Aktualności recenzja Piotr Kosiewski

Jesień niezgody

47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień
Miejsce: Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała
Czas: 7.11.2025 – 11.01.2026
Kuratorka: Ada Piekarska

Widok wystawy, 47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień, Galeria Bielska BWA, fot. Michał Maliński

Bardzo dużo napisano i powiedziano o ostatniej, 47. edycji Bielskiej Jesieni. Burzliwość dyskusji i emocje jej towarzyszące mogą powiedzieć coś istotnego o naszym życiu artystycznym, o stanie naszej debaty publicznej, a przynajmniej postawić kilka istotnych pytań.

Bielska Jesień to obecnie największy organizowany w Polsce konkurs artystyczny poświęcony malarstwu. Jest też uznawany za jeden z najważniejszych konkursów poświęconych sztukom wizualnym w ogóle. Udało mu się zachować prestiż, mimo że wiele innych konkursów, których korzenie sięgają czasów PRL-u (pierwsza Bielska Jesień odbyła się w 1962 roku jako konkurs oddziału bielskiego Związku Polskich Artystów Plastyków) albo przestało być organizowane, albo nie przyciąga specjalnej uwagi. Być może jedną z przyczyn było to, że zmieniała się formuła samego wydarzenia. Od 2013 roku mogą w nim uczestniczyć zarówno osoby, które ukończyły wyższe szkoły artystyczne, jak też nieposiadające takiego dyplomu, ale legitymujące się twórczą aktywnością i dorobkiem. Od samego początku Bielskiej Jesieni otwarta była też formuła konkursu – nie precyzowano tematu prac prezentowanych podczas kolejnych edycji, a samo malarstwo definiowano dość szeroko. Pozwalało to łatwiej reagować na to, jak zmieniało się rozumienie tej dziedziny sztuki.

Wydarzenie w Bielsku-Białej przetrwało również niedawne dyskusje, w których podważano samą formułę konkursu artystycznego, podkreślając jego anachronizm oraz wpisany w samą ideę przemocowy i opresyjny, generujący nierówności charakter. Uczuciem, które najczęściej im towarzyszy jest rozczarowanie – pisała w 2015 roku na łamach „Szumu” Karolina Plinta w tekście pod znamiennym tytułem Satysfakcja niegwarantowana. „Co więcej – dodawała – jest ono w zasadzie wpisane w konstrukcję zawodów pomiędzy artystami – wygrywają̨ w końcu nieliczni, a pozostali muszą zadowolić się miejscem poza podium”.

Tekst ten dobrze pokazuje klimat, jaki panował wokół konkursów. W 2021 roku odbyła się ostatnia edycja organizowanych przez Zachętę Narodową Galeria Sztuki przez 20 lat Spojrzeń, najważniejszego w obecnym stuleciu konkursu artystycznego w naszym kraju. Miała miejsce głośna dyskusja wokół innego konkursu – Artystycznej Podróży Hestii. A jury Bielskiej Jesieni 2023 zdecydowało się na zmianę sposobu nagradzania. Przyznało trzy równorzędne Grand Prix, które otrzymali: Edyta Hul, Karolina Jarzębak i Adam Kozicki. Przewodniczący obrad Aleksy Wójtowicz tłumaczył podjętą decyzję tym, że konkursy i ich formuły wymagają gruntownego przemyślenia. I dodawał, że „ta zmiana nie jest rewolucją, ale zaledwie skromną i zbyt długo odwlekaną reformą”. Jednak, póki co, okazała się jednostkowym odstępstwem od normy, chociaż osoby zasiadające w jury Bielskiej Jesieni 2025 były świadome problematów, jakie wiążą się z formułą konkursu.

Jednak był to jedynie pozór – bo podobne ataki spotkały tworzącą obrazy głęboko zanurzone w tradycji malarskiej Ant Łakomsk po otrzymaniu przez nią w styczniu Paszportu Polityki. Przyznanie Grand Prix okazało się po prostu dobrą okazją do brutalnych ataków a osobę nieheteronormatywną, do bezpardonowego okazywania pogardy etc. I do dania upustu własnym uprzedzeniom. W obu przypadkach też nieprzypadkowo – niedawne wydarzenia i decyzje chociażby administracji Donalda Trumpa, pokazują, że osoby trans są obecnie coraz częściej narażone na wykluczenia, ale też na systemową przemoc.

