O paprociach i tarciach
Fitoglosje. Wystawa w starej kotłowni Zabytkowej Kopalni Ignacy w Rybniku
Miejsce: stara kotłownia Zabytkowej Kopalni Ignacy w Rybniku
Czas: 29.04 – 22.06.2025
Osoby twórcze biorące udział w projekcie: Katarzyna Cichostępska, Anna Cieplak, Stanisław Kalina Jaglarz, Katarzyna Janota, Kasjo Kmiecik, Aleksandra Krysińska, Martyna Krzywicka, Weronika Łęska, Joanna Milka, Marcel Myrta, Karolina Pawlik, Małgorzata Rozenau, Paweł Sobczak, Joanna Soćko, Paweł Szeibel, Dagmara Szmal, Natalia Szwarc, Paulina Walczak-Hańderek, Michalina W. Klasik, Miłosz Wnukowski, Marek Wodzisławski, Mateusz Worek, Joanna Zdzienicka-Obałek, Zofia Zięba oraz osoby uczestniczące w warsztatach: pracownicy Biblioteki Śląskiej, właściciele ogródków działkowych ROD „Jedność”, dzieci z 3b SP 65 w Katowicach, studentki i studenci Wydziału Humanistycznego UŚ.
Zespół kuratorski: Joanna Zdzienicka-Obałek, Paweł Szeibel, Joanna Soćko
Wystawa Fitoglosje powstała w ramach projektu „Postindustrialny słownik roślinno-ludzki”, finansowanego ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Nauka dla Społeczeństwa II”.
Kiedy po raz pierwszy rozmawiamy o tym tekście, szybko schodzimy na temat instalacji Tree-Hugger (2021) artystki i aktywistki Michaliny W. Klasik, która pozbierała w swoim ukochanym lesie niedaleko Rybnika budki lęgowe dla ptaków. Oznaczone pomarańczowymi kropkami, pochodzą z drzew, które wycięto. W tym artystycznym geście zbieractwa kryje się i czułość, i aktywistyczny pazur. Kruche, drewniane konstrukcje, dające schronienie ptakom w nieprzychylnym ludzkim świecie, stają się na wystawie mrocznym świadectwem samolubnej, kapitalistycznej ślepoty. Gadamy z Anką o wywołanym tą pracą wkurwie i zastanawiamy się, gdzie podzieją się dwukrotnie wysiedlone ptaki.
O Fitoglosjach w ogóle można gadać godzinami, bo konteksty mnożą się w nich jak kłącza nawłoci pośród nieużytków. Jedna wystawa rodzi dwie następne. W kolejnych odsłonach projektu przesadzone prace kiełkują, pączkują i więdną – za każdym razem inaczej, zmienione przez nowe środowiska ekspozycji. Tak to sobie przynajmniej zespół kuratorski wymyślił – żeby ekologię w sztuce nie tylko głosić, ale i na własną rękę uprawiać.
Uprawiać to niebezpieczne słowo, zwłaszcza w kontekście wystawy o roślinach. Zbyt łatwo przywodzi na myśl praktyki plantatorów, którzy myśleli głównie o tym, by trzcina cukrowa czy kakaowiec w dowolnym miejscu na świecie wydawały jak największe plony w jak najkrótszym czasie. A stąd niebezpiecznie blisko do wystaw-blockbusterów, które niczym kultywary podróżują do miejsc, z którymi nie mają wiele wspólnego. Artystka Joanna Zdzienicka-Obałek, artysta Paweł Szeibel oraz literaturoznawczyni Joanna Soćko również wystawiają zebrane przez siebie prace trzykrotnie: w Rondzie Sztuki w Katowicach, w tamtejszej Bibliotece Śląskiej i w nieczynnej kotłowni Zabytkowej Kopalni Ignacy w Rybniku. Jednak za każdym razem ekspozycja podlega transformacjom i rekonfiguracjom, które służą dostrajaniu się do instytucjonalnej specyfiki danego miejsca: nawiedzających je duchów przeszłości oraz teraźniejszej sytuacji społeczno-ekonomicznej. Fitoglosje stają się w ten sposób prototypem wystawy zrównoważonej społeczno-ekologicznie, która nie kończy się wraz z finisażem w prestiżowej galerii, rezonuje z różnymi publicznościami, nie przykłada się do nadprodukcji w polu sztuki. Ekspozycja nie tylko tematyzuje relacje roślinno-ludzkie na terenach postindustrialnych, lecz także sama aktywnie sprawdza, jak sztuka najnowsza może budować relacje troski z innymi w zniszczonym ekstraktywistyczną gospodarką świecie. Fitoglosje nie są przy tym żadnym „metrem z Sèvres”. To raczej rodzaj tego, co w książce Wychylone w przyszłość Joanna Erbel nazywa protopią: działaniem na rzecz zmiany świata na lepsze, ale małymi krokami, w ciągłym procesie, metodą prób i błędów1.
