Kompulsywni zbieracze, którzy żyć nie umieją inaczej

 

„Śmieciuszki jak je pan bóg stworzył”

Cierpię na zespół Diogenesa, jestem patologicznym zbieraczem. W latach dziecięcych, potem młodzieńczych objawiało się to kolekcjonerstwem przypadkowych artefaktów – odlepionych z kopert znaczków, monet, kamieni – teraz zbieram śmieci. Chorobą zaraziłem się od moich rodziców. Oni też zbierali. Wychowali się w czasach, w których – jak mawiał świętej pamięci Kononowicz – nic nie było, niczego.

Jak byłeś sprytny, jak mój tatuś, to ogarnąłeś tematy, i nazbierałeś rzeczy, tak że jednak coś było. Trzeba było wyczuć moment, kiedy towar rzucano do sklepu, a potem o niego walczyć jako o ogień. Jeszcze lepiej było mieć zaprzyjaźnionego kierownika sklepu, który dawał cynk albo za dopłatą kitrał towar pod ladą. Wnęki meblościanek naszego nowohuckiego mieszkania pełne były wiana, które nigdy nie zostało rozdysponowane, bo czekało na cięższe czasy. Ręczniki, pościele, ściereczki, spodeczki, filiżanki i łyżeczki. Ale też buty, skarpety, które co roku dostawał z Huty – tak zwany przydział robotniczy.

„pracownia patologicznego zbieracza”

Po śmierci rodziców otwarłem te szafy, zmurszałe meblościanki i nie wiedziałem, co z zebranymi skarbami zrobić. Tego wiana nigdy nie rozdali, dzieci dorosły w sytych czasach, ściereczki, spodeczki, łyżeczki już wyszły z mody, był ich nadmiar, wprost zalew. Z niedosytu w przesyt, bakcyl zbieractwa został jednak zaszczepiony.

Rozwijał się od dziecka. Zbieraliśmy z chłopakami, co się dało. Nurkowaliśmy w śmietnikach Nowej Huty, szukając zepsutych zabawek, strzykawek, opakowań choćby po jajkach, starych śrub, nakrętek, klamek. Nie było niczego więc stwarzaliśmy swój świat z odpadów. Sterta betonowych płyt statkiem kosmicznym, stara klamka pistoletem. Brałeś do ręki patyk, a wyobraźnia stwarzała z niego magiczną różdżkę. Zbieraliśmy też butelki po wódce, po wypłacie w nowohuckich małpich gajach roiło się od spragnionych ekstazy robotników. Butelki się sprzedawało w punktach skupu, na marginesie, co za czasy, że teraz flaszek po gorzale oddać nie możesz, ile się marnuje materiału, ile pustych małpek gnije na skwerach, ech… Zbierało się też w stanie wojennym resztki po tak zwanych „rozróbach”: puste łuski, petardy, policyjne pały.

Zebrane śmieci trafiały w obieg barterowy, za strzykawkę – dwudziestkę – można było dostać resoraka. Dobrze pamiętam te wymianki, opakowania po jajkach z Zachodu, w których potem trzymałem znalezione skarby. Mój fragment meblościanki pełen był znalezisk. Na półpiętrze mieliśmy śmietnik, taką szufladę, którą się wysuwało i wyrzucało, lubiłem tam chodzić bo zawsze można było coś znaleźć. Piętro wyżej mieszkał lepiej sytuowany sąsiad, tak zwany partyjniak, członek kasty rządzącej krajem. Miał dostęp do lepszych towarów i usług, ale też kolorowych czasopism. Kolorowych, co warte podkreślenia, bo wtedy prasa była czarno biała. Jedynie lepsza i droższa wchodziła w kolor. Partyjniak wyrzucał je w śmietniku na moim piętrze, każdy taki stos makulatury skrzętnie przejmowałem.

„pracownia patologicznego zbieracza”

Z tych gazet powstawały moje pierwsze kolaże. Kiedy nie masz nic, robisz coś z niczego – bliska mi filozofia DIY. Kolaże urosły do zinów, ziny do form przestrzennych. Po przeprowadzce z Krakowa w Karpaty byłem pewien, że zamieszkałem w dziewiczym raju. Świeże powietrze, krystalicznie czysta rzeka, natura jak ją Matka stworzyła. Skończyło się lato, liście opadły, wyschły, zgniły i w okolicznych rowach pojawiły się przebiścieki.

