Konrad Krzyżanowski, Ostatni dzień używania słów, wystawa w galerii Jak Zapomnieć
Miejsce: Galeria Jak Zapomnieć, Kraków
Czas: 26.06 – 10.07.2025
Kurator: Kamil Kuitkowski
To mogła być 17:08. Dlaczego by nie? To przecież nie najgorszy moment dnia na drobne rozrywki.
Zatem uznajmy, że o tej właśnie godzinie, chwilę po podwieczorku, William H. Mumler zrobił sobie zdjęcie. Po wywołaniu okazało się, że nad jego nobliwą sylwetką zawisła półprzezroczysta postać. „Dawno zmarła kuzynka” – tak później twierdził. W 1861 roku pewnie wydarzyły się rzeczy ważniejsze. Jednak trudno zbagatelizować pierwszą fotografię ducha. Zwłaszcza że rozpoczęła trend. Nie tylko fotografii spirytystycznej, ale też manipulacji obrazem fotograficznym jako świadomą strategią.
Ponoć przez zdjęcia zaczęliśmy inaczej widzieć zjawy. My, jako ludzkość. Przynajmniej ta jej część, która ma czas, by gdybać o ciałach astralnych. Wcześniejsze wyobrażenia paranormalnych gości były raczej abstrakcyjne, bliższe odczuciu niż ujrzeniu. Dopiero zabawa podwójną ekspozycją Mumlera i jego następców, duchy umaterializowała. Nadała im kształt boleśnie ludzki. Znajomy, trochę tylko bardziej przeźroczysty. I tak już zostało.
W końcu, w chęci przywołania tego, co odeszło, chodzi o ponowne spotkanie tego samego. Nie jakiejś wariacji na temat. Chyba jedną z podstawowych potrzeb, choć nie wszyscy to przyznają, jest próba zachowania teraźniejszości w jej obecnym kształcie. Te wszystkie: pamiątki, zapiski, wypełnione pudełka i szuflady to homeopatia na lęk przed końcem i rozpadem. Przez to obsesyjne księgowanie codzienności kartezjańskie „myślę, więc jestem” przegrywa z „pamiętam, więc jestem”. Tak powstaje zgrabne poletko dla rozkwitu konserwatywnych narracji. W takich okolicznościach przyrody łatwo dostać gorączki, jak niejaki Derrida, który zaraził się katarem w archiwum.
Wystawa Konrada Krzyżanowskiego Ostatni dzień używania słów to symboliczna rekonstrukcja momentu po ocknięciu się z pełnego majaków pamięciowego delirium. Mimo wizualnego powidoku sennych wspomnień, sens kompulsywnego gromadzenia wizerunków i artefaktów przeszłości zostaje u Krzyżanowskiego podważony, jako niebezpiecznie odgradzający od rzeczywistości. Nawyk katalogowania życia, bliski dziwnej faktologii Janiny Turek, powracający wcześniej w jego praktykach artystycznych i prywatnych gestach, ustępuje przed automistyfikacją. Własne wspomnienia miesza z pożyczonymi od innych. Osobiste archiwa wizualne rozcieńcza obrazami nieznanego pochodzenia.
Z tej mieszanki wielości ekspozycji, choć bliskiej zabiegom fotografów-krętaczy, zamiast lewitujących żywych trupów wyłania się atemporalny krajobraz. Rodzaj innego stanu świadomości, w którym nielogiczność pozwala porzucić słowa, które straciły sens, bo służyły już tylko do opisywania przeszłości.
Język, który wybiera Krzyżanowski, pozwala ponownie połączyć się z tym, co teraz, ale też z tym, co kiedykolwiek. Umożliwia to emancypacyjne spekulacje, nowe rodzaje i zasady gry. Jak ta w „wystawa-instalacja vs. liminalna przestrzeń”. Obrazy Krzyżanowskiego, niejednokrotnie naśladujące proporcje i blask ekranów, kolonizują przestrzeń opuszczonego biura. – Pełnego śladów ludzi obsługujących jeszcze przed chwilą zza monitorów nieskończone bazy danych. Jednak używanie słów kluczy i zabezpieczających kodów, generowanie kolejnych katalogów wykresów i zbiorów tabel, które miały przynosić wieczne zyski, nie uchroniło nikogo z nich przed obecną nieobecnością.
I chyba nawet nic, poza za długim tekstem kuratorskim, tam nie straszy.

