Nr 21 wiosna 2026 rozmowy Ant Łakomsk, Maryla Gula, Justyna Pankowska, Olga Sowa, Zofia Iwanek

Nostalgia za (o)sobą. Z Ant Łakomsk rozmawiają Maryla Gula, Justyna Pankowska, Olga Sowa i Zofia Iwanek

Widok wystawy, Ant Łakomsk, „Camille”, Turnus Gallery w Warszawie, dzięki uprzejmości artystki

Jeszcze rok temu studiowała na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, a tuż po ukończeniu studiów została laureatką jednego z najbardziej prestiżowych konkursów w świecie kultury – Paszportów „Polityki” 2025.

Ant Łakomsk to artystka wizualna, której twórczość przyciąga subtelnością i oniryzmem przedstawień. Jednak to, co wzbudza u odbiorców przyjemność wizualną, stanowi dla niej wyzwanie lub obarczone jest samokrytyką towarzyszącą procesowi twórczemu. Pochodzi z Kielc, obecnie mieszka w Warszawie, a pejzaż – również miejski – stanowi lejtmotyw jej praktyki, którą nieustannie doskonali. Wierzy w misję sztuki, rozumianej całościowo, a nie tylko jako wymiar osobistej praktyki. O swojej twórczości mówi, że powinna być ważniejsza dla innych niż dla niej samej.

Często odwołuje się do tradycji malarstwa i przyznaje, że pewien rodzaj konwencjonalności jest dla niej pociągający. Jednocześnie podkreśla, że w akcie tworzenia najważniejszy jest czynnik przypadku – na przykład poprzez odejście od określonego schematu. O drodze artystycznej, procesie twórczym i świecie sztuki, rozmawiamy z Ant Łakomsk.

Maryla Gula: Jak się czujesz po otrzymaniu Paszportu „Polityki” – emocje już opadły, czy nadal żyjesz tym wydarzeniem?

Ant Łakomsk: Muszę powiedzieć, że dla mnie Paszport „Polityki” to była bardzo nierealna rzecz. Ukończyłam akademię w tamtym roku i nigdy nie widziałam siebie jako osoby, która mogłaby być nominowana i walczyć o tę nagrodę. Nadal bardzo cieszę się z tego, że zostałam doceniona, szczególnie w świetle konkurencji, którą miałam, bo znam te osoby dobrze. Nie próbuję powiedzieć, że czuję nobilitację, ale że tym bardziej widzę absurd w tej sytuacji. Moja codzienna rutyna się jednak nie zmieniła. Pracuję, pracowałam i wątpię, żeby to się zmieniło w kolejnych latach. Miłym dodatkiem jest to, że czasami spotykam osoby w przypadkowych miejscach, które mi gratulują – i jest to bardzo sympatyczne.

M.G.: Byłaś nominowana z Agatą Ingarden, którą bardzo cenisz jako artystkę, i okazało się, że byłaś dla niej równą konkurentką – a nawet wygrałaś. Czy to bardziej zakrawa dla ciebie na absurd, o którym wspominasz, czy jednak pomogło ci spojrzeć na siebie bardziej przychylnie?

A.Ł.: Nie, ja bardzo boję się przesadnej pewności siebie i od zawsze starałam się w sobie jej nie pielęgnować. Przyznaję, że malowanie i robienie sztuki nie przynosi mi szczęścia. To, co robię, częściej przynosi mi jakieś wyzwania. Często czuję, jakbym codziennie musiała rozwiązać bardzo trudną zagadkę. Rozumiem, że niektórzy wykorzystują sztukę jako medium o potencjale terapeutycznym, ale dla mnie nigdy tak nie było. Dla mnie to przede wszystkim taki testing ground. Mogę eksperymentować, sprawdzać rzeczy w swojej własnej głowie i wystawiać je na zewnątrz. To, co zrobię, mogę pokazać gdzieś poza swoją pracownią – w sensie metaforycznym – i zobaczyć, jak to się zachowuje i czym właściwie jest. Jest takim trochę lusterkiem.

M.G.: Czyli powiedziałabyś, że sztuka jest dla ciebie raczej źródłem dyskomfortu niż komfortu?

A.Ł.: Tak – i to jest dobre.

M.G.: Co dla ciebie osobiście oznacza Paszport „Polityki”?

A.Ł.: Nie sądziłam, że to jest nagroda, o którą kiedyś będę się starała.

M.G.: Czyli nigdy to nie było twoje marzenie?

A.Ł.: Niezupełnie. Wydaje mi się, że marzenie o nagrodach w sztuce jest bardzo zgubne i żadnej osobie, która zajmuje się sztuką, nie życzę, żeby takie marzenie miała. Są o wiele fajniejsze marzenia.

