Notatki na marginesie Kwestii kobiecej…
Kwestia kobieca 1550–2025
Miejsce: Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
Czas: 21.11.2025 – 3.05.2026
Kuratorka: Alison M. Gingeras
Na wystawie Kwestia kobieca 1550–2025 w warszawskim MSN-ie znalazłam się po raz pierwszy zaledwie tydzień po jej otwarciu. Tego dnia tłumy przelewały się przez spektakularną klatkę schodową muzeum, a niewielka szatnia, zlokalizowana obok kawiarni, funkcjonowała na granicy wydolności, do tego stopnia, że pracownicy musieli wygospodarować dodatkowe miejsce na garderobę zwiedzających, w przestrzeni edukacyjnej muzeum. Natężenie ruchu w dolnych partiach budynku przełożyło się na gąszcz osób w salach ekspozycyjnych: momentami trudno było obejrzeć prace, a niekiedy należało nawet odczekać chwilę w kolejce, by przejść do kolejnych części wystawy. I można by powiedzieć, że wreszcie! Wreszcie mamy wystawę, która prezentuje sztukę kobiet i przyciąga tłumy!
Przychodząc na tę wystawę, początkowo byłam pełna fascynacji i entuzjazmu. Zastanawiałam się, jak kuratorka Alison M. Gingeras będzie próbowała wcielić w życie feministyczne taktyki i wartości, zarówno w samej formie wystawy, jak i w jej treści. Do taktyk i wartości odnosiła się zresztą chętnie – chociażby w licznych materiałach promocyjnych, a także w tekście kuratorskim 1 . Nie będę więc twierdzić, że jest to wystawa zła czy słaba, czy też – broń Boże – niepotrzebna, bo nie jestem skłonna stawiać tak jednoznacznego werdyktu. Sama przeżyłam na niej kilka zachwytów i wspominałam znajomym, że naprawdę warto ją zobaczyć.
Zresztą nie będę tego ukrywać, zwyczajnie lubię sposób, w jaki Gingeras buduje swoje wystawy, chociaż mam także świadomość ograniczeń obranej przez nią formuły. Cenię to, że kuratorka zestawia ze sobą prace w sposób niezwykle eklektyczny, lubię również to charakterystyczne dla niej balansowanie na granicy kiczu i groteski, co świetnie było widać na jej wcześniejszej wystawie pokazanej w MSNie, czyli Opowieści okrutne. Aleksandra Waliszewska i symbolizm Wschodu i Północy. Nie ukrywam też, że podoba mi się to, że Gingeras nie wstydzi się swojej fascynacji malarstwem figuratywnym, w czasach, gdy coraz częściej zarzuca się malarstwu jego ilustracyjność, wtórność, gdy dostrzega się jego wyczerpanie bądź anachroniczność. I wszystko to odnalazłam na Kwestii kobiecej. Tylko, że z czasem, po początkowej fali entuzjazmu, w mojej głowie zaczęło pojawiać się coraz więcej pytań, a może nawet wątpliwości. Przede wszystkim, uderzyło mnie to, że tak mało dyskutowaliśmy o tej wystawie w środowisku, a myślę, że mimowolnie dotknęła ona także innych problemów niż te, które możemy kojarzyć z tematyką „sztuki tworzonej przez kobiety”. Myślę, że wystawa ta może być także symptomem pewnej zmiany, jaka zachodzi w funkcjonowaniu publicznych instytucji sztuki.
Pierwsza, na łamach „Mint Magazyn”, wystawę skomentowała Agata Pyzik 2 . Miesiąc później w „Dwutygodniku” swoimi refleksjami podzieliła się Maria Poprzęcka 3 . Obie te recenzje, poza głosami aprobaty, podkreślały również ambiwalentny charakter wystawy. Z jednej strony doceniały jej skalę i rozmach, z drugiej zwracały uwagę na brak spójnej narracji i problematyczność posługiwania się dziś kategorią „sztuki kobiet”. Poprzęcka przede wszystkim akcentowała wątpliwości, czy formuła tak szeroko zakrojonej wystawy (mamy na niej aż dziewięć działów tematycznych!) kobiet jest dziś zasadna i poznawczo efektywna. Z kolei Agata Pyzik starała się mocniej uwydatnić wewnętrzne napięcia współczesnej myśli feministycznej, konkludując równocześnie, że „empowerment to jeszcze nie power” 4 . Podobnie, lecz jeszcze bardziej krytycznie, wypowiedziała się Karolina Majewska-Güde, która na łamach „Szumu” jeszcze bardziej radykalnie odniosła się do Kwestii kobiecej. Podobnie jak jej poprzedniczki, nie tylko problematyzowała kwestię sztuki kobiet czy napięcia obecne wewnątrz narracji feministycznych, ale podważała przy tym samą kuratorską logikę Gingeras. Majewska-Güde sugerowała, że mamy raczej do czynienia z efektowną immersyjną instalacją niż z wystawą, która buduje klarowną wiedzę historycznoartystyczną 5 .