„Konkursy artystyczne to nie zawody sportowe. Rozstrzygnięcia jury to nie werdykty sędziów liniowych. Wbrew temu, za kogo czasem uchodzą, nie dzielą artystów na lepszych i gorszych” – podkreśliła biorąca udział w pracach jury Anna Mituś. Jednak natychmiast dodała: „Nagrody są jednak prawdziwe i przypadają realnym osobom”. Dorota Buczkowska, kolejna członkini jury, w tekście zamieszczonym w katalogu towarzyszącym 47. edycji omówiła natomiast prace kilkorga artystek i artystów, których nie zakwalifikowano do finałowej wystawy, m.in. Aliaksandra Biruka, Zuzanny Malinowskiej i Zuzanny Fuks – zaznaczając w ten sposób, że to, co zostało pominięte, także zasługuje na uwagę.

Organizatorzy Bielskiej Jesieni podkreślają, że konkurs „stwarza szansę na zaistnienie nowych osobowości artystycznych”. Ma nie tylko dawać szansę dostrzeżenia artystów i artystek do tej pory mniej obecnych, ale też przyczynić się do ich większej obecności w sferze publicznej. I rzeczywiście, wśród osób, które otrzymały Grand Prix Bielskiej Jesieni jest Wilhelm Sasnal – jego nagrodzenie w 1999 roku, i – w konsekwencji – rosnące zainteresowanie twórczością artysty zapewne zwróciło uwagę na sam konkurs. Podobnie jak obecność w tym gronie Ewy Juszkiewicz, nagrodzonej w 2013 roku, i Martyny Czech, uhonorowanej dwa lata później, wreszcie Grand Prix dla Karola Palczaka w 1999 roku. Jednak rzecz jest bardziej skomplikowana, bo główną nagrodę otrzymali też Grzegorz Wnęk (2003), Wojciech Kubiak (2007) czy Sebastian Krok (2017) – artyści, którzy raczej nie zdobyli szerszej rozpoznawalności.

W każdym z tych przypadków można się zastanawiać nad mocą sprawczą Bielskiej Jesieni. I odpowiedź na pytanie, czy i na ile nagroda otrzymana w tym konkursie ma rzeczywisty wpływ na pozycję, jaką zajmuje się w świecie sztuki, okazuje się bardzo nieoczywista. Jednak „obietnica” składana przez organizatorów konkursu nadal jest atrakcyjna, a egalitarystyczna wizja świata sztuki zdaje się ostatecznie rozmijać z rzeczywistymi oczekiwaniami.

Na ostatnią 47. edycję nadesłano 1005 zgłoszeń. Już sama ta liczba może robić wrażenie – członkowie jury mieli do obejrzenia ponad trzy tysiące prac. Ostatecznie do wystawy finałowej zakwalifikowano prace 54 artystek i artystów. Czyli zaledwie 5,4 procent osób, które się zgłosiły do konkursu. Skala konkurencji była zatem duża, a wśród pominiętych znaleźli się artystki i artyści więcej niż obecni w obiegu artystycznym, jak Lena Achtelik, Tomek Baran, Agata Borowa czy kolektyw Øleg&Kaśka. Wszystkie zgłoszone prace można zresztą zobaczyć na stronie internetowej Bielskiej Jesieni. Zbiór ten daje bardzo ciekawy wgląd w to, jak wygląda dziś malarstwo w Polsce. Pokazuje też, że coraz istotniejszą częścią naszej sceny artystycznej są artyści i artystki, którzy przybyli z innych krajów. To istotna zmiana, która nadal nie jest chyba dostrzegana.

Jednocześnie, przyglądając się pracom zakwalifikowanym do wystawy finałowej, można się zastanawiać, czy Bielska Jesień rzeczywiście stwarza szansę na zaistnienie „nowych osobowości artystycznych”. Czy też raczej daje wgląd w to, jak obecnie wygląda istotna część „sceny malarskiej”, jeżeli chodzi o obecność w publicznym i komercyjnym obiegu artystycznym. I jest to przede wszystkim konkurs młodego pokolenia, bo to ono – mimo braku formalnych ograniczeń wiekowych – dominuje na Bielskiej Jesieni. Aż 34 osoby obecne na wystawie finałowej (czyli 63 procent) urodziły się po 1989 roku, jedynie trzy w latach 70., a jedna we wcześniejszej dekadzie. Co ciekawe, aż dziewięcioro uczestników ostatniej edycji – Kasia Banasiak, Martyna Baranowicz, Ant Łakomsk, Małgorzata Mycek, Maciej Salamon, Patryk Staruch, Weronika Teplicka, Julia Woronowicz i Katarzyna Wyszkowska – brało udział w Bielskiej Jesieni 2023.