Zofia Iwanek: Na gali wręczenia Paszportów „Polityki” wątkiem przewodnim było hasło pracy artystki Moniki Drożyńskiej „Praca artystyczna to praca”. Czy jest to wątek, który budzi w tobie duże emocje, potrzebę walki?

A.Ł.: To jest coś, z czym mierzę się codziennie i wydaje mi się, że to doświadczenie łączy nas wszystkich – jest nim pewien rodzaj frustracji. Materializuje się on na różne sposoby. Okazuje się, że najwięcej pracy muszą wykonywać osoby, których ten problem dotyczy, i wydaje mi się, że jest to niezwykle problematyczne. Przeraża mnie rzeczywistość, w której system jest tak uszkodzony, że tego rodzaju problemy muszą być rozwiązywane przez nas samych. To jest po prostu rodzaj frustracji, który łączy mnie ze wszystkimi absolwentkami ASP.

M.G.: W twojej twórczości często pojawia się intymność i delikatność. Zastanawiam się, czy postrzegasz je bardziej jako strategie artystyczne, czy jako coś, co w naturalny sposób wynika z twojego sposobu bycia?

A.Ł.: Nie mam wielu strategii w tworzeniu sztuki. Moją strategią jest przede wszystkim posługiwanie się malarstwem. To kręgosłup mojej praktyki artystycznej i często punkt wyjścia do szerszego rozpatrywania tego, co mnie interesuje. To nośnik, który jest dla mnie najbardziej intuicyjny – można powiedzieć, że malarstwo jest dla mnie odruchowe. Myślę, że bardzo wiele rzeczy zawdzięczamy przypadkowi i że to, co nie wychodzi bezpośrednio z nas, ale przychodzi z zewnątrz, może wnieść znacznie więcej.

M.G.: Tworzysz w ten sposób, bo podoba ci się taka estetyka, czy czujesz, że jest to odzwierciedlenie twojej osobowości?

A.Ł.: Mam wrażenie, że w obecnym dyskursie publicznym funkcjonuje założenie, że moja sztuka jest pełna mglistości czy narracji sennych, mimo że wpisywanie się w te estetyki i rejestry nigdy nie było moją intencją.

M.G.: Pracujesz z malarstwem, rzeźbą i instalacją. Jak dziś układają się relacje między tymi mediami w twojej praktyce? Dlaczego wybrałaś malarstwo?

A.Ł.: Nie do końca to planowałam. To nie było coś, co było moim romantycznym marzeniem. Traktowałam to bardziej jako pretekst, cel na ogólnej ścieżce rozwijania się i poznawania sztuki. Wydaje mi się, że właśnie dlatego tak bardzo to lubię. Najbardziej doceniam rzeczy, które nie są moje – i malarstwo jest dla mnie czymś takim.

M.G.: Jesteś absolwentką Wydziału Sztuki Mediów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, jednak wychowałaś się w Kielcach. Na twoich obrazach, na których widać urywki pejzaży miejskich, zdają się one wchłaniać postać, dominować ją – w przeciwieństwie do tych przedstawiających naturę. Zastanawiam się, czy ta różnica może mieć związek z twoimi doświadczeniami Kielc lub Warszawy? Czy to coś ci bliskiego, czy raczej nadinterpretacja?

A.Ł.: Bardzo szybko zrozumiałam, że interesuje mnie funkcja postaci w jakiejś scenografii i w określonym scenariuszu – jako punktu odniesienia. Wydaje mi się, że człowiek jest najmniejszą miarą w ogólnym widoku, ale jednocześnie zawsze myślałam, że moim nadrzędnym celem w pracy jest albo wyeliminowanie pejzażu, albo wyeliminowanie postaci. Każdy mój obraz jest w pewnym sensie momentem w tym procesie – zanikania jednego albo drugiego pola. Między nimi tworzy się dynamika, na której mi zależy, i w mojej głowie nie ma hierarchii, która determinuje ich wagę.

M.G.: Jak wspominasz okres studiów na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych?

A.Ł.: Jeśli miałabym podsumować całe pięć lat, które spędziłam na ASP, to wspominam je dobrze. Wydaje mi się, że szkoła jest naprawdę pięknym założeniem, ale jednocześnie jest projektem w pewnym sensie od początku przegranym. Uczelnie artystyczne mierzą się z trudnością, która wydaje się nie do przezwyciężenia, i mam wrażenie, że jedynym rozwiązaniem jest uznanie siebie za coś absolutnie eksperymentalnego i całkowicie otwartego. To właśnie ta ciągła próba wydaje mi się niezbędna w kształceniu artystki. Uczelnie powinny spojrzeć na swoją funkcję we współczesności, zamiast nieustannie odwoływać się do mitu, który dawno już się zdezaktualizował.

