Nr 21 wiosna 2026 rozmowy Laura Gutowska, Magdalena Cichańska

Maluję, żeby zbliżyć się do prawdy. Z Magdaleną Cichańską rozmawia Laura Gutowska

Widok wystawy, Magdalena Cichańska, Gminny Dom Kultury w Wąwolnicy „Stare przedszkole”, 2026 (fragment obrazu)

 


Laura Gutowska: Znajdujemy się w Wąwolnicy, gdzie w Domu Kultury — odnowionej przestrzeni Starego Przedszkola – trwa twoja wystawa indywidualna. Ekspozycja ma charakter przekrojowy i obejmuje prace z różnych etapów twojej twórczości. Czy jest to twoja pierwsza tak duża wystawa od dłuższego czasu i jakie emocje jej towarzyszą — zwłaszcza po wszystkim, co wydarzyło się w międzyczasie?

Magdalena Cichańska: Ostatnią wystawę miałam w Puławach, w Galerii Sztuki Jag — jeszcze przed 2020 rokiem, choć dokładnej daty już nie pamiętam. Można więc powiedzieć, że to moja pierwsza większa ekspozycja po dłuższej przerwie. W tym czasie powstało też kilka nowych obrazów, które można tu zobaczyć. Bardzo się cieszę, że wystawa odbywa się właśnie tutaj, tak blisko miejsca, w którym mieszkam — dzięki temu łatwiej było wszystko zorganizować.

Czyli mniej więcej sześć lat od poprzedniej wystawy. Czym się w tym czasie zajmowałaś?

Malowałam, choć niezbyt dużo — byłam skupiona na wychowywaniu dzieci. Ale obrazy jakoś powstawały: kwiaty, kościół malowany w plenerze. Brałam udział w plenerze w Szydłowie, malowałam też na zamówienie. Fajnym doświadczeniem był plener z młodszymi artystami — musiałam sobie przypomnieć, jak się maluje szybko z natury.

 

W autokomentarzu towarzyszącym wystawie wspominasz, że jako dziecko kolorowałaś i przerysowywałaś obrazy Stanisława Wyspiańskiego i Konrada Krzyżanowskiego z albumów. Czy twórczość tych artystów jest nadal obecna w twojej wrażliwości, czy to już raczej ważne, ale odległe wspomnienie z dzieciństwa?

Krzyżanowski jest teraz dla mnie mniej istotny — był taki etap, gdy malowałam bardzo zamaszyście, gdy rysunek nie był najważniejszy, ale potem zaczęłam zmierzać ku precyzji. Wyspiański nadal gdzieś we mnie jest — te pastele, portrety dzieci. Dzieci na jego pracach nie są pogodne, a mimo to są piękne. Teraz zresztą chciałabym odejść od malarstwa szczegółowego i wrócić do malowania swobodniejszego.

Rysunek wydaje się bardzo ważnym elementem twojej twórczości. Pamiętam twoje prace z wystawy Życie ukryte. Dziecko w polskiej sztuce współczesnej w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Kiedy stał się dla ciebie tak istotnym środkiem wyrazu — do tego stopnia, że buduje też strukturę obrazów?

Na studiach rysunek był dla mnie bardzo ważny. Profesor Bednarski zachęcał nas do zapisania się do pracowni profesora Jacka Gaja. Już w liceum dużo rysowałam — studia dłoni, rysunki linearne. Ale potem to poszło bardziej w stronę malarskiej plamy. Dopiero u profesora Gaja wróciłam do rysunku realistycznego.

Czy te rysunki opierały się głównie na pracy z natury?

Tak, dużo pracy z natury. Światło było bardzo ważne. Starałam się uchwycić psychologiczny wymiar portretu — żeby to nie było tylko studium anatomiczne, ale żeby było w nim coś więcej.

 

* * *

Twoje malarstwo jest niezwykle dopracowane — każdy detal wydaje się uważnie obserwowany i precyzyjnie oddany. W portretach mocno wyczuwalna jest obecność modela, a w przedmiotach niemal można poczuć ich fakturę i materialność. Jak wygląda proces powstawania obrazów? Czy pracujesz głównie z natury, czy korzystasz ze zdjęć? I czy kompozycję masz wcześniej zaplanowaną, czy rodzi się intuicyjnie?

