Nr 22 lato 2026 rozmowy Magdalena Urbańska, Justyna Mędrala

Kiedy przestaje się nauczać, a zaczyna towarzyszyć. Z Justyną Mędralą rozmawia Magdalena Urbańska

W pracowni Justyny Mędrali, fot. Bartek Basista

Magdalena Urbańska: Rozmawiamy tuż przed ogłoszeniem wyników naboru do „Splotów. Programu rozwoju i promocji młodych artystów inspirowany twórczością Czapskiego, Wajdy i Wróblewskiego”. Wraz z Olgą Pawłowską i Natalią Buchtą – z którymi również porozmawiam w tym cyklu – jesteście nie tylko jurorkami open-calla, lecz przede wszystkim mentorkami w tym projekcie. To pod waszą opieką studentki i studenci będą przez kolejne miesiące rozwijać prace inspirowane twórczością jednego z trzech patronów programu.

Mam jednak poczucie, że dla osób uczestniczących równie inspirujące jak spotkanie z twórczością Czapskiego, Wajdy czy Wróblewskiego będzie spotkanie z każdą z was. Chciałabym więc porozmawiać o drodze do bycia mentorką – o tym, jak kształtuje się relacja między własną praktyką artystyczną a pracą edukacyjną. Każda z was ma za sobą inne doświadczenia i inaczej myśli o edukacji artystycznej. W twoim przypadku obie te role – artystki multidyscyplinarnej i edukatorki – wydają się równie ważne i równie mocno uwypuklasz je w swoich biogramach. Zacznę więc od prostego pytania: którą z nich dziś bardziej się czujesz? Czy któraś jest dla ciebie ważniejsza?

Justyna Mędrala: Nie mam jednej głównej, dominującej tożsamości. Powiedziałabym, że równolegle wykonuję trzy różne prace. Jedna to praca artystyczna, druga – edukacyjna i pedagogiczna (choć i one różnią się od siebie), a trzecia – administracyjna na uczelni. W tym momencie pełnię funkcję prodziekanki Wydziału Artystycznego ASP w Katowicach, więc większość czasu spędzam w biurze. Największym wyzwaniem jest dla mnie znalezienie czasu na pracę artystyczną. Jest to także wyzwanie logistyczne, ponieważ mieszkam w Krakowie i tutaj znajduje się moja pracownia.

Ale się to udaje?

Początek tego roku był dla mnie wyjątkowo trudny, bo w pierwszym kwartale miałam trzy wystawy. Na każdą musiałam przygotować nowe prace. Ale zmobilizowałam się i dzięki temu, że siedziałam godzinami w pracowni, udało mi się dać radę ze wszystkimi tematami – etatowymi administracyjnymi, dydaktycznymi i artystycznymi.

Czy własna praktyka artystyczna wpływa na to, jak pracujesz z młodymi?

Kiedy uczę, to przez pryzmat tego, co sama potrafię, czego spróbowałam artystycznie i jakie mam doświadczenia, co wyciągnęłam z indywidualnego procesu.

Czy twoja edukacja, a przede wszystkim twoi nauczyciele, wpłynęli na ciebie jako artystkę?

Miałam genialnych nauczycieli w krakowskim liceum plastycznym. Potem, studiując na Wydziale Grafiki, trafiłam na bardzo erudycyjną kadrę. Chodziłam na zajęcia i cały czas ćwiczyłam warsztat artystyczny oraz projektowy, chociaż – przyznam szczerze – przez pierwsze trzy lata studiów nie zrobiłam nic interesującego. Myślę, że po „plastyku” byłam po prostu wypalona. Grafika warsztatowa nie odpowiadała też do końca na moje pytania o to, czym właściwie jest istota tworzenia. Żeby dobrze wykorzystać ten czas, rozwijałam się w projektowaniu graficznym. Ale po trzecim roku postanowiłam wrócić do swoich twórczych korzeni i skupić się na rysunku.

Dlaczego więc wybrałaś taki kierunek? W ciemno?

