Hospitalizacja: Studia bezruchu oraz Open Art – Fluid
W ostatnich latach Open Eyes Art Festival stał się właściwie samodzielną marką – wydarzeniem, które funkcjonuje dość niezależnie od kongresu, dla którego początkowo stanowił jedynie suplement. Teraz festiwal, a przede wszystkim jego główne wystawy, stał się jednocześnie – w mojej subiektywnej opinii – jednym z najciekawszych, jeśli nie najciekawszą wspólną prezentacją twórczości społeczności Akademii.
Dwie wystawy, dwa główne punkty programu. Miejsce akcji – Kopernika 21, dawny budynek chirurgii Szpitala Uniwersyteckiego. Na parterze Open Art – Fluid, czyli ponad 15 studenckich projektów, które same można właściwie nazwać mini-wystawami. Na piętrze Studia bezruchu, wystawa nieco bardziej doświadczonych osób artystycznych związanych z krakowską ASP. Oczywiście, to wciąż za mało na festiwal – tegoroczna edycja składała się z kilku innych wystaw, wydarzeń towarzyszących, spotkań i koncertu. W poniższym tekście skupię się jednak na daniach głównych, z którymi przede wszystkim kojarzy się Open Eyes Art Festival.
OPEN ART – Fluid, kuratorki: Natalia Mecnarowska-Legutko, Magdalena Tryba
Open Art właściwie trudno nazwać wystawą, bo składa się na nią kilkanaście niezależnych i zamkniętych projektów, zresztą rozdzielonych także przestrzennie. Wystawa-nie-wystawa spięta jest otwartym i ciekawie wieloznacznym hasłem „fluid”, które kieruje nie tylko do tegorocznego hasła festiwalu – oceanu kropel – ale przede wszystkim do płynności. Oraz towarzyszącej jej niestałości, nieuchwytności, ciągłości, a ostatecznie także ku udanej próbie połączenia niezwykle różnorodnych projektów i samej różnorodności, która jest chyba największą wartością wystawy jako całości. Ten „salon jesienny” pokazuje, jak wspaniale dziwacznym i skomplikowanym organizmem potrafi być akademia i jej ekosystem. W każdym z pomieszczeń możemy się natknąć na zupełnie inny i przekonujący format lub formę wyrazu. Jest esej graficzny, performans, malarstwo, rzeźba, wideo-art, typografia. Trudno się znudzić, chociaż nie wszystkie mini-wystawy są równie udane – a od narzucającego się pragnienia porównań trudno się opędzić.
Najwyraźniejsze i najciekawsze są chyba projekty totalne. Instalacje, które całkowicie pochłaniają dostępną dla nich przestrzeń, dając artystkom i artystom maksymalną suwerenność. Korzystając z potencjału aneksji przestrzeni i włączenia jej w domenę artystyczną, pochłaniają także osoby, które nieopatrznie się do wnętrza instalacji zapuszczą. Takim projektem była Szklarnia Aleksandry Waliczek i Emilii Sargi, które niewielką przestrzeń wypełniły niewielką szklarnią. Jej podłoga pokryta była mchem – podczas wernisażu jeszcze wilgotnym – i hybrydycznymi grzybo-organizmo-obiektami. Do samej szklarni z półprzezroczystej i zwiewnej folii dało się wejść, jednak ze względu na delikatny płonnik pospolity i rokietnik pospolity, wymagało to zdjęcia butów. Dla osób, które nie odważyły się wejść do środka, pozostały wiszące „na zewnątrz” obrazy i możliwość okrążenia szklarni. Wszystkiemu towarzyszyła medytacyjna audiosfera wykorzystująca w głównej mierze dźwięk deszczu czy może podlewania roślin.
Podobnie obezwładniającym projektem było Cicho, dziecko śpi. Tutaj dominującym uczuciem, wynikającym ze zmierzenia się z doliną niesamowitości, był dyskomfort. W centrum instalacji znajdowało się łóżeczko i dziecko. A właściwie robo-dziecko, które płynnie przechodziło między stanami snu i dość aktywnego przebudzenia – wynikającego chyba z obecności zwiedzających. Na ścianie zawisły dwa niewielkie ekrany. Na mniejszym: nagranie z wycieczek z robo-dzieckiem – przejazd tramwajem czy spacer na plac zabaw – oraz wynikające z nich ludzko-robocie interakcje.
Stając przed Szklarnią, stawało się przed szansą na metaforyczny rozwój – szklarnia to w końcu miejsce stymulowania wzrostu, tworzenia optymalnego środowiska. Może też ochronić, gdy warunki na zewnątrz nie są już przyjazne. Żeby jednak z tych szans skorzystać, trzeba dostać się do środka. Żeby zobaczyć całość, trzeba się najpierw obnażyć; otworzyć na nowe, niekoniecznie przecież przyjemne doznanie. Być gotowym na intymność. W tym mocnym geście jest coś terapeutycznego. To chwila połączenia, które wymaga obopólności – bliskość musi być obustronna. Lub, przy świadomej rezygnacji, nie będzie jej wcale. Artystkom świetnie udało się wykorzystać siłę instalacji, jej przewagę nad obserwatorem, który – właściwie niezależnie od swojej decyzji – musi stać się uczestnikiem. Szkoda tylko, że pozbawiony gruntu mech w końcu usechł.
