IMAGO
Autorka: Anna Maria Zuzela
Tytuł: IMAGO
Praca dyplomowa na Wydziale Malarstwa
Promotorzy: dr hab. Witold Stelmachniewicz, dr Marta Antoniak
Aneksy do pracy dyplomowej: dr hab. Iwona Demko, dr hab. Bogumił Książek
Recenzent: dr hab. Michał Zawada, prof. ASP
Krótki opis wystawy:
IMAGO to opowieść o kobiecym dojrzewaniu, ujęta w metaforze czterech stadiów życia motyla: jaja, gąsienicy, poczwarki oraz tytułowego imago. Narracja prowadzi przez cielesność – od społecznie kształtowanej kobiecości i macierzyństwa, przez izolację i rozpad formy, aż po duchowe odrodzenie. Ciało przestaje być narzędziem oceny, stając się przestrzenią doświadczenia i transformacji. W finale pojawia się wolność – ciche, lecz radykalne wyzwolenie się z narzuconych ról i odzyskanie siebie. Dyplom został zaprezentowany w zabytkowej mieszczańskiej Villi Fatale przy ulicy Bronisławy 23a, dzięki uprzejmości dra hab. Bogumiła Książka. Na całość złożyły się nie tylko tekst, obrazy, obiekty, instalacja dźwiękowa, ale również aranżacja przestrzeni, symboliczny poczęstunek z chlebem oraz część performatywna, we współpracy z aktorką teatralną, Panią Marią Bednarz, która wcieliła się w główną bohaterkę opowiadania.
Fragmenty opowiadania, chronologicznie
Fragment 1
Nazywam się Antonina. W Wielkiej księdze imion polskich przeczytałam kiedyś, że moje imię oznacza kogoś „wspaniałego” i „doskonałego”. Kobieta, która będzie je nosić, da się poznać jako dobra matka i żona. Będzie wiodła spokojne życie oparte na poczuciu bezpieczeństwa i stabilizacji. Antoniny niechętnie bowiem spoglądają na zmiany. Mój los został przypieczętowany zanim zaczęłam żyć.
Koniec wyjątkowo wietrznego sierpnia. Pióro ciąży mi w dłoni, muszę się spieszyć. Postanowiłam, że opiszę tutaj swoje życie, jakie było, co się w nim wydarzyło i dlaczego podjęłam taką, a nie inną decyzję względem mojego ciała. Może będzie to list do Was, moje dzieci, może list dla mnie i do mnie samej, z największą miłością, jaką mogę siebie obdarzyć. Może moje zapiski odkryje ktoś obcy, przypadkiem przeszukując starocie na którymś z małych rynków na Podkarpaciu. Jeśli nie mieliśmy okazji się poznać, niech nie będzie Ci mnie żal i z góry przepraszam za mało elokwentne słownictwo i chaotyczny sposób prowadzenia narracji. Nikt nigdy nie nauczył mnie, jak mówić o sobie, a tym bardziej – jak poruszać serca innych.
Fragment 2
Czwartek. Dzisiaj śniłam. Obudziłam się z rumianymi policzkami, rozgrzana tym, co zobaczyłam i futrem z lisa, w którym zasnęłam. We śnie byłam w kotłowni, kiedy leżąc na podłodze usłyszałam chichot. Przecież nikogo nie zapraszałam, skąd ten dźwięk? – pomyślałam, unosząc głowę, i w tej samej chwili usłyszałam szum wody, krople spadające na podłogę i pluśnięcie. Wstałam tak szybko jak mogłam, rozcierając zdrętwiałe kolana. W kotłowni nic się nie zmieniło, dookoła panowała ciemność rozpraszana tlącą się w piecu resztką drewna. Zamknęłam oczy i zaczęłam nasłuchiwać, przygarbiona i gotowa do ucieczki. Kolejny plusk i odgłosy mokrych stóp biegnących po mokrej posadzce dobiegły mnie zza wieszaka. Skierowałam się w stronę tych dźwięków i ostrożnie rozchyliłam rękawy futer, z przerażeniem odkrywając, że są wilgotne. Złapią wilgoć i zaczną się rozkładać. Nagle mokre włoski zaczęły się do mnie przyklejać i wciągać w głąb siebie. Nieznana mi siła zaciągnęła mnie do stróżki światła, moje stopy brodziły w wodzie. Lęk ustąpił miejsca ciekawości. Zafascynowana odgłosami, rozchyliłam ostrożnie rękawy dwóch ogromnych płomienistorudych futer i serce zabiło mi mocniej. Moim oczom ukazało się niewyraźne wnętrze, zamglona i parna przestrzeń. Możliwe że to jedna z tych łaźni, o których czytałam w książkach od męża. Byłam obserwatorką, intruzką, podglądaczką. Schowana w futrze, pozostawałam niewidoczna dla kobiet oddających się wzajemnej pielęgnacji. Ależ one były piękne. Poruszały się nonszalancko, prezentując pozostałym swoje wdzięki. Ależ one były ogromne, napęczniałe, z wilgotnymi fałdami tłuszczu na plecach i biodrach. Ogromne piersi wspierały się na ciężarnych brzuchach. Przystrojone rozmaitą biżuterią, jędrne i kształtne uda miażdżyły ażurowe krzesła. Łagodne olbrzymki myły się nawzajem, nacierały olejkami i szeptały sobie rzeczy, które mnie zawstydzały. Ależ chciałam ich dotknąć, zanurzyć się w ich miękkich cielskach, odcisnąć dłoń na rozgrzanym ramieniu, pogłaskać po długich włosach na nogach. Było w nich coś hipnotyzującego, może ich duma, z jaką obnosiły się ze swoim ciałami? Jakby trzymały kosze z najdorodniejszymi owocami ze swoich ogrodów. Wspaniałe gorgady, pyszne kielichy życia, gdybym tylko mogła znowu poczuć się tak jak wy, żywiące się własnym blaskiem, doświadczające najwyższej formy ucieleśnienia, dojrzałe kiście winogron pożeracie zachłannie ze swoich spoconych dłoni jak kiedyś mężczyźni pożerali moje ciało. Nie chciałam się zdradzić, nie chciałam zmącić swoją obecnością ich spokoju, byłam intruzką. Obudziłam się z bijącym sercem. Nadal czułam podniecenie, moje usta były pełne śliny, a na końcu języka przysiadła zazdrość.