Wreszcie, wśród biorących udział w wystawie finałowej są artyści i artyści o znaczącej, także instytucjonalnej obecności w polskim życiu artystycznym. Dotyczy to nie tylko Małgorzaty Mycek, który od dawna współpracuje z BWA Warszawa, jedną z najważniejszych prywatnych galerii w naszym kraju, ale też uczestniczy w istotnych wystawach, jak ostatnio w Kwestii kobiecej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Zuzanna Bartoszek długo współpracowała z warszawską galerią Stereo, a w ubiegłym roku jej prace wystawiono w berlińskiej Klemm’s. Podczas ostatniego Warsaw Gallery Weekend wstawę Ant Łakomsk przygotowywała galeria Turnus, a pokaz prac Julii Woronowicz –- Whoispola. W grudniu 2025 roku ogłoszono też, że pierwsza z nich znalazła się na liście nominowanych do Paszportu Polityki, a w styczniu otrzymała to wyróżnienie. Martyna Baranowicz miała w 2025 roku wystawę indywidualną w warszawskiej Galerii Foksal, zaś Agata Nowosielska w Galeria Sztuki Współczesnej w Opolu. A to tylko kilka przykładów. Ważną grupę uczestniczących w bielskim wydarzeniu stanowią zatem osoby, dla których udział w konkursie jest jeszcze jedną okazją do obecności w ważnych instytucjach publicznych lub prywatnych. Można się zastanawiać, czy to paradoksalnie ich udział nie wzmacnia widoczności Bielskiej Jesieni, budując prestiż i pozycję tego właśnie konkursu.

Jednocześnie konkurs, a zwłaszcza wystawa finałowa, dają pewien wgląd w aktualny stan nie tyle malarstwa w Polsce, bo z konieczności Bielska Jesień pokazuje jedynie jego wycinek, ile tego, co najbardziej widoczne, by nie użyć słowa – „modne”. Uderzające jest chociażby, że niemalże nieobecna w ostatniej edycji była abstrakcja. Wyrafinowane kolorystycznie, pozostające na pograniczu malarstwa i fotografii prace Tomasza Saciłowskiego czy też pozostające na jego antypodach chropowate obrazy Grzegorza Siembidy należą do wyjątków. A przecież zaledwie przed dekadą rozpisywano się o zombie-formalizmie, malarstwie odwołującym się do rozmaitych form sztuki abstrakcyjnej, skupiającym się na przestrzeni obrazu, grze świateł i barw. – O twórczości artystów, którzy – jak pisał Marcin Krasny przy okazji wystawy Czysta formalność w lubelskiej Galerii Labirynt w 2015 roku – „nie wyrażają zainteresowania zaangażowaniem społecznym, nie chcą opowiadać o paradoksach codzienności i wchodzić w dialog z rzeczywistością, deklarują za to zainteresowanie zagadnieniami związanymi z estetyką: przestrzenią obrazu, światłem, barwą i kształtem”.

Dziś uwagę przykuwa figuracja. Ona właśnie dominowała na Bielskiej Jesieni 2025. Malarstwo często skupione na własnych przeżyciach, psychice, ale też na cielesności i seksualności. Twórczość odwołująca się do bardzo różnych tradycji, od symbolizmu i surrealizmu po fotorealizm i nową ekspresję lat 80. ubiegłego wieku. Nie zabrakło wreszcie malarstwa, na które jeszcze nie znaleziono adekwatnego określenia (może nie jest ono koniecznie), reprezentowanego w Bielsku-Białej przez obrazy Ant Łakomsk i Karoliny Szwed. Nastrojowe, pełne niedopowiedzeń, balansujące na granicy realizmu i abstrakcji. Natomiast, co także znaczące, na wystawie finałowej – poza Autoportretem z popularnym youtuberem Anny Grzymały – nie ma twórczości, która wprost odnosi się do rzeczywistości politycznej czy społecznej.