Tak, jak teoria Erbel wyrasta z jej praktyki rolniczej i aktywistycznej na terenie Warszawy i tamtejszej farmy spółdzielczej MOST, tak Fitoglosje pączkują z doświadczenia życia na hałdach, obok dawnych odkrywek, w cieniu starych kombinatów. Zdzienicka-Obałek, Szeibel i Soćko zamiast o środowisku postindustrialnym opowiadać, zapraszają je na różne sposoby do przestrzeni ekspozycji, pozwalając mu zmieniać tak siebie, jak i wystawę.
W tym tekście skupimy się przede wszystkim na Fitoglosjach w ich rybnickiej odsłonie. Po pierwsze dlatego, że oboje je tam zwiedziliśmy, choć każde przy innej okazji. Po drugie, to w znalezionej przestrzeni rybnickiej kopalni przyszło mi, Mateuszowi Chaberskiemu, do głowy słowo tarcie, które na wielu poziomach opisuje to, czym są i co robią Fitoglosje. Pochodzi ono ze słownika szczególnie bliskiej nam obojgu antropolożki Anny Tsing. Już dwadzieścia lat temu posłużyła się nim, by pokazać, że relacje między ludźmi i innymi stworzeniami w zasadzie nigdy nie są harmonijne2. Nie tylko cechuje je przecież różnica siły, wielkości i zasobów. Mają one zupełnie odmienne cele i interesy. Relacje te nie muszą jednak wcale oznaczać konfliktu. Tsing pisała o tarciu jako rodzaju twórczej negocjacji między ludźmi i naturą, która przynosi efekty nieprzewidywalne, zarówno negatywne, jak i pozytywne. Jest ona szczególnie istotna na tych terenach, gdzie człowiek prowadzi brutalną politykę eksploatacji natury. Tarcia nie tylko dają nadzieję na odrodzenie się życia w zdewastowanych krajobrazach, lecz także często obracają się przeciwko tym, którzy – zdawałoby się – mają więcej siły. Tsing pokazała to, opisując relacje między (eko)aktywistami i rdzennymi mieszkańcami Indonezji, którzy – choć nie posługiwali się tym samym językiem – organizowali w latach 90. ubiegłego wieku skuteczne protesty przeciwko korporacjom masowo wycinającym lokalne lasy deszczowe. Badaczka przez niemal dekadę towarzyszyła ich wspólnej walce.
Podążając za Tsing, mamy głębokie przekonanie, że rejestrowane i wytwarzane przez Fitoglosje tarcia można uchwycić jedynie pisząc o tej wystawie (co najmniej) we dwoje. Jako badacz i pisarka prezentujemy bowiem nieco inne rodzaje wrażliwości i zwracamy uwagę na inne szczegóły, choć oboje na co dzień pracujemy ze środowiskiem, słowem i sztuką. Piszemy ten tekst w dwugłosie – bezczelnie prowokując napięcia i tarcia – aby wybrzmiało w nim nie tylko to, co wspólne, ale i wszystkie zgrzyty między nami, które otwierają Fitoglosje na różne niespodziewane alianse.