Podobnie obezwładniającym projektem było Cicho, dziecko śpi. Tutaj dominującym uczuciem, wynikającym ze zmierzenia się z doliną niesamowitości, był dyskomfort. W centrum instalacji znajdowało się łóżeczko i dziecko. A właściwie robo-dziecko, które płynnie przechodziło między stanami snu i dość aktywnego przebudzenia – wynikającego chyba z obecności zwiedzających. Na ścianie zawisły dwa niewielkie ekrany. Na mniejszym: nagranie z wycieczek z robo-dzieckiem – przejazd tramwajem czy spacer na plac zabaw – oraz wynikające z nich ludzko-robocie interakcje. Większy pełnił funkcję ekranu dla robo-niańki, na którym wyświetlał się nie tylko stały podgląd pokoju, ale także zestaw danych na temat aktywności i statusu robo-dziecka. Dopełnieniem był dziecięcy stoliczek, a szpitalny charakter pomieszczenia powodował, że wszystko przypominało przestrzeń pokoju kontrolnego w jakimś skomplikowanym eksperymencie psychologicznym.
Całość ociekała dataizmem – podejściem do świata opisującym go jako nieskończone zestawy i przepływy danych. Instalacja, zamieniając dziecko w dziecko-robota, badała i bawiła się naszą reakcją na datafikację świata. W końcu nasze zachowania, emocje, interakcje dało się w czasie rzeczywistym zapisać jako zestaw danych, które stawały się bodźcem dla robo-dziecka, które generowały nowe zestawy danych… Nasza obecność zamieniała przestrzeń, aktywując ją i zamieniając z dziecięcego pokoiku w laboratorium. Chcąc nie chcąc, udzielaliśmy odpowiedzi.
Na Open Art siła instalacji nie wynikała wyłącznie z wielkich narracji lub ograniczenia przestrzennego odbiorcy. Czasami wystarczał kolor, czego świetnym przykładem był niesamowity Wieczny zachód – symulująca blask wieczornego słońca instalacja świetlna w przestrzeni Szkoda Zachodu Mai Stankiewicz Sikory i Michała Sikory. Wrażenie robił także (Nie)ufam tobie (Gabriela Buczek, Julia Solecka, Andrzej Wajda, Hanna Włodarczyk). Naprawdę zabawna – chociaż tragiczna – historia o kradzieży (a może raczej porwaniu) zostawia nas z dość ponurym obrazem podejrzliwego i płochliwego społeczeństwa. A także podejrzliwej i pozbawionej zaufania tkanki miejskiej, pełnej kamer i łańcuchów. Wystawa, zasłaniając prace kratami i fizycznie utrudniając przemieszczanie, sprawiała, że nawigowanie w niej w równym stopniu nasuwało pytanie o estetyzację takich form kontroli, co stojącą za ich powstawaniem erozję zaufania.
Poza tymi wystawo-instalacjami najciekawsze były – jak to zazwyczaj w przypadku prac studenckich – projekty pracujące nad tematami własnej tożsamości. Stawiające pytania dość uniwersalne, czasami nieco oczywiste, ale zawsze szczere. I chyba zgodnie z duchem fluidu delikatnie niestabilne. Uwagę zwracała wystawa i esej graficzny Nie pamiętam zbyt wiele Gosi Makockiej oraz naprawdę zabawna i przy tym inteligentna Kilim me softly (Dobrawa Cichoń, Jan Gąsienicyn, Jakub Wójcik). Ta zabawa z Podhalem reinterpretowała kulturowe klisze, przepoczwarzając je w coś własnego, osobistego i – z braku lepszego słowa – nowoczesnego. Gra z regionalizmem stała się przede wszystkim grą z technikami i estetykami świata sztuki. W pamięć zapadała także Ja, Chimera (Marcel Baran, Wanda Niedźwiedź, Marcel Przybył). Mini-wystawa eksplorowała hybrydyczne cielesności, sięgając do symboliki mitologicznej, seksualności i queeru – oczywiście pod wezwaniem Paula Preciado. W kampowy sposób łącząc ociekające kolorem malarstwo, miękkie obiekty i złote lub zakrwawione detale, niczym sfinks stawiała zagadkowe pytanie o kompletność i normatywność.
Zazwyczaj przy podsumowywaniu takich zbiorowych wystaw, czy może kolekcji projektów i mini-wystaw, kusi próba postawienia diagnozy. Znalezienia wspólnego punktu i określenia głosu pokolenia. W przypadku Open Art wydaje mi się to raczej zbędne, bo tu ważna jest wspólna płynność. Wielogłos, różnorodność, dziwność, komplementarność, fluid. Co gorsza, próbując postawić hipotezę, można trafić na trudny problem: od ilu kropli zaczyna się ocean.