Jednak to nie wystawa finałowa, poza kilkoma zaledwie krytykami czy krytyczkami, przykuła uwagę. Spostrzeżenie Anny Mituś, że nagrody „przypadają realnym osobom”, okazało się boleśnie celne. To one jedynie spotkały się z szerszym publicznym zainteresowaniem.

Osoby zasiadające w jury 47. edycji – poza już wymienionymi, to: Karol Radziszewski, Agata Smalcerz i przewodniczący obrad Stach Szabłowski – zdecydowały przyznać Grand Prix Małgorzacie Mycek. Otrzymał ją, jak to określono, „za odważne przepisanie wizualnej geografii wsi – wrażliwe, ironiczne i polityczne zarazem – które redefiniuje ją jako przestrzeń oporu, wspólnoty i queerowej wyobraźni”. Drugą i trzecią nagrodę otrzymali odpowiednio: Damian Kula i Julia Poziomecka. Dodatkowo jury przyznało jeszcze pięć wyróżnień, a kolejne siedem – redakcje patronackie, w tym „Restartu” dla Marty Jamróg oraz Michała Leśniaka, a magazynu „Szum” dla Karoliny Szwed. Łącznie nagrodzono aż 15 osób, czyli aż 27,8 procent wszystkich obecnych na wystawie finałowej. Przyglądając się tej liście, można odnieść wrażenie, że chciano zauważyć możliwe największą grupę artystów i artystek.

Jednocześnie wyniki ostatniej edycji konkursu odebrano niemalże jako manifest bardzo określonych postaw artystycznych i politycznych. Podstawowym powodem była osoba, która otrzymała Grand Prix. Zarówno forma i tematyka malarstwa Małgorzaty Mycek, jak i żeńskie imię i męskie zaimki jakich używa, wywołały nie tylko krytykę, ale też po prostu ordynarny hejt. Od dawna w niespotykanym natężeniu – zarządy Sekcji Polskiej AICA i Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej w odpowiedzi na te ataki wydały nawet „List solidarności z piętnowanymi artystami i instytucjami kultury w Polsce”. Werdykt jury okazał się bowiem dobrą okazją dla tych osób, które swój model działania oparły na wykorzystywaniu środowiskowych resentymentów i fobii, w sposób intelektualnie, ale też artystycznie toporny (mimo pozorów erudycyjności, etc.). Pomijając już to, że decyzja jury Bielskiej Jesieni została wykorzystana przez skrajnie prawicowych polityków i polityczki.

Atak na werdykt jury opierał się na negowaniu wartości artystycznych malarstwa Małgorzaty Mycek i jednoczesnym przekonywaniu, że nagrodzony został z powodów ideologicznych – za to, kim jest, a nie co tworzy. Podstawowym problemem miała być zatem decyzja i powody jej podjęcia, a nie sama tożsamość malarza. Jednak był to jedynie pozór – bo podobne ataki spotkały tworzącą obrazy głęboko zanurzone w tradycji malarskiej Ant Łakomsk po otrzymaniu przez nią w styczniu Paszportu Polityki. Przyznanie Grand Prix okazało się po prostu dobrą okazją do brutalnych ataków a osobę nieheteronormatywną, do bezpardonowego okazywania pogardy etc. I do dania upustu własnym uprzedzeniom. W obu przypadkach też nieprzypadkowo – niedawne wydarzenia i decyzje chociażby administracji Donalda Trumpa, pokazują, że osoby trans są obecnie coraz częściej narażone na wykluczenia, ale też na systemową przemoc.