I trudno mi się nie zgodzić z moimi poprzedniczkami, ale chciałabym dołożyć do tej dyskusji kilka swoich uwag i przemyśleń. Nie chcę kwestionować zasadności istnienia tej wystawy, jestem bowiem zdania, że wystawy pokazujące sztukę tworzoną przez kobiety są dziś czymś niezwykle cennym i potrzebnym. Mam jednak wrażenie, że – niestety – Kwestia kobieca momentami zdaje się nie tyle funkcjonować, ile jest zawieszona w kilku bańkach koncepcyjnych czy percepcyjnych, które wymagają przemyślenia.
Gdy śledziłam w prasie informacje o samej wystawie, pierwsze, co zaczęło rzucać mi się w oczy, to lansowanie poglądu, że ma ona iście rewizjonistyczny charakter. Sama Gingeras w wywiadach, filmikach promocyjnych czy eseju zamieszczonym w katalogu, deklarowała wręcz ambicje zakwestionowania utrwalonego poglądu, jakoby sztuka kobiet była wcześniej nieobecna lub też pozbawiona znaczenia. Ta sama narracja zresztą była powtarzana w tekście informującym o samej wystawie, który został zamieszczony na stronie MSN-u, gdzie możemy przeczytać: „wystawa polemizuje z mitem nieobecności artystek w sztuce” 6 . Tę narrację z lubością powielały liczne materiały publikowane w mediach masowych na jej temat, gdzie mogliśmy przeczytać, że wystawa, na przykład, podważa „dotychczasowy męskocentryczny kanon sztuki” 7 i jest „wystawą wywrotową” 8 . O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć takie zwroty w kontekście mediów mainstreamowych, które potrzebują chwytliwych nagłówków pozwalających na szybkie przyciągnięcie uwagi odbiorców, o tyle nie jestem w stanie zrozumieć tego zabiegu retorycznego w ustach samej kuratorki. Ona sama przecież jako „historyczka sztuki i nerdka” 9 jest świadoma procesów, jakie przechodziła historia sztuki oraz badań, jakie w jej obrębie przeprowadzano – skupionych na obecności w niej artystek.
Musimy powiedzieć to sobie wprost. Wystawa Kwestia kobieca rewizjonistyczna nie jest, nawet jeśli kuratorka i media masowe chcą ją tak widzieć lub taki jej obraz kreować. Idea rewizjonizmu zakłada bowiem dążenie do zmiany lub obalenia obowiązujących norm, a warszawska wystawa tego nie czyni. To, że w przeszłości istniały kobiety parające się sztuką, nie jest dziś niczym nowym. Wiemy o tym nie tylko z innych wystaw na ten temat, ale także z licznych opracowań – zarówno naukowych, jak i tych o charakterze bardziej popularyzatorskim. Także w kraju nad Wisłą wystawa kuratorowana przez Gingeras nie jest przysłowiową „samotną fregatą”, bo nie trzeba się specjalnie wysilać, by znaleźć wiele podobnych wystaw (ale także książek, blogów, vlogów etc.!), które znacznie wcześniej podjęły trud przybliżenia szerszej publiczności zagadnienia, jakim jest sztuka tworzona przez kobiety w przeszłości. I na tym tle narracja o przełomowości wystawy zdaje się ignorować cały bogaty kontekst historyczny, również w jego lokalnym, polskim wymiarze.