W tym miejscu muszę się przyznać, że choć rzeczywiście Grzyb u kresu świata Tsing3 jest mi bardzo bliski, to w przestrzeni wystawy w ogóle o teorii posthumanistycznej nie myślałam, zbyt zajęta śledztwem wokół tego, jak przestrzeń i rozmaici mieszkańcy Kopalni Ignacy (gołębie, paprocie, algi i grzyby) ekspozycję przejmują i przetwarzają, niczym dodatkowy zespół kuratorski. Wstyd się przyznać, ale lepiej od samych wystawionych prac zapamiętałam gniazda, pióra i kupy, zapach wilgoci i grzybni, łuszczącą się farbę na starych przyrządach, zabytkowe ściany porośnięte ruiną i kępami szaleńczo zielonej paproci, która najpewniej wylazła z jednej, porzuconej doniczki i wzięła cały budynek w posiadanie. Dlaczego dopiero wystawa sztuki pozwala mi dostrzec, że ciało rybnickiej kopalni – żeby posłużyć się metaforą z obecnej na ekspozycji książki Ciało huty Anny Cieplak – jest wciąż żywe, obecne, sprawcze?
Zebrane na wystawie prace udowadniają, że dostrzeganie tarć, o których pisała Tsing, jest istotne nie tylko wtedy, gdy trwa niepohamowana eksploatacja środowiska, lecz także po jej zakończeniu. Jak pokazują chociażby socjologowie Anna-Katharina Wöbse i Patrick Kupper, dezindustrializacja w Europie to kolejny uniwersalistyczny projekt, wspierany oczywiście przez wielkich kapitalistycznych graczy4. Ma on na celu przede wszystkim zazielenienie (greening) naszego kontynentu, a wspierane przez Unię Europejską inicjatywy, takie jak zielone pierścienie wokół miast, koncentrują się wyłącznie na tym, co bujne, żywe, żyjące. Tymczasem związane z postindustrialnymi krajobrazami Górnego Śląska osoby artystyczne biorące udział w Fitoglosjach zdają sobie sprawę z tego, czym kończy się troska o to, co zielone, z pominięciem tego, co czarne (węgiel) czy szare (budynki kopalń czy hut): próbą unieważnienia doświadczeń ich rodziców czy dziadków, dla których praca w miejscowym przemyśle była nie tylko źródłem utrzymania, lecz także fundamentem tożsamości. Wystarczy przyjrzeć się lokalnym projektom rewitalizacji krajobrazów poprzemysłowych. Zazielenianie hałd czy nieużytków przemysłowych najczęściej zaczyna się od usunięcia porastającej je roślinności ruderalnej, która mozolnie rozwijała się tam dzięki symbiotycznym relacjom z grzybami. W jej miejsce dopiero sadzi się rośliny fitostabilizujące, które „lepiej” zatrzymują w glebie metale ciężkie i inne toksyczne substancje. Tymczasem głosy lokalnych społeczności, które od lat dbały te tereny, najczęściej się lekceważy, gdyż przegrywają z racjonalnymi i ekonomicznie zbilansowanymi planami inżynierów zielonej transformacji. W tym kontekście Fitoglosje upominają się o te głosy, chociażby prezentując fragment powieści Anny Cieplak, o której wspomniała Anka. Nadziei na rewitalizację upatruje ona nie tyle w roślinach fitostabilizujących, ile w szczepkach roślin doniczkowych, którymi dzielą się pracownice Huty Katowice.
Mateusz notuje w naszym roboczym pliku: „Tu mogłoby być więcej o tych paprociach”, a ja kiwam głową, bo jak już pisałam, uważam paprocie za współtwórczynie rybnickich Fitoglosji. Pozostawione na parapecie na pewną śmierć z zasuszenia – przez byłą pracownicę? Ochroniarkę? Kogoś, kto tam nielegalnie mieszkał? – rośliny wzięły sprawy we własne kłącza i wypełzły dalej, zasiedlając podłogę, fotel, ściany, a nawet znajdujący się kilka metrów niżej trawnik. Ich uparta chęć życia i skala ekspansji grają na nosie ludzkim cyklom produkcji, rytmom zysku, definicjom „odpadu”. Korzystając z wystawionych na Fitoglosjach słów Aleksandry Krysińskiej, paprocie, jak opisywane przez Krysińską brzozy, „są skandaliczne”!