Z.I.: Jak rozwijała się twoja relacja z malarstwem podczas studiów?

A.Ł.: Dla mnie malarstwo było podczas studiów określonym scenariuszem i konkretnym formatem z zarysowanymi zasadami. Wydawało mi się, że zawiera w sobie ogromny potencjał. Zacznę uczyć się rzeczy, które mnie obezwładnią i będą czymś silniejszym ode mnie. Medium, które będzie miało większą osobowość niż ja i będę mogła stawiać kolejne kroki, które pozwolą mi się rozwijać. Tak się właśnie stało, ale malarstwo okazało się być dla mnie jeszcze bardziej owocne niż się spodziewałam. Pewnie dlatego jestem mu wierna.

M.G.: Wiemy, że twoja mama również jest artystką. Czy jej twórczość wpłynęła w jakiś sposób na ciebie?

A.Ł.: To nie była rzecz, która mi przyświecała, mimo iż wychowałam się w takim środowisku, które przyjmowało obecność sztuki jako bardzo naturalną kwestię. Moja mama nigdy się z tym nie obnosiła. Mam ogromny przywilej tego, że zajmuję się polem sztuki, które nigdy nie było we mnie podważane. Co więcej, nie zachęcała mnie, bym poszła w tym kierunku. Moja mama zaczęła się ze mną dzielić swoją wiedzą dopiero, jak już kończyłam studia. Teraz mam z nią bardzo żywą relację, która głęboko opiera się na tej wymianie, na uczeniu się od siebie.

M.G.: Rozmawiałyśmy już o tym, że przez zdobycie Paszportu Polityki stałaś się często „omawianą” artystką. Co za tym idzie, regularnie omawiana jest też twoja sztuka. W mediach można zauważyć, że jest ona chętnie interpretowana i analizowana, powstają różne założenia na jej temat, jak chociażby to, że ludzie w przedstawianych na płótnach postaciach widzą ciebie. Czy skala interpretacji twojej sztuki jest dla ciebie irytująca lub męcząca? Czy przeszkadza ci próba włożenia jej w jakieś ramy interpretacyjne?

A.Ł.: Ja nie staram się zmienić rzeczy, nad którymi nie mam kontroli. Nieumyślne autoportrety są rodzajem rekwizytu, który wykorzystuję. Potrzebuję wykorzystać ten wizerunek jako odniesienie dla całej scenografii. Jest to dla mnie bardzo pomocne narzędzie, bo zawiera w sobie prostotę. Jak maluję autoportret, to wydaje mi się, że im więcej go powtarzam, tym, paradoksalnie, mniejsze ma znaczenie – staje się coraz bardziej domyślny, naturalny i coraz mocniej związany z częścią płótna. Jest przedmiotem. I wydaje mi się, że on uwypukla wszystko, co jest inne. Dlatego tak chętnie z tego korzystam. Ale odpowiadając na pytanie, czy mnie irytuje ta skala interpretacji – wydaje mi się, że nie. Przede wszystkim interesuje mnie potencjał rozrastania się w sztuce rzeczy, które są poza mną. Jest to pierwiastek stworzony przeze mnie, który staje się częścią cudzego świata. Nie obrażam się na nadinterpretacje i na spłaszczenia, bo te jedynie poszerzają pole.

M.G.: Czyli istotny jest dla ciebie sam akt oddziaływania na emocje odbiorców?

A.Ł.: Wydaje mi się, że staram się jak najbardziej odpowiedzialnie podchodzić do wszystkiego, co robię i co pokazuję. Staram się bardzo często myśleć o tym, kto to zobaczy, kto coś przeczyta lub właśnie nie przeczyta. Lubię wykorzystywać w obrazach jakieś języki, do których mają dostęp tylko niektóre osoby, i lubię też to, że w obrazach można zawrzeć hermetyczne komunikaty. Wydaje mi się, że sztuka składa się z licznych komunikatów — zależy od miejsca, w którym się urodziliśmy, klasy, z której się wywodzimy, czasów, w jakich się urodziliśmy. Dla mnie sztuka jest najważniejszą rzeczą w życiu, ale nie jest nią moja sztuka. Chciałabym, żeby moja sztuka była istotna dla kogoś, ale niekoniecznie dla mnie.

M.G.: Bardzo dużo jest w tobie samokrytyki. Jak to przekłada się na twój proces twórczy? Czy pozwalasz sobie na błądzenie, zmianę kierunku? Czy raczej starasz się konsekwentnie realizować wcześniej wypracowaną wizję?

