Maski i maseczki
Barbara Porczyńska, Oddycham
Miejsce: Biuro Wystaw Artystycznych w Krośnie
Czas: 6 – 27 czerwca 2026
Kuratorka: Agata Sulikowska-Dejena
Ludzie są różni. Jest w tym ogromna mądrość Wszechświata, bo możemy doświadczać spotkań z innymi jak nieustającej przygody i podróży. Potrzebne do tego jest jednak zdrowe podejście emocjonalne, umiejętność adekwatnego reagowania na mniej lub bardziej wymagające sytuacje w relacjach z innymi osobnikami naszego gatunku, który jest przecież gatunkiem stadnym. Dlatego samotność, izolacja, poczucie wykluczenia i niezrozumienia w naturalny sposób wpływają źle na naszą psychikę. A gdy jest źle, zamiast szukać pomocy u innych, zakładamy maski, udając, że wszystko jest w porządku. Są one kłamstwem, więc nie mogą służyć dobrostanowi.
Właśnie tytuł Maska nadała swojej etiudzie wideo (2025) Barbara Porczyńska, artystka wyrażająca się do niedawna wyłącznie w medium malarstwa, znana przede wszystkim z projektu „Mamalarka”. Tym razem, w krośnieńskiej Galerii BWA, na wystawie indywidualnej, zatytułowanej Oddycham, prezentuje inne formy wyrazu artystycznego, takie jak: obiekty, tkaninę i wspomniane przeze mnie wideo.
Na przezroczystym talerzyku jakaś dłoń pieczołowicie układa cztery nieduże tabletki: dwie małe białe i lekko owalne, jedną mdławo żółtą, krągłą oraz białą, w żelowej otoczce, a więc lśniącą, większą i podłużną. Domyślam się, że ta dłoń, o długich kościstych palcach, jest dłonią artystki. Mój osobisty ciąg myślowy od razu wyczuwa intencję autorki. Układa specyfiki tak, by stworzyć na talerzyku wyobrażenie twarzy: oczy, usta, nos.
Ten specyficzny kod mózg człowieka dorosłego odczytuje wielokrotnie w swoim życiu. Najpierw na twarzy matki, potem innych osób, następnie samemu tworząc rysunkowe głowonogi, później w figuralnym malarstwie wielu epok, a także w przypadkowym układzie wzorów na korze drzewa. Twarz ludzka nas otacza. Ta prawdziwa, widziana bezpośrednio, i ta nieprawdziwa, bo zapisana na nośnikach w formie zdjęcia, filmu, obrazu, rzeźby, a także ta wywołana tylko przez skojarzenie.
Talerzykowa głowa zostaje podniesiona przez Wielką Dłoń i rozpoczyna swoją podróż. Wnikliwy obserwator domyśli się, że rozmazane tło to nic innego, jak różne pomieszczenia domu, posadzki ceramiczne, dywany, wykładzina w pokoju, gdzie rządzą też rozrzucone ubrania, schody, lastriko. W czasie przemieszczania się, tej niespiesznej podróży, tabletkowa buzia doznaje mikrowstrząsów, jej mimika się zmienia, czasem nawet przestaje przypominać kod oblicza ludzkiego, po prostu staje się kilkoma tabletkami na talerzu, by pod koniec wyprawy z powrotem uspokoić wyraz. Twarzy.
Podróż pigułkowego człowieka wywołuje u mnie więcej refleksji, bo już jakiś czas przemierzam swoje życie. Nie zawsze jest przecież tak, że naprawdę się uśmiecham. Czasem „gra jest zła”. Więc, jak w powiedzonku, zakładam do niej maskę, „dobrą minę”. Życie bowiem jest pasmem różnych, najczęściej trudnych doświadczeń. Lubię myśleć i mówić, że to są zadania, a nie problemy. Wtedy łatwiej mi je przepracowywać. Ale emocje są widoczne na mojej twarzy. Mam wrażenie, że moja mimika nie słucha się mnie, wybierając niezależność. Zawsze odpowiada moim prawdziwym uczuciom. Nawet jeśli się uśmiecham, ludzie, którzy mnie wkurzają, wyczuwają, że jestem rozdrażniona. Wynagradza mi to siódmy zmysł intuicji, bo ja też odczytuję prawdziwe emocje innych i nie zwiedzie mnie żadna maska. Taka wrażliwość na otoczenie jest darem, ale zarazem przekleństwem.