Kiedy przygotowujemy tekst do druku, wychodzi na jaw jeszcze jeden skandal z udziałem paproci. Wyniki inwentaryzacji prowadzonej w Kopalni Ignacy przez zespół botaników kierowany przez prof. Edytę Sierkę z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach wskazują, że paprocie jednak nie uciekły z doniczek. Ich zarodniki najprawdopodobniej pochodzą z zewnątrz. Identyfikacja gatunkowa trwa. W żadnym wypadku nie unieważnia to historii o paprociach-uciekinierkach uratowanych przez osobę pracującą w kopalni. Wręcz przeciwnie, dowodzi tego, że przeszłość istnieje o tyle, o ile opowiadamy o niej po to, by zmieniać teraźniejszość i przyszłość.
Wiedzą o tym osoby pracujące w Zabytkowej Kopalni Ignacy, która – jak tłumaczy mi jej dyrektor, pochodzący z Wyr trzydziestosiedmioletni Marek Gołosz – stała się lokalną instytucją kultury dzięki oddolnym staraniom jej dawnych pracowników. Załamani zamknięciem „ojcowizny” (bo tak o kopalni myśleli) i zgodą na jej rozbiórkę i złomowanie, byli górnicy i inżynierowie zaczęli pełnić w wybranych punktach zakładu warty. Na przykład przy najstarszej w Europie maszynie parowej. Zwolnieni w imię transformacyjnego „awansu”, i tak nie mieli co robić, więc wzięli na siebie ciężar opieki nad przestrzenią kopalni i nad własną pamięcią o niej. Gadali, przekonywali, pisali petycje i listy. I to dzięki ich zacięciu – dzięki sprawczości ludzi, którzy dzięki nadejściu neoliberalnego snu, neoliberalnego koszmaru, sami stali się postindustrialnymi odpadami – Fitoglosje mogą wyleźć z katowickich galerii do ludzi.
Wystawa ujawnia zamiatane pod zielony kobierzec tarcia, pokazując też lokalne praktyki troski i relacje między mieszkańcami regionu i porastającymi je roślinami. Najlepiej widać to w pracach fotograficznych przygotowanych przez właścicieli ogródków działkowych ROD „Jedność” w Rudzie Śląskiej. Powstały one w trakcie prowadzonych przez Szeibla i Soćko warsztatów. Nie znajdziemy na nich jednak zachwytu nad roślinami ruderalnymi, który tak chętnie wyrażają osoby zajmujące się humanistyką środowiskową. Działkowicze wyraźnie chwalą się swoimi grządkami i rabatkami, a zarośnięte hałdy otaczające ich ogródki pozostawiają na szerokim, ale jednak dalekim planie. A mimo to projekt Szeibla i Soćko uświadamia, że to właśnie alians z takimi mikrospołecznościami, często opresyjnymi i nieczułymi na poetykę nieładu, daje nadzieję na przyszłość terenów poprzemysłowych wbrew planom deweloperów. Na przyszłość, w której wyhodowana samodzielnie marchew ma większą wartość niż metr kwadratowy mikrokawalerki na zazielenionym osiedlu.
O ogromnej sile Fitoglosji świadczy to, że nie tylko pokazują rozmaite napięcia, jakie rośliny wywołują w społecznościach Górnego Śląska, lecz także – intencjonalnie bądź nieintencjonalnie – otwierają się na konfrontację z nimi. Jak w Zabytkowej Kopalni Ignacy – miejscu, które powstało jako oddolna inicjatywa byłych pracowników, którzy najpierw doprowadzili do wpisania kopalni do rejestru zabytków, a następnie do jej gruntownej rewitalizacji, zapewniając sobie miejsca pracy. Nic więc dziwnego, że w czasie zwiedzania oboje odczuwamy to napięcie. Choć wiemy, że zespół kuratorski dołożył wszelkich starań, by dostroić się do miejsca, zdajemy sobie sprawę, że pracownicy kopalni mogą traktować ich gest jako próbę wrogiego przejęcia. Trudno się dziwić. Przecież tak wiele razy artyści do społu z akademikami wiedzieli lepiej, jak wygląda życie robotników.