Jednak nie bez znaczenia dla publicznego odbioru werdyktu była artystyczna koherentność trójki osób, które otrzymały nagrody główne. Inaczej postąpiły osoby, które decydowały o wyróżnieniach w 2023 roku. Nagrodzone wtedy artystki i artysta reprezentowali bardzo różne postawy, od zaangażowanego politycznie, a jednocześnie odwołującego się do realizmu społecznego malarstwa Adama Kozickiego po Edytę Hul, której estetyzujące obrazy, jak to zaznaczono w uzasadnieniu, są „zawieszone pomiędzy hipnotyzującą abstrakcją a pulsującym przedstawieniem natury”. Tymczasem jury kolejnej edycji bardzo świadomie wybrało twórczość, która radykalnie odrzuca nie tylko tradycyjne konwencje, ale też klasycznie rozumiany warsztat malarski. Jednak przede wszystkim podkreśliło znaczenie postawy, jaką zajmują nagrodzone osoby. Wysłało komunikat – jak to krótko ujęła Karolina Plinta w tekście Brzydko malowane, poświęconym 47. Bielskiej Jesieni, opublikowanym na łamach „Szumu”, że „w sztuce liczy się przede wszystkim postawa, a kwestia wykonania jest drugorzędna”.

Stosunek nagrodzonych osób do warsztatu stał się jednym z najciekawszych wątków dyskusji o ostatniej Bielskiej Jesieni. Chociaż samo przekonanie o jego odrzuceniu, o tym, że wybrano to, co „brzydko malowane”, przysłonił same nagrodzone dzieła.

Nie zauważono, że Małgorzata Mycek odszedł od surowości wczesnych prac, radykalnych formalnie, świadomie nawiązujących do sztuki dzieci i wykonywanych na wtórnych, mało „artystycznych” materiałach, jak stare billboardy. Najnowsze prace są wręcz powrotem do malarstwa bardziej klasycznego, czego świetnym przykładem jest pokazana na biennale Transmutacja.

I – chyba lepiej niż rozmaite enuncjacje hejterów – stanowisko obrońców „prawdziwej sztuki” obrazuje przytoczona na łamach „Dziennika Zachodniego” opinia malarza Ernesta Zawady, wykładowcy Uniwersytetu Bielsko-Bialskiego: „To po prostu jakiś żart. Przez szereg lat doceniałem aspiracje twórców nieprofesjonalnych, którzy podejmują próby samodoskonalenia i to jest bardzo cenne. Nie rozumiem jednak tendencji ukierunkowywania malarstwa współczesnego w stronę prymitywizmu, podszytego wielkimi teoriami”. I dodawał: „Według tego myślenia powinno się zlikwidować Akademię Sztuk Pięknych i wszystkie Szkoły Plastyczne. Natomiast uczyć powinni niedouczeni trampkarze”.

Podobnie z uhonorowanym drugą nagrodą Damianem Kulą – w jego przypadku można mówić o tym, że nagroda przyznana na Bielskiej Jesieni zwróciła uwagę na to malarstwo. „Zacząłem malować byle czym i byle jak” – wyznał po otrzymaniu wyróżnienia. Jednak trudno nie odebrać jego słów jako wyrazu przekory, bo jego obrazy świadczą o dużej wrażliwości na kolor i świadomości warsztatu. Można w nich doszukać się odniesień nie tylko do niemieckiego ekspresjonizmu, ale też np. do fowizmu spod znaku Raoula Dufy’ego.

Ustawienie w centrum dyskusji pytania o warsztat pozwala jednak lepiej uchwycić linię sporu o wartościowanie, ale też szerzej – o hierarchie w polskim życiu artystycznym. O to, kto i na jakich zasadach je ustanawia. I – chyba lepiej niż rozmaite enuncjacje hejterów – stanowisko obrońców „prawdziwej sztuki” obrazuje przytoczona na łamach „Dziennika Zachodniego” opinia malarza Ernesta Zawady, wykładowcy Uniwersytetu Bielsko-Bialskiego: „To po prostu jakiś żart. Przez szereg lat doceniałem aspiracje twórców nieprofesjonalnych, którzy podejmują próby samodoskonalenia i to jest bardzo cenne. Nie rozumiem jednak tendencji ukierunkowywania malarstwa współczesnego w stronę prymitywizmu, podszytego wielkimi teoriami”. I dodawał: „Według tego myślenia powinno się zlikwidować Akademię Sztuk Pięknych i wszystkie Szkoły Plastyczne. Natomiast uczyć powinni niedouczeni trampkarze”.