Jednak być może źródło rozdźwięku pomiędzy naszą wiedzą jako specjalistek a narracją medialną i leży gdzie indziej niż w niewiedzy kuratorki czy jej złej woli. Już przy okazji pierwszego wydania w 1981 roku ikonicznej dziś książki Dawne mistrzynie, jej autorki Griselda Pollock i Rozsika Parker wskazywały, że obecnie nie chodzi już o przypominanie, o tym, że artystki w przeszłości istniały, lecz raczej o to, że nie potrafimy (albo może nie wiemy jak?) – jako kuratorki i badaczki – wyprowadzić tej wiedzy poza to, co można nazwać „środowiskowym gettem”, i wprowadzić jej do szerszego obiegu: programów edukacyjnych szkół powszechnych czy też szkolnictwa wyższego, co mogłoby przełożyć się w dłuższej perspektywie na włączenie wiedzy o artystkach do kanonu nauczania. Czy tego chcemy czy nie, świadomość istnienia dawnych artystek (i nie mam tu na myśli tych związanych nowoczesnością jak popularne dziś surrealistki), nie przenika do powszechnej świadomości i często nie wychodzi poza niewielką bańkę historii sztuki, a nawet w jej obrębie jest traktowane często jako dodatek, aneks do obowiązującego kanonu. Czy jednak wystawa Gingeras ma szansę ten fakt zmienić? Nie wiem. Bardzo chciałabym wierzyć, że jesteśmy dziś w momencie, gdy męskocentryczne status quo ulegnie w końcu mocnemu zachwianiu, a sztuka kobiet stanie się w masowym kontekście czymś więcej niż modną narracją.
Rozumiem jednak, że właśnie z braku powszechnej wiedzy o artystkach, dla wielu osób, które odwiedziły Kwestię kobiecą, wystawa może mieć charakter wywrotowy. Myślę, że dla sporej grupy odbiorców kontakt z nią będzie doświadczeniem przełomowym, pokazuje ona przecież zarówno artystki historyczne, jak i współczesne, często nieznane osobom spoza wąskiego grona specjalistek i specjalistów zajmujących się sztuką w jej teoretycznym, jak i praktycznym wymiarze. I tutaj absolutnie nie chciałabym dyskredytować pracy, jaką wykonała Gingeras podejmując się trudu przygotowania tej wystawy. Jednocześnie zgadzam się z powtarzanymi często zarzutami, że można było tę wystawę zaprezentować w formie bardziej odpowiadającej współczesnym perspektywom wystawiania sztuki tworzonej przez kobiety niż maniera zaczerpnięta z lat 70. XX wieku, opierająca się na powtórzeniu za Lindą Nochlin pytania o żyjące niegdyś wielkie artystki. Lepiej byłoby skupić się na jednym wycinku historii, niż silić się na wielką uniwersalizującą narrację, która – w moim odczuciu – kłóci się z myśleniem o feminizmie jako o myśli skupiającej się także na dowartościowaniu tego, co mało znane bądź marginalizowane. Tylko co, jeśli ten pozorny rewizjonizm jest świadomym elementem strategii MSN-u, które być może zupełnie inaczej widzi ziś swojego modelowego odbiorcę?
Nie ma się co oszukiwać, Kwestia kobieca to niewątpliwy blockbuster warszawskiego muzeum, to wystawa „skazana” na frekwencyjny i medialny sukces. Mamy tu i światowe gwiazdy malarstwa, i ciekawy i różnorodny program wydarzeń towarzyszących, i popularną dziś narrację o kobiecej sile, a nie tylko wiktymizacji kobiecego doświadczenia, chwytliwe marketingowe hasła, przepiękny katalog z tekstem polskiej noblistki, ładne zeszyty, apaszki, pocztówki, ale także kuratorkę, która już wcześniej przygotowała inną hitową wystawę tego muzeum, czyli wspomniane już Opowieści okrutne. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że problem Kwestii kobiecej polega nie na jej niekonsekwencji kuratorskiej, nieadekwatności do współczesnych modeli wystawienniczych, lecz – przeciwnie – na jej spójności z logiką instytucjonalną i kulturową, w której powstała. Wystawa ta nie tyle „nie spełnia” obietnicy rewizjonizmu, ile realizuje ją w sposób charakterystyczny dla późnego kapitalizmu kulturowego: to gest przede wszystkim symboliczny i komunikacyjny. W tej perspektywie feminizm kojarzony z tą wystawą funkcjonuje jako rozpoznawalna i modna estetyka, sam rewizjonizm staje się elementem tworzenia instytucjonalnej narracji, a inkluzywność staje się elementem budowania prestiżu.
W tym kontekście uwaga Majewskiej-Güde, że „MSN przy organizacji tak dużej, przekrojowej wystawy nie zdecydowało się nawet na zorganizowanie konferencji naukowej” 10 jest bardzo znacząca, ale także symptomatyczna. Tylko, że być może mamy tu do czynienia nie z zaniedbaniem czy przeoczeniem, lecz ze zmianą priorytetów. Dziś warszawskie muzeum znajduje się w zupełnie innym miejscu niż jeszcze kilka lat temu, gdy faktycznie takich wydarzeń jak konferencje naukowe w MSN-ie było znacznie więcej. Dziś instytucje publiczne coraz rzadziej budują swoją pozycję tylko w oparciu o zaplecze eksperckie i środowiskowe, a coraz częściej sięgają po związki ze światem biznesu i szeroko rozumianych dóbr luksusowych.