Bo, jak się okazuje, instalacje dźwiękowe na co dzień na wystawie zbytnio nie działają. Musi dopiero przyjść pan i je włączyć, choć kuratorki prosiły, żeby elementy audiowizualne ekspozycji – jak „dźwiękowa mikoryza” Joanny Milki – były dostępne przez cały czas. Ale pracownikom szkoda prądu i zachodu na jakiś wielkomiejski wymysł, jakąś dziwną i trochę im obcą sztukę.
Zespół kuratorski tworzy jednak przestrzeń, w której i to tarcie może nie tylko wybrzmieć, lecz także naruszyć ustalone scenariusze wydarzeń artystycznych. Przekonuję się o tym, gdy w czasie zwiedzania osoba z obsługi kopalni pilnująca wystawy postanawia skomentować jedną z prac. To jeden z obiektów autorstwa Pawła Sobczaka, wprost nawiązujący do mitycznego rogu obfitości. Owoce i warzywa są jednak sczerniałe, a róg zaśniedziały. Z perspektywy obsługi – bez sensu. Zamiast dyskretnie obserwować, czy ja albo jedno z moich dzieci, nie zagrażamy czasem dziełom sztuki albo samej przestrzeni, osoba z obsługi mówi mi, że wyczuwa w tej pracy oskarżenie. Oskarżenie przemysłu górniczego, który doprowadził do dewastacji przyrody na Śląsku. „Ja mam na temat inne zdanie”, uświadamia mi, że współczesna sztuka i akademia, z ustami pełnymi wiedz sytuowanych, nie są gotowe na konfrontację z taką krytyką sztuki. Nie są, bo wciąż po cichu zakładają, że harmonia, w naturze i w społeczeństwie, jest najlepszym i dlatego pożądanym stanem. A to założenie najczęściej służy jako zasłona dymna dla hierarchicznych relacji, tak międzyludzkich, jak międzygatunkowych.
Jak czytam w broszurze towarzyszącej wystawie: „Wspólne istnienie – o czym dobrze wiemy z doświadczenia życia rodzinnego, towarzyskiego czy zawodowego – wymaga mądrej komunikacji: nieustannego ćwiczenia się w słuchaniu i wyrażaniu siebie”. Wspólne istnienie nie jest łatwe. Szczególnie ponad podziałami klas, regionów i gatunków. Dlatego podoba mi się, że nie wszystko na Fitoglosjach działa gładko. Zastanawiam się, jak odebrałabym i zapamiętała tę wystawę, gdybym zobaczyła ją w innym kontekście, innym budynku, wśród innych ludzi. Czy zostałyby ze mną konkretne, ulubione prace? Czy może odwrotnie, w galerii wydałyby mi się mniej interesujące, niż w otoczeniu, z którego na różny sposób się wywodzą? Czy da się w ogóle pisać o Fitoglosjach razem? Czy każda z ich odsłon to jednak oddzielny ekosystem, zasilony grzybnią innych kontekstów, obrazów, historii, wspomnień? W notatniku z oprowadzania znajduję słowa z pracy Katarzyny Cichostępskiej: „roślinne long story short”. Być może, zależnie od otoczenia, Fitoglosje piszą inną skrótową opowieść postindustrialnego ekosystemu – zrostów przyrody, przemysłu i kultury. Czasem niezwykle ścisłych.