Tak. I gdybym drugi raz szła na studia, wybrałabym malarstwo. Czasu się jednak nie cofnie, więc szukam w tym wartości. Największą z nich jest to, że na Wydziale Grafiki mieliśmy ogromną różnorodność programów edukacyjnych. To nie była tylko różnorodność technik, ale też możliwość mieszania oferty różnych katedr i kontaktu z bardzo różnymi nauczycielami oraz ich podejściami: jedni byli bardziej innowacyjni, czasem wręcz awangardowi, inni – tradycyjni. To był inspirujący miszmasz – najlepszy, jaki może spotkać młodego człowieka na studiach.

Jesteś w stanie wymienić swojego mentora lub mentorkę?

Musiałabym wymienić kilka bardzo ważnych osób ze studiów i kilka osób ze szkoły, ale nie chciałabym nikogo pominąć. Co ważne, cały czas pozostajemy w kontakcie.

Muszę jednak przyznać, że wybierałam pracownie takich osób, które stały nieco z boku (śmiech). Cieszę się, że ci nauczyciele szanowali moją potrzebę niezależności i nie próbowali ukierunkowywać mnie czy wpływać na moją, tworzącą się, tożsamość artystyczną.

W pracowni Justyny Mędrali, fot. Bartek Basista

W tym kontekście bardzo ciekawe są narzędzia, którymi się posługujesz. W ramach edukacji były to grafika, intermedia i fotografia, natomiast w twórczości artystycznej poszerzyłaś te media o działania z wykorzystaniem surowców naturalnych, czyli pracę z materiałem dość delikatnym.

Od liceum utożsamiam się przede wszystkim z rysunkiem. To moja podstawowa technika i od niej zaczynam pracę nad każdym projektem. Z czasem zauważyłam jednak, że niektóre tematy lepiej wybrzmiewają w formie obiektu czy instalacji. Tworzę je z różnorodnych materiałów, często jeszcze mniej trwałych niż sam rysunek na papierze. Wszystkie przechowuję złożone w skrzyniach i zarchiwizowane, bo ze względu na kruchość nie mogą być regularnie pokazywane. Dlatego zdarza mi się po latach odtwarzać dawne realizacje na podstawie fotografii albo zachowanych fragmentów. Robię to, żeby mogły na nowo wybrzmieć w innych kontekstach.

Skąd się to u ciebie wzięło?

Wychowywałam się w domu, gdzie codziennością była praca w polu. Tu, gdzie siedzimy, znajdował się spichlerz, w którym składowane było zboże zwożone przez tatę po żniwach. Szaleliśmy w zbożowych hałdach jako dzieciaki, a było nas dużo – rodzeństwa i kuzynostwa mieszkającego razem.

Mieliśmy tutaj bardzo duży teren i kiedy dorastałam, czymś naturalnym było, że dzieci pracowały razem z dorosłymi. Rodzice uczyli nas też traktować ciężką pracę jako coś normalnego. Jest ona więc głęboko wpisana w moją tożsamość.

Potem poszłam do liceum plastycznego, na czym zależało mi od zawsze – między innymi za sprawą dziadka malarza. Dziadek był moim pierwszym mentorem. Odkąd pamiętam towarzyszył mi w rozwoju umiejętności plastycznych. Był mi bardzo bliski i dużo czasu spędzałam w jego pracowni, która znajdowała się w centrum miasta, na trzynastym piętrze. Wąchałam mieszające się zapachy farb i rozpuszczalników, przyglądając się dziwnym, abstrakcyjnym obrazom, które malował.

Opowiesz coś więcej o dziadku i jego twórczości?

Nazywał się Ludwik Pindel i zajmował się malarstwem abstrakcyjnym. W jego twórczości można znaleźć echa taszyzmu i awangardy. Niektóre obrazy wydawały mi się świetne, inne były dla mnie niezrozumiałe. Byłam jednak z dziadkiem blisko, czuję, że te obrazy są ważną częścią mojej pamięci.

Dziadek wierzył i wprost mówił, że będę artystką. Byłam sprawna manualnie, więc uczył mnie, nawet gdy nie byłam tego jeszcze świadoma. Poszłam do liceum plastycznego z pełnym przekonaniem, że bycie artystką to moja droga.