Zaczynam zawsze od rysunku, od szkiców. Z głowy raczej nie rysuję. Jeśli to obraz z natury — jak ten kościół — wybieram kadr, rysuję w plenerze, a potem przenoszę na płótno. Są też obrazy z pomysłu: wtedy szukam różnych elementów, ustawiam je w odpowiednim oświetleniu i zaczynam malować. Podstawowe elementy są ustalone, a potem kompozycja się wzbogaca. Na obrazie Dziewczynka pod stołem butów na początku nie było w planie — pojawiły się dopiero w trakcie. Nie wiedziałam też, co znajdzie się na stole. To wszystko dzieje się w procesie.

Twoje kompozycje nie wyglądają jak kadry fotograficzne. Jak rozmieszczasz elementy? Skąd wiesz, co powinno znaleźć się w danym miejscu?

Bardziej intuicyjnie.

Mówiłaś, że starasz się malować w zgodzie ze sobą samą. Jak rozumiesz tę autentyczność?

Nie staram się jakoś szczególnie — chcę, żeby było autentycznie. Zbliżyć się do prawdy, nie upiększać rzeczywistości. Piękno jest obecne, ale są też różne doświadczenia na tej drodze — też w samym procesie twórczym.

A kolor — jak z nim pracujesz?

To bardziej emocjonalne podejście. Po prostu jakoś tak wychodzi — nie jestem kolorystką.

Jak długo pracujesz nad jednym obrazem? Czy malujesz kilka jednocześnie?

Zazwyczaj maluję kilka na raz, ale mam też takie etapy, że jednemu obrazowi poświęcam więcej uwagi, a inny odkładam na jakiś czas. Mam jeszcze kilka płócien zaczętych parę lat temu, które stoją i czekają. Większy obraz — myślę, że około miesiąca.

Wstaję wcześnie — między szóstą a siódmą. Przygotowuję herbatę, śniadanie, budzę dzieci, pomagam tym, które nie wiedzą, w co się ubrać. Gdy są w szkole — sprzątam, gotuję, załatwiam zakupy. Czasem włączam muzykę, oglądam coś, wychodzę do ogrodu. Podlewam w tunelu foliowym. Potem wracają, jest obiad, zmywanie. A wieczorem, jak mam czas — zaglądam na poddasze, gdzie mam pracownię. Nie maluję codziennie, ale lubię tam wejść, pobyć chwilę z obrazami, popatrzeć na nie, zobaczyć coś na nowo.

* * *

Na wystawie znajdują się dwa obrazy przedstawiające karmienie piersią oraz dziecko trzymane na rękach — ukazane z bardzo intymnej perspektywy, jakbyśmy patrzyli oczami matki. Jak wyglądał proces pracy nad nimi?

Sztaluga stała przede mną, dziecko miałam na ręce — karmienie jest przecież częste, spędza się na tym dużo czasu. Podmalówkę robiłam farbą wodną, kończyłam olejną. Najpierw szkic — dziecko na ręce, sztaluga albo kartka przede mną. I tak to szło.

Na tej wystawie bardzo mocno wyczuwalne są emocje modeli, którymi są najczęściej osoby ci bliskie. Jesteś mamą siedmiorga dzieci. Jak łączysz życie rodzinne, uważność na naturę i codzienność z pracą malarską?

Na co dzień trudno mi się jakoś zainspirować tym powszednim życiem. Dopiero jak już zacznę coś robić — to wtedy zaczynam więcej widzieć. Jak już trzymam ołówek w ręce, zaczynam obserwować i sam ten proces poszerza moje spojrzenie.

Jaka jest rozpiętość wiekowa między twoimi dziećmi?

Najmłodsza córka ma dwa lata, a najstarszy syn kończy we wrześniu osiemnaście.

Jak to jest obserwować dzieci w tak różnych momentach życia — jedne właśnie dojrzewają, inne stawiają pierwsze kroki?

Nie pamiętam, jak to było — dzieci bardzo się zmieniają. Kiedy przypominam sobie, jak wyglądały kilka lat wcześniej, jestem zdziwiona. Każde jest na innym etapie…

Co jest dla ciebie ważne, kiedy obserwujesz i rysujesz swoje dzieci?

Na pewno ruch — to dla mnie bardzo ważne. I uchwycenie emocjonalności, różnych kierunków. Kolor może teraz trochę mniej, ale chcę, żeby emocja była odczuwalna.

Czy dzieci chętnie pozują?

Różnie. Najlepiej wychodzi, kiedy oglądają coś w telewizji. Czasami trzeba je czymś przekupić.

Pamiętam, że na rysunkach prezentowanych w Zamku Ujazdowskim pojawiały się głównie dzieci śpiące. Czy nadal podejmujesz ten temat?

