Nr 3 jesień 2021 felieton Andrzej Śmiałek

Niepotrzebny ornament. O zanikającej różnorodności miejsc, rzeczy i ludzi


Tybetanki z Mustangu nadal noszą się zgodnie z tradycją. Tkane na ręcznych krosnach wielobarwne wełniane zapaski to ważny element stroju, fot. Andrzej Śmiałek

Piękne rowerzystki z Teraju – nizinnej, położonej przy granicy Indyjskiej części Nepalu – w tradycyjnych strojach, fot. Andrzej Śmiałek

Kiedy byłem mały, babcia zabierała mnie na wakacje do Poronina. Pamiętam gospodarza, Mardułę, u którego wynajmowała dla nas pokój. Mówił gwarą, chodził na co dzień w kierpcach, portkach z parzenicami i lnianej koszuli. Od święta przypinał do niej własnoręcznie wykutą ozdobną spinkę, a pani Mardułowa zmieniała kierpce na odświętne i zakładała haftowany serdak. Na specjalne okazje w malowanej skrzyni czekały ozdobna filcowa cucha, kapelusz z muszelkami i orlim piórem oraz haftowany kożuch. Mieszkali w starym, zdobionym piękną tradycyjną snycerką domu, ale ich największym powodem do dumy był podpis Kasprowicza wykonany diamentem na szybie w czasie, kiedy tam właśnie pisał Księgę ubogich. W zimie – do kościoła albo z sąsiedzką wizytą – Mardułowie jeździli rzeźbionymi, kolorowo malowanymi saniami. A dziś? Przejeżdżam czasem koło gospodarstwa Mardułów. Ich dzieci i wnuki mieszkają w domu, jakich w ostatnich latach na Podhalu powstało bez liku. Murowanym, dwupiętrowym, pozbawionym proporcji, z wypiętrzonym wysoko rudym dachem. Mówią miejską polszczyzną, ubierają się w sieciówkach lub odzieżowych dyskontach i jedynie czasem, przy szczególnych okazjach, przywdziewają na chwilę w tradycyjne stroje. Mam jednak wrażenie, że to tylko przebranie.

Wiele lat temu polubiłem Nepal. Za góry, za przyrodę, nieskażone dzikie piękno i wspaniałych, gościnnych Nepalczyków. Po raz pierwszy znalazłem się tam w 1984 roku. Oszołomiony patrzyłem wówczas na ludzi ubranych charakterystycznie dla danego regionu, grupy etnicznej, zajmowanego stanowiska albo kasty. Niezwykła różnorodność strojów i ludzkich typów robiła ogromne wrażenie. Gurkhowie, Tamangowie, Newrowie, Bothowie, Szerpowie i wiele innych plemion posługujących się przeszło 20 językami i dialektami tworzyło wspaniałą, różnobarwną mozaikę. Do tego cudowna scenografia starych świątyń i budowli zwieńczona białymi szczytami Himalajów. Od tej wizyty minęło już ponad trzydzieści lat. Himalaje stoją, jak stały, a ich widok, jeśli tylko zdołają się przebić przez kurtynę smogu, za każdym razem sprawia mi wielką radość. Widok nepalskiej ulicy natomiast nie. Obecnie większość mieszkańców doliny Katmandu ubrana jest w tzw. zachodnie stroje, czyli wyprodukowane w Chinach oryginały lub podróbki globalnych marek i tylko czasem w ujednoliconym tłumie mignie piękne kolorowe sari albo pasiasta tybetańska zapaska. Stare świątynie i budowle są ledwie widoczne zza budowanych bez ładu, składu i stylu wielopiętrowych budynków z betonu i cegły. Budowane na wzór współczesnych miejskich domów indyjskich, w żaden sposób nie nawiązują do lokalnej tradycji. Centrum miasta opanowały motocykle, samochody i turyści. Ilekroć tam teraz przyjeżdżam, zadaję sobie pytanie, kiedy za wyziewami miasta zniknie ośnieżony dach świata, do niedawna uważany za siedzibę bogów.

Tybetanki z Mustangu nadal noszą się zgodnie z tradycją. Tkane na ręcznych krosnach wielobarwne wełniane zapaski to ważny element stroju, fot. Andrzej Śmiałek

W Boliwii kobiety indiańskie nadal ubierają się w kolorowe suknie, tzw. poliery, a towary i niemowlęta noszą w pięknie tkanych, wełnianych tobołkach. Stroju dopełnia fantazyjny melonik. Ale czy długo jeszcze? Ich córki coraz częściej wybierają bardziej miejski, światowy dress-code. Boję się więc, że i tam utylitaryzm, pogoń za pozbawioną ornamentu funkcjonalnością zmiotą w niedługim czasie lokalną różnorodność. Materialna kultura zglobalizowanego świata jest przecież dla niej bezlitosna, a procesy zastępowania starego nowym przebiegają w niebywałym tempie.

Ozdabianie, czyli nadawanie przedmiotom i miejscom indywidualnych cech wynika z potrzeby oswojenia, wyróżnienia i podkreślenia przynależności. Utożsamia z miejscem, nadaje obiektom wyjątkowość. Buduje więź człowieka z przedmiotem. Z takim przedmiotem lub miejscem właściciel niechętnie się rozstaje.

We wrześniu 2010 roku utknąłem na tydzień w głębokiej dolinie oddzielającej Hindukusz od Karakorum. Osuwiska spowodowane ulewnymi deszczami monsunowymi na tydzień zablokowały Karakorum Highway i uwięziły znajdujące się tam pojazdy. Wszyscy musieli cierpliwie czekać. Zatem nadarzyła się wspaniała okazja, by podziwiać niezwykłe pakistańskie ciężarówki i odbyć liczne rozmowy z ich właścicielami. Zdobne niczym hiszpańskie galeony albo barokowe ołtarze, zupełnie nie przypominały znanych nam maszyn służących do efektywnego transportu towarów. Przeważały co najmniej czterdziestoletnie bedfordy. Bedfordy są piękne, już same w sobie piękne, ale – ozdobione przez swoich właścicieli – są niczym damy w krynolinach, po prostu cudownie wspaniałe. Każdy detal samochodu poddany jest modyfikacji, ale to nie tylko „tuning” optyczny. Wiele ozdób i symboli ma znaczenie magiczne, nawet jeśli w kraju na wskroś muzułmańskim może to oznaczać lekką herezję. Tym bardziej, że na burtach pojawiają się niezbyt tolerowane w islamie malowidła z podobiznami gwiazd filmowych czy drapieżnych zwierząt. Część z nich służy jednak identyfikacji światopoglądu i zainteresowań właściciela, informuje też o miejscu jego pochodzenia. Niezliczone łańcuszki i dzwoneczki nieustannie pobrzękujące w rytm ruchu pojazdu mają ponoć odstraszać złe duchy.

Bogato przystrojony czterdziestoletni bedford na Karakorum Highway, fot. Andrzej Śmiałek

Zdobienie pojazdów to w Pakistanie osobna gałąź przemysłu. Modyfikacji podlegają praktycznie wszystkie pojazdy, nawet łodzie. Przeróbkami i dekoracją pojazdów zajmują się wyspecjalizowane zakłady dizajnerskie zlokalizowane w dużej ilości przy przecinającej subkontynent indyjski Grand Trunk Road, wspaniale opisanej przez Kiplinga w powieści Kim. […] Modyfikacje nie ograniczają się do przykręcania detali i malowania karoserii, wymienia się nieraz całe elementy nadwozia, np. typowe stalowe drzwi zastępuje bogato rzeźbionymi drewnianymi, a nad szoferką umieszcza wysoką, rzeźbioną attykę, mającą optycznie powiększyć pojazd i tym samym prestiż jego kierowcy.

Zdobienie pojazdów to w Pakistanie osobna gałąź przemysłu. Modyfikacji podlegają praktycznie wszystkie pojazdy, nawet łodzie. Przeróbkami i dekoracją pojazdów zajmują się wyspecjalizowane zakłady dizajnerskie zlokalizowane w dużej ilości przy przecinającej subkontynent indyjski Grand Trunk Road, wspaniale opisanej przez Kiplinga w powieści Kim. Proces projektowy rozpoczyna długa rozmowa właściciela pojazdu z rzemieślnikiem. Ustalenia kończą się szczegółowym zamówieniem dotyczącym zdobień, kolorystyki, ilości dzwoneczków, treści napisów, stanowiących życiowe kredo właściciela i innych elementów. Modyfikacje nie ograniczają się do przykręcania detali i malowania karoserii, wymienia się nieraz całe elementy nadwozia, np. typowe stalowe drzwi zastępuje bogato rzeźbionymi drewnianymi, a nad szoferką umieszcza wysoką, rzeźbioną attykę, mającą optycznie powiększyć pojazd i tym samym prestiż jego kierowcy. Ważne jest również podświetlenie wszystkiego, żeby nocą samochód prezentował się odpowiednio szykownie. Większość elementów zdobniczych wykonywana jest na indywidualne zamówienie i są to często wytwory wysokiej klasy rzemiosła. Zwłaszcza snycerka i metaloplastyka. Choć nie brakuje elementów prefabrykowanych. Z czasem wykształciły się rozpoznawalne style zdobienia charakterystyczne dla danego regionu kraju. Przy granicy afgańskiej dominuje czerń i uduchowione teksty. W okolicy Rawalpindi i Islamabadu dużo detali z plastiku, za to Kweta i Peszawar to misterna snycerka, a w rejonie Karaczi – motywy wielbłądzich kości w ornamentyce, w Lahore natomiast portrety herosów i gwiazd filmowych. Podobno w całym Pakistanie nie ma dwóch identycznych ciężarówek. Gdy pytałem kierowców, dlaczego to robią, odpowiadali – taka jest tradycja. Jednak widząc, z jaką czułością obchodzą się ze swoimi pojazdami. Próbowałem szukać głębszych uzasadnień. Na pokonanie odcinka z Karaczi do granicy z Chinami w Sost z kilkoma przeładunkami po drodze ciężarówka potrzebuje kilkunastu dni. Trasa tam i z powrotem zajmuje prawie miesiąc. W tym czasie samochód staje się dla kierowców domem, z którego są dumni i który ma ich chronić. Jakość oraz ilość zdobień budują pozycję i świadczą o statusie w hierarchii kierowców.

Niestety, jak wszystko co endemiczne, również zdobienie ciężarówek czeka przypuszczalnie nieuchronny kres. Na drogach zaczynają przeważać chińskiej produkcji samochody marki JAC, FAW i Foton, które – choć nadal bogato zdobione – wyglądają jak ubodzy krewni wspaniałych bedfordów. Zdarzają się nawet zupełnie pozbawione ozdób, zazwyczaj na chińskich rejestracjach.

Jesteśmy uczeni, że forma powinna podążać za funkcją, a brak tej zależności to prosta droga do kiczu. W projektowaniu każda decyzja estetyczna powinna wynikać z przesłanek racjonalnych. Mieć uzasadnienie konsekwentnie wynikające z zastosowanej technologii lub sposobu użycia. Ta mantra współczesnego dizajnu bierze początek w ideach Bauhausu, a kumuluje się w etosie Dietera Ramsa: Less is more. Pytanie tylko, czy rzeczywiście chodzi o to, żeby było mniej? Nieprawda! Wręcz przeciwnie. Producentom i handlowcom chodzi o to, żeby jak najwięcej sprzedać, a projektanci są ważnym narzędziem w globalnej machinie produkcji, handlu i dystrybucji zarówno dóbr, jak i wzorców estetycznych. Znaczna część wysiłku intelektualnego wkładanego w rozwój innowacji skupia się na kreowaniu zachcianek i szukaniu racjonalnych uzasadnień do ich zaspokajania. Koncentrowanie uwagi na funkcjonalności służy w znacznej mierze racjonalizowaniu decyzji zakupowych, czego efektem ma być zwiększanie popytu, służące nieustannemu wzrostowi PKB. Oczywiście powyższe uogólnienie ma wiele wyjątków, wszak powstały całe obszary projektowania zajmujące się bardziej szlachetnym wykorzystaniem potencjału tkwiącego w dizajnie. Jednak ten tekst chciałem poświęcić ornamentowi, czyli naturalnej potrzebie ozdabiania, dzięki której miejsca, rzeczy i ludzie wyglądają inaczej, nabierają cech indywidualnych, a przede wszystkim jest budowany bardziej emocjonalny związek ludzi z przedmiotami i otoczeniem. W naszym obszarze kulturowym, czyli na tzw. Zachodzie jesteśmy przyzwyczajeni, że samochody, ubrania i domy wyglądają podobnie. Co ciekawe, możemy dosyć dokładnie określić datę ich powstania, ale już nie za bardzo miejsce pochodzenia. Globalizacja dąży do ujednolicenia, przez co świat materialny traci swoją endemiczność i coraz trudniej trafić do miejsc, które wyglądają zupełnie inaczej. Procesy globalizacyjne, przy wydatnym udziale dizajnu, uruchomiły reakcję łańcuchową, lawinę, która zmiata to, co odrębne i niemieszczące się w ogólnie przyjętych standardach. Sprawiły, że zmiana kodu dotyczy nie tylko stroju, ale obejmuje wszystkie materialne formy kulturowej różnorodności. Pozostają tylko resztki, które można sprzedać jako turystyczną atrakcję, zamkniętą w skansenach i podczas aranżowanych pokazów. O tym, dlaczego tak się dzieje, napisano tomy, a wszystkie te dzieła sprowadzają się do oczywistych wniosków. Różnorodność zmienia się w ujednolicenie, a proces ten dotyczy zarówno lokalnych wzorców kulturowych, jak i całych ekosystemów. Za kierunek zmian, które sprawiają, że na naszych oczach znika świat przez nas podziwiany i kochany, odpowiadamy my wszyscy. My, będący od czasu do czasu turystami, my konsumenci, my projektanci produktów mających być chętnie kupowanymi, my wiecznie spragnieni nowości. Nasze rozbuchane pragnienia napędzają globalne sieci dystrybucji, a wzrost PKB staje się drugą mantrą współczesnych czasów. I choć jesteśmy za to wszystko odpowiedzialni, bardzo niechętnie stajemy przed pytaniem, czy aby na pewno wzrost tego parametru zawarty w określeniu „dobrobyt” jest równoznaczny z „dobrostanem”. Wolimy raczej szukać innego winnego. I znajdujemy go, podążając za opinią analityków chińskiej sceny polityczno-gospodarczej. Bo przecież nikt nie ma wątpliwości, że rozpędzony azjatycki gigant to prowodyr wyżej opisanych procesów.

Własnoręcznie zdobiony dom pana Staszka w Gładyszowie prawdopodobnie nie przetrwa próby czasu, fot. Andrzej Śmiałek

A jednak nie powinniśmy za wszystko winić Chińczyków. Myślę tak sobie, przemierzając Małopolskę z Krakowa do Beskidu Niskiego i patrząc jak krajobraz – niegdyś wiejski – zmienił się w ostatnich latach w bardziej podmiejski. Murowane domy rozrzucone chaotycznie. Ogrodzenia i bramy typu „Wiśniowski”, za nimi w równych szeregach tuje szmaragd, kolorowa kostka Bauma i chińskie jałowce. Niby każdy dom inny, od Sasa do Lasa, ale jakoś to wszystko takie jednakowo nijakie. Rzadkością jest tradycyjny wiejski ogród. Taki jak u pani Marii z Wołowca, gdzie pośród drzew owocowych kwitną malwy i cynie, a zużyte wiklinowe koszyki, dziurawe garnki i stare sprzęty gospodarcze funkcjonują jako donice i klomby. Dostały drugie życie i zamiast kończyć na śmietniku, upiększają ogród. Albo dom pana Staszka w Gładyszowie. Proporcjonalny, skromny, wybudowany w tradycyjnej technologii i formie, rozczula ozdobiony fantazyjnie przez lokalnego artystę.

Destrukcja różnorodności wydaje się nieodwracalna. Tak trudno teraz znaleźć inność. Niestety, winne są zarówno dizajn, jak i masowa turystyka. To frustrujące, szczególnie dla projektanta, który lubi podróże…

Andrzej Śmiałek

Andrzej Śmiałek

Absolwent Wydziału Form Przemysłowych ASP w Krakowie. Współzałożyciel i wieloletni projektant Ergo Design. Jest współautorem większości projektów realizowanych w latach 2005-2017 przez Ergo Design, laureatem wielu nagród i wyróżnień, w tym: RedDot, Teraz Polska, Dobry Wzór, TOP DESIGN Award. W 2009 roku otrzymał tytuł Designera Roku nagrodę specjalną prezesa IWP. Od 2007 roku prowadzi na macierzystej uczelni Pracownię Projektowania Produktu w Katedrze Projektowania Ergonomicznego.