Anna Maria Zuzela, „Poczekam na Ciebie jak na truskawki w lecie i stanę w progu z miną żałosną”, 2024, olej na płótnie, 110 x 150 cm
Fragment 3
Budzę się rano i jeszcze przez dłuższą chwilę wciągam nosem woń mojego otoczenia. Moje zmysły stały się ostrzejsze. Z domem dzielę swój zapach. W pościeli czuję swój pot, ślinę, ziemię spomiędzy palców moich podkurczonych stóp, wilgoć w zakamarkach pierza i mydło. Nie prasuję już podomek, które kwitną w łazience, nie maluję ust ani nie zaplatam sobie warkocza, nie mam już z czego. Długie srebrne pasma, które zbierałam z podłogi zawieszałam na lince przed domem, pomyślałam, że ptaki mogłyby wyścielić sobie nimi gniazda. Dotykając swojej łysej głowy, czułam nierówności, stare dziecięce blizny i zgrubienia, pulsujące skronie i wgłębienie na potylicy. Skóra była mięciutka, delikatna, lekko muśnięta słońcem. Mam dużo czasu na leżenie, odczuwanie i gładzenie swojego jeszcze zdrętwiałego sennego ciała. Potrafię tak trwać godzinami. Przez otwarte drzwi dochodzą do mnie odgłosy kurzych pazurów na drewnianej podłodze. Dawno nie wychodziłam na zewnątrz, wszystko i wszyscy przychodzą do mnie. Kiedyś doskwierała mi samotność, dni spędzane na przygotowaniach, sprzątaniu, układaniu, wypatrywaniu znajomego kroku, ruchu ramion, nasłuchiwaniu śmiechu czy dzwonka do drzwi. Zestarzałam się, nie żyjąc życiem, ale zastygnąwszy w smutnym zniecierpliwieniu, przegapiłam najcenniejszy skarb – czas który mogłam poświęcić dla siebie.
Fragment 4
Dzisiaj podjęłam decyzję, choć myślę, że wiedziałam o niej już dużo wcześniej, wtedy, kiedy przestał przeszkadzać mi chłód i wypadły mi ostatnie białe pasma włosów. Straciłam większość swojej dorosłej wagi, moje piersi zniknęły i cała zrobiłam się mniejsza. Po słoik z jagodową konfiturą na bolący brzuch musiałam wspinać się po krześle, a przecież nie schowałam go na najwyższej szafce. Po domu chodzą już swobodnie kury, wydawało mi się, że raz pojawił się też lis przemykający przez korytarz do kotłowni. Niech chodzi, niech wszystkie chodzą. Mój dom inaczej pachnie, wzdycha, nie zamykam drzwi. Po co odgradzać się od tego, co chce żyć ze mną w zgodzie. Otworzyłam pokoje dzieci i spiżarnię, moje dobra są dla wszystkich. Dzielenie się sprawia mi radość, choć mam wrażenie, że więcej otrzymuję, niż daję. Jestem szczęśliwa, samotność znikła, nastał długo wyczekiwany i utęskniony spokój. Sama ze sobą w swojej powłoce. Czuję, że nadchodzi to, co nieuniknione. Dla nas wszystkich ziemia pachnie tak samo. Teraz uśmiecham się do siebie za każdym razem, przechodząc obok lustra.
Anna Maria Zuzela
Urodzona w 1995 roku w Krakowie. Absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. W 2024 roku ukończyła z wyróżnieniem Malarstwo na krakowskiej ASP. Brała udział w wielu wystawach ogólnopolskich i międzynarodowych. Podwójna finalistka Ogólnopolskiego Studenckiego Konkursu Malarskiego im. Wojciecha Fangora. Współzałożycielka Kolektywu Facjata, Galerii Facjata oraz Kolektywu Lokatorzy. Zajmuje się malarstwem, ceramiką, fotografią oraz działaniami performatywnymi.