Może ten etap już minął — kiedy one śpią, to i ja śpię. Ale wcześniej tak właśnie było: w nocy było spokojniej i można było coś narysować.

Czy czujesz, że doświadczenie macierzyństwa kształtuje twoją wrażliwość artystyczną?

Myślę, że tak. Twarze dzieci mają w sobie niezwykłe piękno i naturalność. Patrząc na nie, człowiek zatrzymuje się przy tym pięknie i przy obecności drugiej osoby. To bardzo poruszające i inspirujące doświadczenie.

 

***

Na wystawie jest piękny portret rodzeństwa — Blanka i brat. Pozowali z natury?

Tak, z natury. Na tym portrecie widać różnicę charakterów: Blanka jest bardziej zamknięta w sobie, Daniel — otwarty. To widać na pierwszy rzut oka.

Twoje dzieci interesują się sztuką?

Mają zdolności. Może nie przeglądają albumów z malarstwem, ale opera, teatr, balet — to bardzo lubią.

A jak patrzą na twoje obrazy?

Bardzo im się podobają. Ale wiesz — kiedy coś wisi w domu, to staje się przyzwyczajeniem. Poza tym to inne pokolenie. Dużo oglądają filmów dla dzieci, które są po prostu bezgustowne.

Na wystawie są też obrazy z dziewczynką schowaną pod stołem. W autokomentarzu piszesz o uchwyceniu dziecięcej zabawy i ulotnych momentów codzienności. Czy te sceny były inspirowane obserwacją dzieci?

Może to bardziej ja — ale one też się chowają w różnych dziwnych miejscach. Ogólnie to odnosi się do moich wspomnień: chowanie się pod stołem, przymierzanie butów mamy, rysowanie, to było mi bliskie. Pozowała mi córka.

Ja też uwielbiałam jako dziecko przebierać się w ubrania mamy czy babci i udawać dorosłą. Ty masz podobne wspomnienia?

Tak jest. I widzę po swoich dzieciach to samo — też już by chciały być dorosłe, malować się, przebierać w różne stroje, udawać różne osoby. To chyba charakterystyczne dla dzieciństwa.

Są też dwa obrazy martwej natury. Możesz coś o nich powiedzieć?

To już lekkie podejście — bardziej interesowała mnie plama barwna. Ustawiałam sobie różne przedmioty, też rysunki dzieci. A serce na jednym z obrazów — wtedy malowałam ten obraz i interesowało mnie, jak serce wygląda, jak je namalować realistycznie. I tak stało się centrum kompozycji.

Chciałam zapytać o obraz o tytule Blanka, który znalazł się na plakacie wystawy. To bardzo tajemnicza, intrygująca praca. Czy wiąże się z nią jakaś konkretna historia?

W miejscowości, gdzie malowałam ten obraz, było drzewo, które ścinano etapami. Najpierw namalowałam obraz, gdy drzewo było wyższe — a potem, gdy zostało już niżej ścięte, dzieci bawiły się na pniu. To też nawiązanie do moich wspomnień: mój tato malował nasz portret — po komunii, w białych sukniach. I Blanka też pozowała mi wtedy, kiedy była po pierwszej komunii. No i interesowały mnie motywy wanitatywne — ścięte drzewo często pojawia się na cmentarzach, jest symbolem zakończonego życia.

Bo właśnie — dużo jest tu takiej uważnej obserwacji, trochę jak reportaż. Jest przekrój całego życia, bliscy, a zarazem ten motyw przemijania.

Tak, te obrazy ze ściętym drzewem… I można tak powiedzieć, że portrety dzieci też coś takiego w sobie mają.

Na wystawie jest też obraz przedstawiający kobietę i dwie dziewczynki. Jaki nosi tytuł?

Ja bym mu nie nadawała tytułu, ale sam się nasuwa. Ta kobieta to portret mojej mamy, tu jestem ja i moja siostra. To obraz ze wspomnień: jeździłyśmy na wieś do cioci — dom mojej prababci. Prababcia miała na imię Wiara, urodziła się w 1900 roku, była najstarszą z trzech sióstr: Wiara, Nadzieja i Miłość. Tylko ona dożyła dorosłości. W tym domu wisiał obraz właśnie z tymi imionami. To nabrało charakteru symbolicznego.

 

Masz artystów, których twórczość szczególnie Cię zachwyca?

