratorka: niezrównana Joanna Kordjak), na którą czekałam od czasu, gdy kilka lat temu fotografie artystki zobaczyłam w Centre Pompidou. A zatem co z nieco afektowanym i afirmatywnym stylem mojego podsumowania roku 2021? Piszę to w momencie, gdy już wiadomo, że ani Hanna Wróblewska, ani Jarosław Suchan nie będą dalej szefowali Zachęcie i Muzeum Sztuki, a losy szefa Labiryntu ciągle się ważą. Jeśli jednak spisek sztuki współczesnej zostanie w końcu skutecznie zdławiony, czym zajmą się pozbawieni zajęcia esteci, donoszący do prokuratury? Nie odbierajmy im satysfakcji!

Anna Markowska

Anna Markowska

Historyczka sztuki związana ostatnio z Uniwersytetem Wrocławskim, krytyczka oraz kuratorka. Laureatka grantu Narodowego Centrum Nauki Residua przednowoczesnych relacji ze sztuką w wybranych współczesnych żeńskich zakonach na terenie Małopolski i Dolnego Śląska, który będzie realizować w ciągu najbliższych czterech lat. W chwilach wolnych kręci filmiki i robi podcasty o sztuce współczesnej.