Cztery niewielkie przedmioty. Rozpuszczalne i wchłanialne. Małe nic, a zarazem wielki wynalazek medycyny. Drobiazg, który wpływa na poprawę życia. U człowieka z nadwrażliwością emocjonalną życie bez leczenia farmakologicznego, które reguluje chemię w organizmie oraz psychoterapii, może być do cna nieznośne. Choć stwierdzenie „do cna” to słodka maska tego, jak naprawdę wypadałoby nazwać ten stan. Ból psychiczny tak wżera się w organizm, że staje się fizyczny, robi się mdło w ustach, ręce znikają, obręcz ściska płuca. To substancje chemiczne w ciele odpowiedzialne za reakcję na stres, nastrój i motywację jak dopamina, kortyzol, serotonina – wariują. Życie staje się nieustającą męką i jedyną rozkoszą bywa myśl, że kiedyś się ono skończy. Ten stan wydaje się niemożliwy do zmiany. Może się jednak stać, o ile cierpiąca osoba zrozumie, że pomoc jest dostępna. Lekarz psychiatra nie jest od tego, by wystawić nam poniżające „żółte papiery”, nigdy nie był, ale na szczęście już tak się nie mówi. Jest to taki sam specjalista w swojej dziedzinie, jak chirurg w swojej. Człowiek Uleczający. Słucha pacjenta i mówi: „Ach, no tak. Nadnercza produkują czegoś tam więcej, więc trzeba to zastopować tym i tym. A tu i tu można pobudzić to i to, tym i owym”. Przy dobrze dobranych lekach oraz zaufaniu psychoterapeucie – szok! Życie nabiera rumieńców, ciężar staje się lżejszy, plecy się prostują. A na twarzy pojawia się prawdziwy uśmiech – wyraz spokoju i radości z życia.
I tak, za pomocą medykamentów, chemicznej interwencji w nasze ciało, w nasz mózg, możemy poprawić samopoczucie do tego stopnia, żeby już nigdy nie musieć ukrywać złego nastroju i zakładać na twarze masek kłamstwa. Rozeznanie relacji z innymi ludźmi w stadzie bądź poza nim, przebiega w coraz większym spokoju i jest coraz bardzie rzeczowe. Tutaj uśmiech i zgoda na zbliżenie, a tam – asertywność i postawienie granic. A wszystko to bez napięć, poczucia winy i niepotrzebnych nerwów. Przy tym dobrze wiedzieć, że także wielu innych członków stada jest wysoko wrażliwych, co z jednej strony wspiera twórczość i kreatywne myślenie, ale też ich samych wyniszcza.
Osobą wysoko wrażliwą jest niewątpliwie Basia, Mamalarka, bo od lat szczerze opowiada poprzez swoje obrazy o trudach macierzyństwa, a teraz ujawnia opinii publicznej to, że wspomaga się lekami. Moje skojarzenie jest proste: żeby zedrzeć maskę kłamstwa, warto regularnie nakładać na organizm korekcyjną, kosmetyczną maseczkę z chemii psychiatrycznej.
Na zdrowie i dla własnego dobrostanu!
Maria Bugajska-Kondrad
Nysanoczanka, z pochodzenia wschodnia, z urodzenia zachodnia. Malarka, magistra sztuki, mistrzyni rzeźby w drewnie, edukatorka i animatorka kultury. Uczy m.in. rzeźby w drewnie w ULRA w Woli Sękowej. Zajmuje się także dziećmi z małych miejscowości, dla których dostęp do kultury jest ograniczony. Studiuje Sztukę Współczesną na krakowskim UKEN-ie.
Mieszka w Beskidzie Niskim, gdzie prowadzi Pracownię Artystyczną „Atelier KRZOKI”.