Tak. Jest jeden obraz Artemisii Gentileschi — Maria Magdalena. Za każdym razem, gdy na niego patrzę, nasuwają mi się skojarzenia z muzyką — ten opadający rękaw, draperie… I bardzo lubię ostatnio portrety Élisabeth Vigée Le Brun. Kiedyś to malarstwo renesansowe — Michał Anioł, Bernini, Kaplica Sykstyńska. Ale Vigée Le Brun mnie szczególnie teraz fascynuje. Ona też, że tak powiem, cały czas malowała. I też tam są relacje z córką. Jak ktoś jest malarką, dzieci są obecne w twórczości.

Opowiesz więcej o tej malarce?

To malarka francuska, żyła w czasach Marii Antoniny — była jej nadworną portrecistką. Namalowała całą epokę, wszystkie te osoby. Ma też pamiętniki, w których opisuje sesje malarskie — nie tylko portretowała, ale pisała o tych ludziach. To bardzo ciekawe. Miała też córkę — Julię.

Czytałaś jej pamiętniki?

Tak, czytałam. Opisuje sesje z modelami, jej obserwacje są bardzo żywe.

Jak porównujesz jej życie do swojego?

Może troszeczkę, bo też dla niej relacja z córką była bardzo ważna. Ale ona była całkowicie skupiona na malowaniu — całe życie. A ja jednak nie maluję cały czas. Chyba czułabym się zmęczona, gdybym malowała bez przerwy.

Czy to, co dzieje się aktualnie w świecie sztuki — w galeriach, na rynku — jakoś cię interesuje?

Nie bardzo. Bardziej interesuje mnie sam obraz — kolor, bryła, światło — niż to, co jest na rynku. Sam obraz mnie interesuje.

Jaki obraz współczesnego artysty szczególnie cię przejął?

Trudne pytanie, bo zawsze wracam do mistrzów. Ale bardzo mi się podobają obrazy Grzegorza Wnęka, też profesora Bednarskiego — te ostatnie. Nie lubię malarstwa fotograficznego — widać, kiedy ktoś maluje ze zdjęcia. Kiedy artysta obserwuje z natury, to jest po prostu inne, prawdziwe. I czas — to ważny element. Teraz jest dużo obrazów, które powstają w chwilę, a malarstwo potrzebuje czasu, żeby było głębsze.

Jak wyczuwasz, patrząc na współczesne obrazy, że są namalowane ze zdjęcia?

Chodzi o światło, przestrzeń, bryłę. Obrazy malowane ze zdjęć — nawet jeśli są piękne kolorystycznie — brakuje im trójwymiarowości. To chyba ten główny element.

Mówiłaś kiedyś, że lubisz obrazy, które można kontemplować. Czy uważasz, że skoro budujesz je powoli, tak samo można je oglądać?

Tak, ja lubię obrazy, na które można długo patrzeć, do których się wraca i zawsze odkrywa coś nowego.

 

* * *

Jak wygląda twój normalny dzień?

Wstaję wcześnie — między szóstą a siódmą. Przygotowuję herbatę, śniadanie, budzę dzieci, pomagam tym, które nie wiedzą, w co się ubrać. Gdy są w szkole — sprzątam, gotuję, załatwiam zakupy. Czasem włączam muzykę, oglądam coś, wychodzę do ogrodu. Podlewam w tunelu foliowym. Potem wracają, jest obiad, zmywanie. A wieczorem, jak mam czas — zaglądam na poddasze, gdzie mam pracownię. Nie maluję codziennie, ale lubię tam wejść, pobyć chwilę z obrazami, popatrzeć na nie, zobaczyć coś na nowo.

Lubisz tę pracę domową?

Nie lubię sprzątać ani gotować, ale lubię piec — różne ciasta, dla siebie i dla innych. I lubię być w ruchu, chodzić po dworze, ćwiczyć.

Łączysz malarstwo, opiekę nad dziećmi i życie w niewielkiej miejscowości. To daje ci poczucie szczęścia?

Tak. Lubię malować, ale równie ważna jest dla mnie przestrzeń. Mieszkamy na górce i z okien widzę całą okolicę. Nawet zwykłe wyjście do sklepu wiąże się z przejściem kawałka drogi albo przejażdżką samochodem — i właśnie to bardzo mi odpowiada. Czasem brakuje mi teatru czy innych wydarzeń kulturalnych, ale zawsze można gdzieś pojechać. Lubię też po prostu być w ruchu.

Wspominałaś też, że lubisz pracować w ogrodzie.

Tak, bardzo.

Czy widzisz jakiś związek między pracą w ogrodzie a malowaniem?

W ogóle praca fizyczna kojarzy mi się z rysunkiem. Nawet sam ruch. Ostatnio dużo interesuję się tańcem — balet jest dla mnie trochę jak rysunek wykonywany ciałem. Te wszystkie figury, arabeski, układy ruchu zawsze przywołują skojarzenia z rysowaniem.