Z wypowiedzi tej przebija lekceważenie dla osób, które nie mają profesjonalnej edukacji – paradoksalnie Małgorzata Mycek ukończył Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu. Jednak przede wszystkim ujawnia lęk przez utratą prestiżu. Postrzeganie tego werdyktu jako atak na system i hierarchie artystyczne, zakorzenione przede wszystkim w akademiach artystycznych, które co prawda niewiele mają obecnie wspólnego z tym, co jest istotne w polskiej sztuce ostatnich dekad, także w międzynarodowym czy rynkowym obiegu. Jednak posiadającego własne wartości, instytucje, autorytety, co dobrze pokazywała wystawa Pejzaż malarstwa polskiego, zorganizowana w warszawskiej Zachęcie w 2023 roku za dyrekcji Janusza Janowskiego.

Uznanie malarstwa Małgorzaty Mycek, kojarzącego się ze „sztuką przymiotnikową” („naiwną”, „ludową”…), używając określenia zaproponowanego przez antropolożkę Ewę Klekot, której miejscem prezentacji może być co najwyżej muzeum etnograficzne, a nie galeria czy muzeum sztuki, zostało potraktowane jako brutalna prowokacja. Jednak ta reakcja nie zmienia faktu, że werdykt pokazał także głębszy problem z malarstwem dzisiaj i systemem jego wartościowania: to, jak nadal myślenie o nim jest obciążone wielowiekową tradycją, konwencjami historycznymi wpisanymi w malarstwo, wreszcie oczekiwaniami społecznymi i wyobrażeniami o tym, czym powinien być obraz.

Dodatkowo rozwój rynku sztuki w Polsce w ostatnich latach dowartościował znacząco, także w wymiarze finansowym, tworzenie malarstwa, co znacząco zmieniło życie artystyczne. Niektórzy artyści i artystki, przede wszystkim z młodego pokolenia, szybko uzyskali widoczność, ale też ich prace zaczęły się sprzedawać za znaczące kwoty. I jednocześnie ten sam rynek, co w ostatnich latach jest u nas także coraz bardziej widoczne, jest zdolny absorbować nawet bardziej radykalne formuły malarstwa, ale też treści, nawet najbardziej progresywne, emancypacyjne, wyrażane za pomocą obrazów (bądź towarzyszącym im interpretacjom).

Można zatem rytualnie już narzekać na poziom edukacji odbiorców. Tego, że nie znają historii sztuki ostatniego stulecia oraz zmian sposobu definiowania malarstwa. Nie unieważnia to jednak ważnych głosów krytycznych, które padły przy okazji 47. Bielskiej Jesieni. Nie ucieknie się bowiem od pytań o kryteria oceny malarstwa, mając w pamięci zarówno jego uwarunkowania historyczne, ale też obecne uwikłania instytucjonalne i rynkowe. Tym bardziej, że, jak zauważyła w przywoływanym już tekście Karolina Plinta, pytania o warsztat można zadać nie „w kontekście umiejętności manualnych czy maestrii, ale warsztatu rozumianego jako staranność myśli i jej wykonania”.

Jest z nim bezpośrednio powiązane inne pytanie, dotyczące sprawczości malarstwa. Czy postawa artysty lub artystki – tak podkreślona w werdykcie jury 47. Bielskiej Jesieni – przekłada się na realny wpływ na rzeczywistość? Niekoniecznie na jej zmianę, ale przynajmniej na postawienie odbiorcom nieoczywistych pytań czy zmuszenie ich do chwili refleksji. Można np. dyskutować, czy rację ma Piotr Policht, który w tekście pod znamiennym tytułem Jeszcze jeden komentarz w sprawie Bielskiej Jesieni, opublikowanym na łamach culture.pl, przekonuje, że „obraz realnie wytrącający odbiorcę ze strefy komfortu to obraz nieoczywisty, nie całkiem jasny, wytwarzający między sobą a odbiorcą nieprzekraczalny dystans, skrywający jakąś tajemnicę nawet przed osobą autorską, która nawet po odstawieniu pędzla może nie być całkiem pewna, co nią kierowało podczas malowania”. Jednak nie powinno się tych i innych pytań łatwo zbyć milczeniem.

Widok wystawy, 47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień, Galeria Bielska BWA, fot. Michał Maliński

Piotr Kosiewski

Piotr Kosiewski

Ur. 1967. Historyk i krytyk sztuki, publicysta. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i magazynu „Szum”.  Członek AICA Polska. Publikował m.in. na łamach „Kresów”, „Odry”, „Przeglądu Politycznego” i „Znaku”. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy w 2013 roku.