Rozumiem już lepiej – zwłaszcza tutaj, w pracowni – skąd wzięła się twoja forma pracy. Ale czy wtedy, jako młoda osoba, miałaś już jasno ukierunkowaną ścieżkę artystyczną?

Do chwili rozpoczęcia studiów byłam przekonana, że będę malarką. Teraz, gdy mam 37 lat, jestem prawie pewna, że nigdy do malarstwa nie wrócę. Wtedy wydawało mi się, że technika definiuje artystę i stanowi o jego wartości. Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Sądzę, że różne postawy twórcze są równie wartościowe – żadne nie są ani lepsze, ani gorsze. Nie zastąpiłabym żadnych swoich doświadczeń formalnych, nawet jeśli nie wpisują się w kanon konkretnego warsztatu. Odkąd prowadzę badania artystyczne, przestał się liczyć dla mnie cel, a ważniejszy stał się sam proces. W rezultacie dzieła często są wystawiane tylko raz albo – jak w przypadku jednej z bardziej istotnych moich prac – nigdy nie opuściły pracowni. Dzisiaj powoli uczę się łączyć proces z jego efektem. To wymaga zarówno cierpliwości, jak i przełamania blokady przed realizacją „dzieła”.

Przepadałaś w procesie?

Tak, przyzwyczaiłam się do tego i przestałam starać się o wygląd tworzonych obiektów. Wciąż wierzę w sens procesu. Fascynuje mnie sam kontakt z materią – praca dłońmi, wąchanie materiałów, doświadczenie obcowania z bardzo starymi geologicznie substancjami. Mam za sobą więcej realizacji, niż skończonych, gotowych do prezentacji prac.

Zdarzało się, że proces doprowadzał mnie wręcz do wycieńczenia fizycznego. Powoli jednak uczę się bardziej dbać o swoje zdrowie. Kiedy pracuję z asfaltem, zakładam już kombinezon, odpowiednią maskę, rękawice i gumiaki.

Która z twoich prac była najtrudniejsza, także pod względem fizycznym?

To była praca doktorska, którą zrobiłam z mydła. Zajęła całą pracownię. Przygotowałam przestrzeń tak, żeby była całkowicie pusta: wybielone ściany, odsłonięta betonowa podłoga i cała przestrzeń przeznaczona na realizację pracy. To ta praca nie opuściła nigdy pracowni.

W pracowni Justyny Mędrali, fot. Bartek Basista

Praca z mydła?

Z mydła i z wody. Ostatecznie było tam też trochę żelatyny i wosku syntetycznego. Zanim przystąpiłam do realizacji dzieła, przez kilkanaście miesięcy wykonywałam różne roztwory mydlane. Dokonywałam prób mieszania mydła z różnymi substancjami, która nadadzą mu elastyczności. Zużyłam do tego 900 kostek. Finalnie, ze skali obiektu mieszczącego się w dłoniach, przeszłam do skali około 20 m2. Do wykonania tej pracy wykorzystałam 250 kilogramów roztworu wodno-mydlanego. Wykonałam trzy takie dzieła w ramach doskonalenia formy.

Wrócę jeszcze do „Splotów”. Kiedy dowiedziałam się, że każda z mentorek musi wybrać jednego z twórców, automatycznie – choć bardziej intuicyjnie – uznałam, że wybierzesz Andrzeja Wajdę. Teraz to połączenie wydaje mi się bardzo spójne: od rysunku, przez ciężką i intensywną pracę artystyczną, która od początku łączyła się z działalnością edukacyjną, aż po sam mentoring. Z takim poczuciem odpowiedzialności artystki także za rozwój innych.

Ciekawe. Zanim podjęłam decyzję, Wróblewski został wybrany przez Olgę Pawłowską (śmiech). Został więc wybór między Wajdą a Czapskim. Szybko przeanalizowałam, który będzie większym wyzwaniem w pracy ze studentkami i studentami. Doszłam do wniosku, że różnorodność praktyki Wajdy jest mi bliższa. Czułam, że będę swobodniejsza jako mentorka, pracując z różnymi wypowiedziami artystycznymi studentów. Za pomocą tego samego klucza – otwartością na różnorodność i elastycznością widoczną w portfolio – dokonałam wyboru trójki studentów do „mojej” grupy.

Wydaje mi się, że dla was – mentorek – to też jest wyzwanie, bo w tym projekcie musicie połączyć własną praktykę artystyczną z opieką nad innymi. To ciekawe, że przy wyborze pomyślałaś przede wszystkim o tym drugim obszarze – edukacyjnym.

Wajdę wybrałam także z innych powodów. Po pierwsze, mój dziadek spotkał się z Wajdą na studiach. Mimo że dziadek zmarł 24 lata temu, jestem z nim wciąż połączona więzią emocjonalną i szukanie choćby mikro-łączników z nim sprawia mi przyjemność. Poza tym z Wajdą łączę postać mojego ulubionego Jarosława Iwaszkiewicza, którego najpierw znałam z prozy, a dopiero później odkryłam go szerzej przez ekranizacje Wajdy. Po trzecie, jest to rysunkowość Wajdy, będąca podstawą całej jego działalności artystycznej. No i jeszcze jeden aspekt, który bardzo mnie pociąga – erudycyjność Wajdy.

 

Więcej powiązań i inspiracji, niż mogłabym się spodziewać…

Jestem naprawdę przekonana, że wiele z tego, czego doświadczyliśmy w przeszłości, zarówno świadomie, jak i nieświadomie, żyje w nas i łączy się z następnymi doświadczeniami w jedną wspólną opowieść.

Odnosisz to również do swojej przeszłości?

Tak. Jestem przekonana, że swego rodzaju krytyczność i obłęd w mojej twórczości wyrastają ze specyficznej atmosfery, którą nasiąknęłam w domu rodzinnym, następnie z wpływu dziadka, który traktował mnie jak równą sobie, ale też z wpływu bardzo dziwnych (w dobrym znaczeniu tego słowa) nauczycieli z liceum plastycznego. Miałam dużo szczęścia, że ci ludzie – rodzice, dziadek, nauczyciele – we mnie wierzyli. A fakt, że moi rodzice byli rolnikami, co dało mi dużą wrażliwość na materię, nauczył mnie traktować otoczenie jako miejsce pracy u podstaw. Z tych doświadczeń wykształciłam ważną cechę charakteru – elastyczność. Wierzę, że to wszystko, co przeżyłam ma odbicie w moich badaniach artystycznych. W tych mrocznych, asfaltowych, trujących, woniejących, ale z drugiej strony będących powidokami głębokiej przeszłości – historiach.

Wyobrażasz sobie więc, że za 20 lat ktoś będzie mówił tak samo o tobie? „Miałem taką dziwną nauczycielkę, ale wierzyła we mnie, inspirowała i dziś jestem tu, gdzie jestem”?

W pracowni Justyny Mędrali, fot. Bartek Basista

Aktualnie nie jestem taką nauczycielką, niestety (śmiech). W tym momencie mam za zadanie rzetelnie uczyć studentki i studentów podstaw technologii cyfrowych oraz kompozycji. Moim zawodowym celem zawsze jednak było uczenie rysunku. Od nowego roku akademickiego będę uczyć w pracowni rysunkowej z Bogdanem Toporem. Pokładam w tej zmianie nadzieję na to, że współpraca z Toporem i studentkami pozwoli mi rozwinąć skrzydła pedagogiczne.

Na początku naszej rozmowy rozróżniłaś edukację od pedagogiki i nauczania. Gdzie widzisz tę różnicę?

Teraz na ASP w Katowicach pracuję w dużej mierze jako edukatorka, ucząc bardzo konkretnych rzeczy, według jasno sprecyzowanego planu. Pedagogika wiąże się z budowaniem więzi z drugą osobą, empatią, mentoringiem, indywidualnym podejściem do procesu twórczego każdego studenta. Przestaje się nauczać, a zaczyna się towarzyszyć.

Ciekawe, bo ja patrzę na to dokładnie odwrotnie: edukację postrzegam jako proces nauki połączony z rodzajem wychowania, także artystycznego, a pedagogikę jako uczenie tego, jak konkretnie coś robić. Czym w takim razie jest dla ciebie edukacja?

Jako robotniczka-edukatorka prowadzę dużo warsztatów w instytucjach kultury, zajęć niepowiązanych z żadnym dłuższym procesem pedagogicznym. Jestem z grupą krótko, zawsze są to nowe osoby, proces wzajemnego oddziaływania jest ograniczony. Natomiast zależy mi, aby osoby uczestniczące czuły się ważne, dostrzeżone, traktowane poważnie, i aby wyszły przynajmniej z poczuciem dotknięcia fenomenu procesu twórczego. Edukacja kulturalna wymaga zatem dużego wkładu energii i maksymalnej uważności. Staram się dawać każdemu uczestnikowi możliwość uzyskania co najmniej jednej konkretnej umiejętności, z którą opuści instytucję po warsztatach.

 

Czy zatem twoje podejście i skala zaangażowania w te procesy są inne?

Podejścia do pedagogiki i edukacji są rzeczywiście inne, różnią się też intensywnością skupienia. Mogłabym porównać je do maratonu i sprintu. Odbiorcami zajęć edukacyjnych w instytucjach w przeważającej mierze są dzieci i nastolatkowie. Mam z nim dobry kontakt. Nauczyłam się go, ponieważ w dzieciństwie musiałam sama tworzyć swój wewnętrzny świat i zadbać o przestrzeń emocjonalną, której dorośli – zajęci obowiązkami gospodarczymi – nie dostrzegali. Zabawa z dziećmi ze wsi sprawiała mi radość, wymyślałam dla nich ciekawe zabawy, aby czuły, że to nie tylko zabijanie czasu, ale jego kreatywne wykorzystanie. Wierzę też, że to dzięki temu nauczyłam się nawiązywać dobre relacje z ludźmi w ogóle.

Czy te rzeczy, o których mówisz – zaplecze intelektualne, emocjonalność, sposób pracy z materiałami, to piękno, o którym wspominasz – da się przekazać dalej w procesie edukacji?

Tak, da się. Od nowego roku akademickiego będę uczyć rysunku. Tematów na zajęcia mam wymyślonych na kilka semestrów do przodu. Ale to w indywidualnej pracy ze studentami widzę sens pracy pedagogicznej. Na początku pomagam znaleźć trop i wyznaczyć własną ścieżkę, towarzysząc im w procesie myślowym. W tej relacji dbam o wszystkie aspekty, o które pytasz. Są bardzo ważne, nawet jeśli studenci nie są tego jeszcze świadomi. Chodzi o to, by wyposażyć ich w narzędzia, aby potrafili dotrzeć do miejsca, którego nie widzą z początku tej drogi. Cieszę się, że mogę wrócić do tak zaangażowanej pedagogiki. Wcześniej będą jeszcze „Sploty” i intensywny mentoring oraz praca z Kateryną, Danielem i Hubertem, na co już się cieszę.

Wywiad przeprowadzany został w związku z realizacją projektu „Sploty. Program rozwoju i promocji młodych artystów inspirowany twórczością Czapskiego, Wajdy i Wróblewskiego”, dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

W pracowni Justyny Mędrali, fot. Bartek Basista

Magdalena Urbańska

Magdalena Urbańska

Teatrolożka, filmoznawczyni, doktorka nauk o sztuce. Menedżerka kultury, specjalistka ds. promocji i PR-u, producentka i kuratorka wydarzeń artystycznych i kulturalnych. Współpracuje z szeregiem instytucji kultury i festiwali, odpowiadając za PR i koordynację projektów. Zajmuje się upowszechnianiem sztuki i dostępną komunikacją. Wykłada na Edukacji Artystycznej ASP w Krakowie. 

Justyna Mędrala

Justyna Mędrala

Absolwentka Wydziału Grafiki ASP w Krakowie (dyplom magisterski w katedrze Intermediów i Fotografii w 2013 roku) oraz środowiskowych studiów doktoranckich (2013-2018). Interesują ją działania artystyczne z wykorzystaniem surowców naturalnych, takich jak: węgiel, asfalt, ropa naftowa, wosk pszczeli. Uczestniczka kilkunastu wystaw zbiorowych i autorka kilku wystaw indywidualnych.