Chodzisz na balet?

Tak. Zaczęło się właściwie od dzieci, bo dziewczynki bardzo lubiły oglądać balet. Później sama zaczęłam się tym interesować i teraz jeździmy razem na zajęcia.

Wcześniej była na pierwszym miejscu, a teraz już nie jest. Chociaż może sama sztuka — wyrażanie siebie przez nią, też jej odbiór — jest nadal najważniejsza. Ale malarstwo nie jest teraz priorytetem. Może do tego za jakiś czas wrócę z większą siłą. Na razie trochę się zdystansowałam. Staram się też urozmaicać codzienne czynności — nawet sprzątanie czy gotowanie — przez odniesienia do świata sztuki.

Jesteś bardzo związana ze swoimi obrazami. Jak opisałabyś ten emocjonalny stosunek do tych prac?

Trudno mi się z nimi rozstać, bo niełatwe było ich namalowanie. Powstawały w trudnych warunkach — tu jakieś karmienie piersią, w ręce pędzel. Są odzwierciedleniem tego etapu w moim życiu.

Co rozumiesz przez to, że niełatwo je było namalować?

Trzeba się było odrywać od różnych zajęć i obowiązków, wygospodarować czas. Dzieci kręcące się obok, ustawiony rekwizyt, który zaraz się przestawiał — to wszystko było częścią procesu.

A sam proces tworzenia — jest łatwy, czy wymaga trudu?

Póki nie siądę przed sztalugą, wszystko wydaje mi się okropnie trudne. Trochę odkładam w czasie. Ale jak już zacznę malować — to wtedy samo płynie. Też jestem ruchliwą, niespokojną osobą. Żeby siąść przed obrazem, najpierw muszę coś porobić, żeby potem móc spokojnie być przy tym płótnie.

Do czego byś porównała malowanie?

Jak siadam przed sztalugą, zaczynam myśleć, przypominać sobie różne rzeczy. Przychodzą pomysły, obrazy. To wszystko się dzieje w tym procesie twórczym.

Jak teraz patrzysz wstecz na macierzyństwo — jak ta rola cię zmieniła?

Na pewno mnie zmieniła, ale nie chciałabym, żeby mnie definiowała — żebym patrzyła na siebie tylko przez ten pryzmat. To po prostu jeden z etapów mojego życia.

Co jest dla ciebie ważne w życiu? I na którym miejscu jest sztuka?

Wcześniej była na pierwszym miejscu, a teraz już nie jest. Chociaż może sama sztuka — wyrażanie siebie przez nią, też jej odbiór — jest nadal najważniejsza. Ale malarstwo nie jest teraz priorytetem. Może do tego za jakiś czas wrócę z większą siłą. Na razie trochę się zdystansowałam. Staram się też urozmaicać codzienne czynności — nawet sprzątanie czy gotowanie — przez odniesienia do świata sztuki.

A jakie masz plany na najbliższy czas? Co malujesz? Czy ta wystawa sprowokowała nowe pomysły?

Pomysły mam cały czas — zrealizować je nie jest tak łatwo. Chciałabym malować kwiaty, coś lekkiego, odprężającego. Mam kilka zaczętych obrazów figuratywnych, ale teraz ciągnie mnie ku lżejszym tematom — żeby głowa mogła odpocząć. Może jak będzie ciepło, wybiorę się ze szkicownikiem, tak jak w zeszłym roku, i coś nowego powstanie.

Jestem bardzo ciekawa twoich najnowszych prac. Mam nadzieję, że niedługo będzie możliwość zobaczenia ich na żywo. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Widok wystawy, Magdalena Cichańska, Gminny Dom Kultury w Wąwolnicy „Stare przedszkole”, 2026 (fragment obrazu)

Laura Gutowska

Laura Gutowska

Ur. 1997 w Warszawie. Artystka wizualna, której wiodącym medium jest malarstwo. Absolwentka Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie (dyplom 2022, pracownia prof. Grzegorza Bednarskiego). Obecnie jest doktorantką w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych i Sztuki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Brała udział w licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych.

Magdalena Cichańska

Magdalena Cichańska

Urodzona w 1983 roku w Świdniku, gdzie spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Ukończyła Liceum Plastyczne w Lublinie. Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach prof. Janusza Matuszewskiego i prof. Grzegorza Bednarskiego. Dyplom obroniła w 2009 roku w pracowni prof. Leszka Misiaka.