Gdy niemożliwa jest regeneracja, pozycja horyzontalna to czas najczęściej bezproduktywny. Takie zatrzymanie nie generuje zysków dla akcjonariuszy, nie powoduje też naszego rozwoju osobistego – chyba, że zagwarantuje nam odpowiednią regulację, relaks, który pozwoli nam w przyszłości być szybciej, wyżej, mocniej. W horyzontalności jest więc pułapka – odpoczynek może być tylko przystankiem, może przyjąć formę „power nap” – drzemki, po której wzrost będzie szybszy, silniejszy, intensywniejszy.
STUDIA BEZRUCHU, kuratorka: Zofia Małysa-Janczy
Ekonomista Herman Daly opisał zakorzenione głęboko w naszej kulturze dążenie do wzrostu, które stanowi nie tylko fundament współczesnego systemu gospodarczego, ale ostateczny sens nadawany naszym jednostkowym i społecznym działaniom. Ta ideologia wsparta jest narracją postępu, opowieścią o nieskończonych możliwościach ludzkości – i stanowiących ich echa sztuce i technologii – oraz rozwoju i nowoczesności. W tej opowieści nie ma miejsca na żadne granice. Chyba, że na takie, które istnieją jedynie w celu ich przekroczenia. Nie ma końca, jest nieskończoność.
Świat kultury zna ten opis dość dobrze. Z jednej strony jest uosobieniem tej narracji – sztuka jest bowiem jednym z przykładów nieskończonej i nieskrępowanej ludzkiej pomysłowości i twórczości. Z drugiej, sztuka to miejsce wrażliwej krytyki późnego kapitalizmu, który stanowi punkt kulminacyjny nieskończonego wzrostu, a także jego konsekwencji. Z trzeciej – tenże wzrost, jego symptomy i konsekwencje znamy z projektozy, prekaryjności, nieczasowości. Jest jednak miejsce jeszcze lepiej uwidaczniające iluzję nieskończonego wzrostu: szpital. Nie chodzi o fakt, że bytem najbliższym ideału replikowalności bez granic jest nowotwór; raczej o szpital jako miejsce umożliwiające czy wymuszające zatrzymanie. Niezależnie czy myślimy o przymusowym pobycie w szpitalnym łóżku, oczekiwaniu na wynik zabiegu, czy przesiadywaniu na korytarzu, w poczekalni – jest to dotarcie do granicy, dotarcie do skończoności.
Ten przydługi wstęp prowadzi nas do Studiów bezruchu, których kuratorka, Zofia Małysa-Janczy, w szpitalnym zatrzymaniu dostrzegła istotną horyzontalność. Nie tylko przymusową zmianę naszej pozycji, ale także wynikającą z zatrzymania oraz z nowej orientacji zmianę relacji. Nie tylko musimy – wbrew zinternalizowanemu dążeniu do produktywności – powiedzieć stop, ale zupełnie – i całkiem dosłownie – zmieniamy perspektywę. Dokąd może zaprowadzić nas ten bez/ruch?
Prawdopodobnie pierwszym i dość oczywistym skojarzeniem z pozycją horyzontalną – leżeniem – jest odpoczynek. Wszak w tej formie spędzamy codziennie co najmniej kilka godzin, co łączy nas z wieloma innymi istotami pozaludzkimi. Śpimy, regenerujemy się, drzemiemy, odpoczywamy. Studia bezruchu przesuwają tę obserwację dość radykalnie, przedstawiając zmęczenie i odpoczynek innych, nieoczywistych nie-ludzi.
Ladder Michała Sroki to potężna, powyginana metalowa drabina. Do utrzymania jej w miejscu konieczne jest podtrzymanie jej żyłkami. Obiekt, chociaż łatwy do identyfikacji, zupełnie pozbawiony jest swojej funkcji – nie może być już miejscem zabawy, nie pomoże w dalszej wspinaczce. Materia załamuje się, odmawia wypełniania swojej funkcji. Czy jest zmęczona? Odmawia posłuszeństwa, chociaż odmowę trudno przypisać materii nieożywionej, tak jak robimy to wobec naszego „nieświadomego” ciała. A w końcu zużycie tkwi głęboko wewnątrz materii. Zmęczenie, głęboko cielesne, zatrzymuje nas. Zmęczenie to reakcja obronna, bo po przekroczeniu pewnej granicy nie da się już wrócić do stanu wyjściowego.
Gdy niemożliwa jest regeneracja, pozycja horyzontalna to czas najczęściej bezproduktywny. Takie zatrzymanie nie generuje zysków dla akcjonariuszy, nie powoduje też naszego rozwoju osobistego – chyba, że zagwarantuje nam odpowiednią regulację, relaks, który pozwoli nam w przyszłości być szybciej, wyżej, mocniej. W horyzontalności jest więc pułapka – odpoczynek może być tylko przystankiem, może przyjąć formę „power nap” – drzemki, po której wzrost będzie szybszy, silniejszy, intensywniejszy. