Memiczny nadmiar
Cracow Art Week KRAKERS 2026
Hasło: „Łowcy, zbieracze, praktycy przyszłości”
Czas: 23–30.04.2026
W mediach społecznościowych można odnaleźć sporo profili, które za pomocą memów komentują świat sztuki. Na przykład Artfart Official porównuje proces powstawania wystaw grupowych do dram z uniwersum Kardashianek. Freeze Magazine, do zdjęcia Anthony’ego Bourdaina w ciemnych okularach, wystawiającego łokieć przez okno pociągu, dodał podpis: „Ja po poprawnym wymówieniu nazwisk Foucaulta i Baudrillarda w jednym zdaniu”. Z kolei na profilu Histerii Sztuki, czyli Soni Kiszy, pojawił się mem dotyczący konsumpcjonizmu i nadprodukcji. Autorka wykorzystała popularny format Drake meme, oparty na przerysowanym przedstawianiu preferencji i wyborów. W tym przypadku zestawienie pokazuje niechęć do zrównoważonej produkcji i konsumpcji oraz aprobatę dla obsesyjnego gromadzenia rzeczy tylko po to, żeby później je wyrzucić.
Praca w sztuce − albo bardziej adekwatnie: funkcjonowanie w świecie sztuki − stanowi wdzięczny materiał do tworzenia memów. Dotyczy to również formatu, jakim jest Cracow Art Week, do którego mem Histerii Sztuki wydaje się wyjątkowo trafnie pasować. A mam na myśli przytłaczającą liczbę wystaw i wydarzeń odbywających się co roku w ramach Krakersa. Generuje to nie tylko frustrację − zarówno po stronie osób oglądających, jak i tworzących wystawy − ale przede wszystkim uruchamia niepokojący splot mechanizmów klaustrofobicznego kapitalizmu: więcej, mocniej, szybciej. Zostajemy wprzęgnięte i wprzęgnięci w logikę ekonomii uwagi, prawie jak pod wpływem toksycznych algorytmów nieustannie konkurujących o nasz czas i skupienie w mediach społecznościowych. Trochę jak z marketingowymi komunikatami o wyprzedaży albo promocji jakiegoś produktu, które nas zatrzymują, często oferując coś, czego zupełnie nie potrzebujemy. Zresztą jeden z partnerów Krakersa, marka odzieżowa, specjalnie z okazji wydarzenia zaproponował czasową obniżkę cen swoich ubrań, produkowanych w dużej mierze w krajach Globalnego Południa. Zaprojektowane w ten sposób „święto sztuki” staje się swoistym zwierciadłem systemu, który produkuje nadmiar, ale niekoniecznie konfrontuje się z jego konsekwencjami. Opowiadają o tym między innymi obiekty Joanny Sitarz − jeden z nich jest częścią wystawy w Art Agenda Nova. Artystka odnosi się do kultury przesytu oraz nadproduktywności, zamykając odpady i resztki w lśniących epoksydowych kapsułach. W tym sensie Cracow Art Week nie tyle zmienia reguły gry w polu sztuki, ile raczej je utrwala.
Pomimo mojego sceptycyzmu wobec systemu, którego Krakers nie jest producentem, a jednym z produktów, podczas tegorocznej edycji kilka projektów zaskoczyło mnie i nawet zauroczyło. Mam na myśli takie wystawy, które trafnie komentowały hasło przewodnie tegorocznej edycji: „Łowcy, zbieracze, praktycy przyszłości”. Niekiedy wręcz wymykały się jego ramom, podejmując jednocześnie problem różnie rozumianej nadmiarowości. Swoją drogą − w kontekście hasła wydarzenia − memiczna wręcz niechęć części środowiska artystycznego do stosowania języka inkluzywnego wydaje się co najmniej osobliwa.
Jedna z pierwszych wystaw, które zobaczyłam, została zorganizowana w Art Industry Standard przez Olę Nenko i kolektyw Córy Lęku wraz z innymi zaproszonymi artystkami. Korzystając z politycznego potencjału koloru różowego i estetyki dziewczyńskości, a więc strategii, po które chętnie sięgała już Maria Pinińska-Bereś, a teraz wykorzystuje Iwona Demko, artystki zaprosiły nas do wnętrza torebki. Wystawa What’s in my bag nawiązała do popularnego internetowego formatu, w którym pokazuje się przedmioty noszone − zwykle przez dziewczyny − w torebkach. W tym przypadku zajrzenie do środka nie służy jednak oglądaniu luksusowych czy dizajnerskich akcesoriów, a zmierzeniu się z kulturowymi narracjami na temat płci, lęku czy wstydu. Tak jak wielokrotnie w historii sztuki i kultury róż okazywał się kolorem wywrotowym (jak w przypadku kominiarek Pussy Riot, założonych ponownie jako gest sprzeciwu wobec udziału Rosji w weneckim Biennale), tak i tutaj można odczytać go jako formę manifestu. Dla mnie ta słodka, a zarazem drapieżna przestrzeń stała się trafnym komentarzem do wciąż przezroczystych strategii wykluczania, choćby tych utrwalanych przez język − jak w odniesieniu do hasła Cracow Art Weeka. Innymi słowy − różem w maskulatywy.
Konsumpcjonizm w formie infinite scroll, czyli mechanizmu nieskończonego przewijania, który wykorzystywany jest w mediach społecznościowych, można było odnaleźć na wystawie Buy Buy Baby, Lucky Charm kuratorowanej przez Esterę Gałuszkę i Mariusza Sołtysika w Galerii Opcja. Jedną z prezentowanych prac była gra Maxa Murigo, w której wykonujemy niekończące się zakupy w wirtualnym supermarkecie. Inną stanowiły miniaturowe talizmany Julii Wojtanowskiej, losowane z automatu kulkowego. Obie prace wzajemnie się dopełniały i wzmacniały, podejmując temat fetyszyzmu towarowego. I jak przystało na cyniczny podmiot konsumpcji − zarówno symulowałam robienie zakupów spożywczych, jak i wylosowałam talizman: pająka strażnika.
Druga wystawa kuratorowana przez Gałuszkę powstała we współpracy z Kariną Gorzkowską w ramach kolektywu KMWTW. Polska Chiny w dwie godziny, prezentowana w zapuszczonej przestrzeni gdzieś pomiędzy stacją kolejową Kraków Płaszów a Krakowskim Centrum Targowo-Handlowym, tak zwaną Tandetą, odsyłała do raczkującego kapitalizmu lat 90. Wystawa obfitowała w ikoniczne tropy właściwe dla tej dekady. Pojawiła się między innymi bazarowa „ruska” torba na zakupy autorstwa Kamila Tłuszcza oraz Kacpra Tarnawskiego − wykonana nie z polipropylenu, a z „luksusowego” weluru i opatrzona złotym logo „TANDETA™”. Nieopodal znajdowała się praca Huberta Kurkiewicza − gigantyczna miska wypełniona nie ryżem, lecz kilkudziesięcioma kilogramami ziemniaków. Nie tak dosłownie, a w bardziej pogłębiony i subtelny sposób wątek nadmiaru oraz ekonomii uwagi podejmowała instalacja Influencer creep Kariny Gorzkowskiej. Wycięte z blachy litery układające się w słowo „PROMO” odnoszą się do tytułowej kategorii zaproponowanej przez Sophie Bishop. Influencer creep opisuje bowiem przenikanie logiki kultury influencerskiej do pola sztuki. Dodatkowo wystawie towarzyszyły ciasteczka z wróżbą, chińskie lampiony czy zupki instant Vifon.
Polska Chiny w dwie godziny to wystawa, do której mam jednak stosunek ambiwalentny. Z jednej strony ironicznie i atrakcyjnie wizualnie opowiada o doświadczeniu dorastania w latach 90. czy na początku 2000, z drugiej − nieco upraszcza, estetyzuje albo wręcz fetyszyzuje ten okres. Szczególnie problematyczne wydają się wszechobecne odniesienia do „chińskości”, która zostaje tu sprowadzona do roli dekoracyjnej, synonimu tandety i badziewia albo wyzysku. To trochę tak jak w piosence Funky Filona i Kai Paschalskiej Mała Chinka z 2005 roku, gdzie tytułowa bohaterka, która zasadniczo pochodzi z Wietnamu, staje się nośnikiem uprzedmiotowienia, egzotyzacji i stereotypowych projekcji.
Na koniec wspomnę o dwóch wystawach, które poprzez różne strategie kuratorskie i artystyczne traktują o procesie kompresji. W Galerii Podbrzezie Zofia Małysa-Janczy zaproponowała znaczeniową grę z niedostępnym oryginałem i jego kolejnymi wersjami. Na wystawie Decompression nadmiar cyfrowych danych i estetyki glitchu objawia się w kolejnych rozmytych iteracjach. Z kolei w Galerii Mikrob, która samą swoją skalą − przypominającą domek dla lalek − komentuje i jednocześnie redukuje nadmiar, Kamil Kuitkowski odwołał się do wątków nostalgii, dystopii oraz lalek z opowiadania Philipa K. Dicka. Wśród wyposażenia domku-galerii znajdowały się między innymi miniaturowe wersje obiektów Karoliny Jarzębak, która w swojej twórczości „kompresuje” internet i sięga do uwodzicielskiej, a zarazem absurdalnej memosfery.
Nadmiar, a w zasadzie memiczny nadmiar − czy to w sztuce, czy poza nią − ani nas nie dziwi, ani nie szokuje. Reagujemy na niego raczej jak Drake z mema: domyślnym gestem „meh” albo przeciwnie − „hell, yeah”. A może jednak nie do końca? Jak pisze Olga Drenda w Słowie humoru, ironia może kamuflować niechęć do konfrontowania się z rzeczywistością i stanowić intuicyjny wyraz nastrojów nihilistycznych. Na przykład mem: „Na pozór silna dziewczyna, a w środku ledwo się trzyma”, który z łatwością można odnieść do dużej części osób funkcjonujących w polu sztuki, jest jednocześnie zabawny i smutny, bo działa zarówno jako hiperbola, jak i realny komunikat o bezsilności. Paradoks ironii − jak zauważa dalej Drenda, odwołując się do Kierkegaarda − może być jasną wskazówką, że dzieje się coś poważnego.
Katarzyna Oczkowska
Krytyczka, kuratorka, adiunktka w Instytucie Sztuki i Designu UKEN w Krakowie. Autorka tekstów naukowych oraz krytycznych, twórczyni intermedialnych projektów, autorka podkastu Wygląda na niezłą sztukę.