To była bardzo smutna konstatacja. Że tu w dzikości, w bijącym sercu pierwotnej puszczy jest tyle tego cywilizacyjnego gówna, które naprawdę wygląda ohydnie. Cieszysz się naturą, wyjeżdżasz z miasta, żeby dotknąć niedotykalnego i dostajesz w mordę ochłapem: opakowaniem po czpisach czy petach, czy innym badziewiem (czego ja w rowach nie znalazłem!). Na początku strasznie mnie to mierziło, na tyle, że zacząłem sprzątać okoliczne lasy, rzeki ze smutnym sercem, czasem z wściekłością, a potem coś kliknęło, może nie w tę stronę, nie wiem.

„efekt – trashartowe kolaże”

Zacząłem te śmieci zbierać i przerabiać na sztukę. To jest brzydka sztuka. To jest plugawa sztuka. Ohyda, nigdy bym czegoś takiego nie chciał u siebie na ścianie. Więc robienie takiej sztuki to strzał w kolano, wiadomo, nikt jej nie kupi, nikt nawet nie spojrzy łaskawie. Co zrobić, zew silniejszy od rozsądku.

Jest tego masa. Tak jakby gmina nie miała odbiorów. Przecież płacisz za śmieci, samochód przyjeżdża pod dom i zabiera, ale ktoś jednak ma fantazję, żeby załadować na pakę i jechać rzucić do lasu. Ile to trzeba wysiłku, stresu! Może kogoś to rajcuje? Dzikie śmietniki wciąż żywe. Niektóre, to znów kolejny trud, przykryte dla niepoznaki świeżo naciętymi gałęziami, niektóre spalone. Najchętniej nad brzegami rzek, bo jak większa woda przyjdzie to wszystko poleci dalej.

„efekt – trashartowe kolaże”

Powinno mnie to martwić, martwi mnie, tak. Na początku byłem tym zdumiony, wręcz wzburzony, ale choroba Diogenesa, nowohucki wirus odnowił się po latach, ciężko to wytrzebić, to zostaje we krwi, jak borelioza. Zacząłem śmieci zbierać, ba – fascynować się nimi. Teraz, jak idę w las, to nie myślę, o boże znów plastik, tylko – wow, ale piękny zgnieciony kołami traktora śmieciuszek, ależ z niego zrobię sztukę! Moja pracownia przypomina wnętrze patologicznego zbieracza. Wiecie, czasem w prasie pojawiają się newsy, że ktoś umiera, a w domu stosy śmieci, że tylko kurytarzyki zostawione, ledwo daje się przejść z kuchni do łazienki, no właśnie, zapraszam do siebie, tak wygląda moja pracownia.

Tatuś mi wieszczył, bo nie wierzył w moje fascynacje sztuką, gnębił, że nie mam normalnej pracy – ty Sławek skończysz marnie, na śmietniku, zobaczysz, będziesz zbierał śmieci… I tak się stało, na szczęście niewiele lat do końca zostało. Kończąc: znacie pewnie te polskie, wiejskie podwórka, gdzie piętrzy się wszystko, czego żal wyrzucić, bo może się przydać? Stare traktory, karoserie, wanny, klatki, deski, pręty, opony, felgi, zwoje siatek, kłębowiska drutów… Kocham takie miejsca i apeluję, by je chronić; nie rozumiem, dlaczego żaden skansen albo muzeum etnograficzne nie zrekonstruowało takiego podwórka, nie zachowało go w zbiorach? Idziesz do skansenu i oglądasz ładne drewniane, kwiatami zdobione chaty – a gdzie pustaki, eternit, gdzie sterty butelek, starych wiader, gdzie dzikie śmietniki, złomowiska?

Sławomir Shuty

Sławomir Shuty

Artysta ruderalny; pisarz/scenarzysta (Zwał, Cukier w normie, Freestyle), reżyser (Luna, Pokój, Trip); rolnik; stały współpracownik Korporacji Ha!art; w Nowej Hucie mieszkał do 30 roku życia, obecnie wrócił do karpackich korzeni, skąd pochodzą jego rodzice, którzy w tamtym stuleciu przyjechali budować nowe robotnicze miasto.