Aby przedrzeć się jakoś przez gąszcz paproci i pierza, którym kopalnia pokryła moje wspomnienia, przeglądam zdjęcia z oprowadzania, odgrzebuję kolejne bliskie mi prace. Przypominam sobie, jakie wrażenie zrobiły na mnie za pierwszym razem Słońce i Błona Weroniki Łęskiej czy zbiór igieł Pinus sylvestris Pawła Szeibla. Ale twórcza obecność zarośniętego, postindustrialnego molochu – dzika sztuka przetrwania w ruinie – przyćmiewa ludzkie starania. I to mi się właśnie najbardziej w Fitoglosjach podoba – że na to pozwolono. Nie rywalizowano o uwagę zwiedzających z zastaną materią, tylko dano jej urosnąć do rangi gwiazdy wystawy. Porusza mnie to, bo zaledwie kilka miesięcy temu wynotowałam w pliku, który potem stał się moją debiutancką książką: „Na naszych oczach i pod naszymi stopami rozpada się nie tylko nasz cały świat, ale też oswojona, wykuta na pamięć przeszłość i pewna, jaśniejąca przyszłość, do której rzekomo nadal mamy biec na oślep. Ciekawe, jaka sztuka wyłoni się z tych gruzów. Czy zmieści się w naszym języku i naszej wyobraźni? A może w ogóle nie będzie już ludzka? Może będzie wyłącznie sztuką roślin, gleby, rzek, owadów, kamieni, bakterii, grzybów i innych od nas zwierząt? Może będzie – tylko i aż – całym światem?”. Może będzie kopalnią zajętą przez Fitoglosje i wystawą zajętą przez kopalnię na raz?
Przeglądając po raz kolejny nasz roboczy plik, orientuję się, że zapomnieliśmy o dość podstawowym tarciu, jakie wytwarzają Fitoglosje. Tym między sztuką a literaturą, które niezwykle rzadko współistnieją przecież jako równorzędne partnerki w przestrzeni galeryjnej. Czuję, że jest to trudne partnerstwo, gdy jedynie przebiegam wzrokiem po wierszach wydrukowanych na ogromnych płachtach papieru. Ale gdy zauważam osadzający się na nich pył i brud, uświadamiam sobie, że różnica między robieniem i pisaniem jest tylko w akademii, która wciąż musi oduczać się utrwalanych przez wieki podziałów na dyscypliny. Fitoglosje pokazują, że język to kolejna materialna siła stwarzająca (oby lepsze) przyszłości.
Kiedy Anka zaczyna akapit podsumowujący od zdania: „Projekt się skończył”, jedna z osób kuratorujących dzwoni do mnie i mówi, że wystawa w Bibliotece Śląskiej (złożona w zasadzie z samych tekstów) została przedłużona o miesiąc. Ciekawe, czy Fitoglosje wywieje gdzieś jeszcze. I co się z nimi wtedy stanie?
1 J. Erbel, Wychylone w przyszłość. Jak zmienić świat na lepsze, Kraków 2022.
2 A. Tsing, Friction. An Ethnography of Global Connection, Princeton–Oxford 2005.
3 A. Tsing, Grzyb u kresu świata, tłum. M. Rogowska-Stangret, A. Ross, Toruń 2024.
4 Greening Europe: Environmental Protection in the Long Twentieth Century – A Handbook, red. A.-K. Wöbse, P. Kupper, Berlin–Boston 2022.
Anka Wandzel
Eseistka, antropolożka, matka dwójki dzieci, członkini spółdzielczej farmy MOST. Autorka tekstów o splotach środowiska, kultury i pracy opiekuńczej w „Dwutygodniku”, „Miesięczniku Znak”, „Przekroju” i „Ładnym Bebe”. W 2024 roku otrzymała stypendium literackie m.st. Warszawy i uczestniczyła w rezydencji artystycznej „Wspólne pole” w CSW Zamek Ujazdowski. Od 2023 roku prowadzi na „Oko.press” cykl opowieści „Rośliny zza rogu”.
Mateusz Chaberski
Adiunkt w Katedrze Performatyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jego zainteresowania badawcze obejmują badania nad performatywnością, krytyczne studia nad antropocenem oraz ekologiami intersekcjonalnymi. Autor wielu książek i artykułów. Od 2025 roku kieruje projektem badawczym „Rozpamiętywanie industrialnych przeszłości. Ekologia i praca w polskich sztukach performatywnych ostatnich lat”.