Rolą instytucji publicznych takich jak MSN jest oczywiście upowszechnianie kultury, zaspokajanie związanych z nią potrzeb społeczeństwa, ale także coraz chętniej dziś powtarzana jak mantra inkluzywność i partycypacja. I kiedy czytam rozmowę z prezesem firmy Audi, którą ilustrują zdjęcia z wystawy Kwestia kobieca, że marce zależy na szerokim dostępie do kultury, darmowych otwarciach wystaw (a kiedy wernisaże były płatnymi wydarzeniami?), a potem widzę spot z otwarcia tejże wystawy, która ma mówić o wykluczeniu oraz rewizjonizmie, spot pokazujący, jak z czarnych, lśniących samochodów wysiadają bogate przedstawicielki neoliberalnego feminizmu, to nie dostrzegam żadnej otwartości i wspierania równego dostępu do kultury. Jedynie, co widzę, to pomnażanie i utrwalanie przekazu, że kultura jest dobrem tylko dla wybranych. Czyli tych, którzy dysponują co najmniej odpowiednim kapitałem finansowym, a wydarzenia, w których biorą udział, stają się pretekstem nie do czynienia z muzeum przestrzeni otwartej i włączającej, ale miejscem służącym do nawiązywania nowych znajomości, być może także biznesowych. I komu służą tego typu wydarzenia?
Trend ten jest również widoczny w kontekście działalności MSN-u. Kontrowersyjne partnerstwo z marką Audi, obecność mediów modowych dla bogaczy typu „Vogue” czy ekskluzywne, „VIP” otwarcia dla wybranych nie są już jedynie dodatkiem, ale stają się elementem zamierzonej strategii instytucjonalnej. W tej konfiguracji emancypacyjny i inkluzywny przekaz wystawy Kwestia kobieca zaczyna funkcjonować równolegle z mechanizmami reprodukcji elitarności, a nawet je legitymizować. Przez to – niestety – przekonanie o rewizjonistycznym charakterze narracji wystawy, zamiast podważać istniejące hierarchie, zostaje wpisane w logikę, którą wystawa miała kwestionować.
Pozwolę tu sobie na osobisty wtręt i małe powtórzenie: taka strategia jest przypadkiem nie tylko warszawskiego muzeum. Tego typu działania stają się powoli normą w dużych publicznych instytucjach sztuki, co niestety powoduje we mnie spory dyskomfort i sprzeciw. Powtórzę tutaj to, co napisałam już w kontekście tarotowego podsumowania roku dla „Restartu”. Rolą instytucji publicznych takich jak MSN jest oczywiście upowszechnianie kultury, zaspokajanie związanych z nią potrzeb społeczeństwa, ale także coraz chętniej dziś powtarzana jak mantra inkluzywność i partycypacja. I kiedy czytam rozmowę z prezesem firmy Audi, którą ilustrują zdjęcia z wystawy Kwestia kobieca, że marce zależy na szerokim dostępie do kultury, darmowych otwarciach wystaw (a kiedy wernisaże były płatnymi wydarzeniami?), a potem widzę spot z otwarcia tejże wystawy, która ma mówić o wykluczeniu oraz rewizjonizmie, spot pokazujący, jak z czarnych, lśniących samochodów wysiadają bogate przedstawicielki neoliberalnego feminizmu, to nie dostrzegam żadnej otwartości i wspierania równego dostępu do kultury. Jedynie, co widzę, to pomnażanie i utrwalanie przekazu, że kultura jest dobrem tylko dla wybranych. Czyli tych, którzy dysponują co najmniej odpowiednim kapitałem finansowym, a wydarzenia, w których biorą udział, stają się pretekstem nie do czynienia z muzeum przestrzeni otwartej i włączającej, ale miejscem służącym do nawiązywania nowych znajomości, być może także biznesowych. I komu służą tego typu wydarzenia? Czy my jako odbiorczynie i odbiorcy sztuki mamy z nich jakąś realną korzyść? Nie chcę tu uderzać w tony, że prywatne pieniądze są „be i fuj”, ale myślę, że należy bardzo uważać, by nie nadszarpnąć zaufania publiczności, by ta nie miała poczucia, że istnieje podział na „lepszych” i „gorszych”. I jeśli jesteśmy instytucją deklarującą otwartość i pracę z różnymi grupami, to takie formaty dla elit mogą być interpretowane w sprzeczności z pożądaną wizją.
