O pocieszeniu, jakie daje zbieractwo
Pobawmy się łaciną. I tak „człowiek” to homo sapiens: od czasownika sapere – ten zaś oznacza nie tylko smakować (np. dobre jedzenie), ale także być mądrym i rozumnym. Do owej rozumności w nazwie ludzkiego gatunku można mieć pewne zastrzeżenia, z tego też powodu niektórzy filozofowie i historycy kultury wymyślili inne określenia, np. homo ludens, homo viator, homo creator lub homo faber. Ja proponuję: homo legens. Owo legens pochodzi od czasownika legere. To już się kojarzy albo z legendą, albo z lekturą – a więc może się wydawać, że homo legens to człowiek czytający. Bynajmniej. Legere to przede wszystkim zbierać. Desygnat „czytać” w porządnym słowniku języka łacińskiego znajduje się gdzieś na piątej pozycji (albo jeszcze dalej). Bo przecież czytając, po prostu zbieramy litery w słowa, póki pozostajemy na poziomie znaku, i równocześnie zbieramy znaczenie słów w sensowne myśli (czyli przechodzimy od semiotyki do semantyki). A więc homo legens to człowiek zbierający.
Zbieractwo nie jest więc jakąś prywatną pasją kolekcjonerów sztuki lub miłośników zabytkowych artefaktów, to nie jest hobby grzybiarzy, poszukiwaczy bursztynu czy fantazyjnie ukształtowanych korzeni. Zbieractwo pojęte w sposób metafizyczny (jak by to określił Witkacy) to sposób orientacji człowieka w świecie. Umberto Eco i Noam Chomsky powinni posunąć się na ławce i zrobić trochę miejsca dla kolejnych kontynuatorów lingwistycznego nurtu współczesnej filozofii.
Od ponad dwu i pół tysiąca lat filozofów nurtuje problem, w jaki sposób człowiek ogarnia ogrom docierających do niego wrażeń. Czy porządkując wrażenia, wypracowuje a posteriori schematy pozwalające intelektualnie uchwycić złożoność świata? Tak twierdzą empiryści wszystkich czasów. Czy też rozum wyposażony jest uprzednio w aprioryczne idee, bez których nie mógłby pojąć świata poza jaskinią (tą Platońską oczywiście). To wyznanie wiary skrajnych racjonalistów. A może poznanie ludzkie kroczy na dwóch nogach (aby nie powiedzieć, że na szczudłach)? Z jednej strony są fakty empiryczne, a z drugiej formy zmysłowości i racjonalne kategorie. Przynajmniej tak to zgrabnie ujął Immanuel Kant. A więc zbieramy – niby pszczoły na łące świata – nektar zmysłowych zjawisk, a potem chwytamy je niby pająki w sieć racjonalnych schematów. Jaki jest właściwie nasz poznawczy modus operandi? Sycimy się wrażeniami nabytymi w świecie czy snujemy z siebie nić wyrozumowanych pojęć? Po prostu zbieramy te przeciwstawne aktywności w jedno – co jest klasycznym przykładem zjawiska zwanego coincidentia oppositorum. Wciąż w ramach naszego intelektualnego zbieractwa, posługujemy się naraz pozornie wykluczającymi się narzędziami: racjonalnym rozumowaniem, doświadczeniem, intuicją, wręcz mistycznym oświeceniem.
Aż w końcu ktoś zauważył, że te wszystkie narzędzia mają wspólny mianownik. Niezależnie od tego, czy jest to mozolne rozwiązywanie zadania matematycznego, czy błysk olśnienia typowy dla artysty lub mistyka, to zawsze efekty naszej zbierackiej pasji są posłuszne regułom języka, w którym formułujemy nasze myśli. Nie musimy ich wypowiadać albo zapisywać. Często lepiej tego nie robić, aby nie okazało się, że myśli zakomunikowane innym są bladym cieniem tych, które egzystowały w naszym wnętrzu (o tym problemie najwięcej chyba wiedzą poeci). W tym momencie w oczywisty sposób przypominają się sławne cytaty z traktatu Ludwiga Wittgensteina (tytuł tego traktatu także jest po łacinie). „Granice mojego języka wskazują granice mego świata”. „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. Wydają się prawie banałami, sto lat temu jednak pchnęły filozofię na nowe tory. W dalszej kolejności Wittgenstein doszedł do wniosku, że orientacja w naszym świecie to nieustająca gra językowa. Możemy tylko analizować falsyfikowalną wiedzę empiryczną i poszukiwać umownych aksjomatów naszych rozumowań. Jeżeli tak, to filozofia wyczerpuje się na analizie, głównie na analizie języka, w jakim czytamy świat. A przecież analizować to znaczy rozbierać na części. Z kolei to, co zdemontowane, trzeba ponownie zmontować – i to tak, by ponownie działało. Tak oto analiza, czyli w końcu dekonstrukcja, łączy się z konstrukcją. Komentatorzy sportowi nieraz mówią, że dany zawodnik dobrze „czyta” grę. Krytycy oceniają, czy artysta dość wnikliwie „czyta” świat (ten na zewnątrz i ten wewnątrz). A czytać – to zbierać. Zaprawiajmy się więc w zbieractwie.
Michał Pilikowski
Doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie historia. Od 2005 roku pracownik Wydawnictwa ASP. Autor książek Piękna historia. Krakowska Akademia Sztuk Pięknych w latach 1818-1939 (2018), Architekt Akademii. Adolf Szyszko-Bohusz w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (2020), Zanim powstał Wydział Rzeźby. Nauczanie rzeźby w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w latach 1818-1939 (2022) oraz opracowania wspomnień Jana Hrynkowskiego Chcę być malarzem (2022).