A.Ł.: To chyba najbardziej widać przy tworzeniu konkretnych wystaw – wszystkie decyzje zapadają zwykle w ostatnim tygodniu albo dwóch. Bardzo to sobie cenię, bo mam poczucie, że zbyt wczesne zakotwiczenie się w decyzjach sprawia, że rzeczy stają się czerstwe. A ja lubię takie szybkie „gotowanie”. Jest coś bardzo pięknego w przypadkowości i chciałabym tego nie stracić, choć mam wrażenie, że do pewnego stopnia jest to niemożliwe. Pracując w rutynie, siłą rzeczy przyzwyczajam się do określonych scenariuszy i formatów pracy.

M.G.: Życzymy ci tego. W takim razie powiedz nam – kiedy wiesz, że jakieś dzieło jest skończone? Wyobrażam sobie, że to jest bardzo ulotny fakt w momencie, w którym ta praca nie jest ustrukturyzowana. Jak to czujesz?

A.Ł.: To jest bardzo dobre pytanie i rzecz, na której ja sama się często łapię. Wszystkie prace, które wydają mi się z jakiegoś powodu lepsze niż inne, są prędzej niedopieczone niż spalone. Ja zawsze staram się hamować daleko przed metą. Nie wiem, gdzie ona jest, ale w pewnym momencie staram się intuicyjnie i powoli hamować. Wolę zostawić rzeczy, które są niedomknięte.

Z.I.: Jak oceniasz sytuację młodych artystek na współczesnym rynku sztuki?

A.Ł.: Jeśli chodzi o młode artystki i artystów, którzy wychodzą z Akademii albo wciąż są w trakcie studiów, wydaje mi się, że im później się z nim zwiążą, tym lepiej. Myślę, że jego rytm i presja mogą wpływać bardzo różnie na kształcenie się. Współpraca z galeriami i ze wszelkimi pośredniczącymi komercyjnie podmiotami może krępować, paraliżować.

Z.I.: Wracamy tutaj do punktu wyjścia, że chcąc być artystą, musisz pogodzić się z tym, że element ekonomiczny będzie niepewny i albo się z tym pogodzisz, albo zwariujesz.

A.Ł.: Wydaje mi się, że możemy najwyżej się łudzić co do tego, jak mogłoby być nam lepiej – ale to nie znaczy dobrze. Myślę, że te oczekiwania są po prostu ogromnym błędem i to one najczęściej nas ranią. Koniec końców przywiązanie do rzeczy to jest coś, co jest niebezpieczne, i wydaje mi się, że to jest taka rzecz, którą radzę młodym artystkom – żeby się nie przywiązywać i nie mieć oczekiwań, bo ten system jest w pewnym sensie losowy.

Widok wystawy, Ant Łakomsk, “Everything Is Embarrassing”, Stereo Gallery w Warszawie, fot. Kuba Rodziewicz

Ant Łakomsk

Ant Łakomsk

Ur. 2001 w Toruniu, mieszka i pracuje w Warszawie. Absolwentka ASP w Warszawie. Laureatka Nagrody Głównej Fundacji Sztuki Polskiej ING (2025) oraz nagrody Paszportów „Polityki” w kategorii Sztuki Wizualne (2025). Prace czerpią z półzapomnianych wspomnień, historii sztuki, symboli i przemijających krajobrazów, tworząc sceny o przewrotnym i ulotnym charakterze. Prace były prezentowane na licznych wystawach zbiorowych.

Maryla Gula

Maryla Gula

Studentka trzeciego roku zarządzania kulturą i mediami na UJ. W pracy dyplomowej analizuje mechanizmy dystynkcji w zarządzaniu kulturą. Jej zainteresowania pozostają szerokie i interdyscyplinarne — wciąż eksploruje różne kierunki w poszukiwaniu własnej specjalizacji badawczej.

Justyna Pankowska

Justyna Pankowska

Ur. 2004, studentka trzeciego roku zarządzania kulturą i mediami (spec. kultura). Interesuje się muzyką klasyczną i jazzową oraz paradoksem wystawiennictwa sztuki współczesnej w przestrzeniach dziedzictwa kulturowego.

Olga Sowa

Olga Sowa

Ur. 2004, studentka trzeciego roku zarządzania kulturą i mediami (spec. media). Interesuje się relacją badania marketingu a feministycznych źródeł kreacji wizerunku kobiet w historii sztuki. Stara się patrzeć na zarządzanie z perspektywy nurtu krytycznego.

Zofia Iwanek

Zofia Iwanek

Studentka trzeciego roku zarządzania kulturą i mediami na UJ. Jej zainteresowania badawcze koncentrują się na historii sztuki XX wieku oraz na zagadnieniach związanych z organizacją wystaw i praktykami kuratorskimi, zwłaszcza w obszarze sztuki współczesnej.