Kończąc ten wywód, bardzo bym chciała, by w niedalekiej przyszłości na tego typu otwarcie podobne firmy zorganizowały kilkanaście darmowych autobusów z małych miejscowości, miasteczek i wsi, by ich mieszkańcy i mieszkanki mogli poczuć, że takie instytucje są także dla nich. Tylko – niestety – za takim gestem nie idą rolki w mediach społecznościowych, oznaczenia w relacjach, potencjalna współpraca, lecz konfrontacja z ludźmi, którzy mogą sprawić nam dyskomfort. Lecz utrzymując i pogłębiając taki zamknięty, hermetyczny obraz kultury, sami doprowadzamy do jej alienacji względem społeczeństwa, które jest bardzo zróżnicowane. Jeśli nie nauczymy się pracować z różnorodnością, która może być trudna, kultura stanie się tworem nie egalitarnym, a elitarnym, gdyż będzie posiadać oparcie w niewielkim fragmencie społeczeństwa, i to jeszcze bardzo uprzywilejowanym.
Podobny problem pojawia się również na samej wystawie. Kwestia kobieca jest przecież wystawą, która w zamyśle kuratorki nie tylko pyta o nieobecność artystek w kanonie sztuki, ale dotyczy przez to również sposobów ich reprezentacji. W tym sensie, mam niestety wrażenie, że pomimo swojego niewątpliwego wymiaru edukacyjnego, Kwestia kobieca sama powiela pewne „bańki widzialności” i korzysta w dużym stopniu z polityki prestiżu. Z jednej strony wystawa ta pokazuje artystki historyczne i współczesne, w tym twórczynie nie rozpoznane być może zbyt dobrze poza środowiskiem „historyczno-artystycznym ą. Z drugiej strony, jej narracja pozostaje niezwykle selektywna i może także reprodukuje dobrze nam znane podziały na – chociażby – centrum i peryferie.
Bardzo ucieszyła mnie obecność na wystawie polskich artystek nieprofesjonalnych, na przykład Felicji Curyło, Katarzyny Gawłowej czy Genowefy Magiery, których sztuka jest pokazywana najczęściej w muzeach etnograficznych. I chociaż pomysł umieszczenia ich w kontekście szerszym niż „folklor” jest zabiegiem pożądanym, bo ma w sobie potencjał subwersywny, to wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami, jak chociażby z możliwym paternalizmem takiego gestu. Z czasem zaczęłam mieć coraz silniejsze wrażenie, że prace tych kobiet funkcjonują na Kwestii kobiecej jako piękny kolorowy ornament, barwny detal, który zostaje sprowadzony do typowej figury inności: lokalnej (kontekst polski jest tu niestety bardzo mocny), tradycyjnej, a przez to marginalnej wobec zachodniego kanonu sztuki reprezentowanego przez „gwiazdy”: Sofonisbę Anguissolę, Artemisię Gentileschi czy Angelikę Kauffman.
Nie chce negować pomysłu Gingeras na pokazanie tych artystek, ale trudno mi pozbyć się poczucia, że gdzieś w tle kryje się, być może nie do końca uświadomiony, cień podziału na „kanoniczny”Globalny Zachód i „peryferyjny” Wschód czy resztę świata. Bo i gdzie na wystawie są inne „dawne mistrzynie”? Owszem, na Kwestii kobiecej znajdziemy prace wielu rtystek z przeszłości, takich jak Olga Boznańska czy Anna Bilińska-Bohdanowiczowa, a także twórczyń pochodzących z innych niż Europa kręgów kulturowych. Jednak wciąż bardzo mocno rezonuje ze mną postać fantazmatycznej czarnoskórej malarki z obrazu Lisy Brice, która zdaje się być widmem, lewitującym na krawędzi obrazu. Czy jest prawdziwa? Czy też może jest projekcją pewnego wyobrażenia, podobnego do tego, o którym w swoim eseju Venus in Two Acts pisała Saidiya Hartman?
Zresztą tych „nie-białych”, „nie-zachodnich” artystek na wystawie Gingeras znowu tak dużo nie ma, co zresztą podkreślała w swoim tekście Agata Pyzik 11 . I z tego powodu nie mogę pozbyć się wrażenie (może niesłusznego), że to właśnie „dawnymi mistrzyniami”, „pramatkami sztuki kobiecej” pozostają wciąż „białe” malarki renesansowe związane z kulturą Zachodu. To one są źródłem, z którego wyrasta narracja całej wystawy. A inne kobiety-twórczynie pozostają pięknym, kolorowym, ale jednak dodatkiem. Gdzie artystki z innych kultur, krajów, których twórczość wykracza poza bliższą nam przeszłość? Gdzie XVI-, XVII-wieczne „dawne mistrzynie” inne niż te, które zalazły się na wystawie, a które mogłyby pokazać, jak wielowątkowym doświadczeniem jest zjawisko sztuki tworzonej w przeszłości przez kobiety, i to znacznie wykraczające poza „eurocentryzm”. Bardzo chciałabym poznać życiorysy, prace, tych, które jednak nie miały takiego szczęścia, jak mimo wszystko Anguissola, która pochodziła z bogatej rodziny, co bez wątpienia ułatwiło jej artystyczny start. Ten wątek odrobinę zamajaczył na wystawie w kontekście historii Mayken Verhulst, jednak jako jeden z wielu, jest znów ledwie zasygnalizowany…
W tym miejscu się zatrzymam. Pisząc ten tekst, miałam spory problem. Jak bowiem na kilku stronach opisać tak intensywną i bogatą wystawę, jaką jest bez wątpienia Kwestia kobieca? Na których wątkach się skupić? Które pominąć? I przyznam szczerze, że w jakimś sensie czuje się bezradna wobec wystawy Gingeras. Poraziła mnie ona wręcz swoją gargantuicznością, która obejmowała olbrzymią ilość często fenomenalnych prac, wątków, opowieści, twarzy i poruszanych problemów. I starając się jakoś ubrać w słowa moje doświadczenie, miałam silne wrażenie, że moja własna reakcja na tę wystawę sytuowała się dokładnie w tych samych polach napięć, co autorek, które o niej napisały wcześniej niż ja.
Podobnie jak one nie postrzegam wystawy Kwestia kobieca jako nieudanej czy niepotrzebnej. Przeciwnie: myślę, że jej skala, zdolność przyciągania publiczności innej niż osoby specjalizujące się w sztuce, czyni z niej jedno z ważniejszych wydarzeń muzealnychstatnich lat. To wystawa, która działa realnie: uwodzi, momentami zachwyca i dla wielu osób może stanowić ważne spotkanie ze sztuką tworzoną przez kobiety. Jednocześnie trudno mi się pozbyć wrażenia, że właśnie ta siła, wynikająca z rozmachu, atrakcyjności i bardzo szeroko zakrojonej formuły jest zarazem największym ograniczeniem. Kwestia kobieca operuje bowiem logiką współczesnych mediów społecznościowych: nadmiaru obrazów, tematów, wątków, które zamiast zostać pogłębione, zaczynają się z czasem rozpraszać i rozpływać w kolejnej napływającej fali obrazów.
Być może jednak nie jest to porażka tej wystawy, a właśnie przykład nowego modelu wystawienniczego, który będziemy oglądać coraz częściej. Mam wrażenie, że Kwestia kobieca doskonale wpisuje się w generalny sposób funkcjonowania współczesnych instytucji sztuki, gdzie widzialność i spektakularność stają się równie istotne jak ceniona wcześniej produkcja wiedzy. W tym kontekście życzyłabym sobie, by nowe wystawy muzealne były prawdziwie demokratycznymi działaniami, gdzie deklarowany rewizjonizm nie jest tylko hasłem komunikacyjnym, lecz poznawczym. A zakładany emancypacyjny potencjał wystawy nie zostaje spleciony z mechanizmami budowania prestiżu i selekcji. Jednak, mimo spojrzenia krytycznego, nie chcę tej wystawy odrzucać. Potrzebujemy takich wystaw, budowanych z rozmachem, dotykających ważnych dziś problemów. Potrzebujemy instytucji sztuki otwartych, autokrytycznych i bezkompromisowych, dających przestrzeń na trudne i niewygodne pytania. Ale także takich, które troszczą się o swoją publiczność, co znajduje odzwierciedlenie nie tylko w wystawach, ale i w samej przestrzeni, która jest dla widzów przyjazna i otwarta. Pozostaje pytanie, jak sprawić, by takie miejsca faktycznie były wspólne, a nie mimowolnie tworzyły bańki prestiżu symbolicznego i społecznego.

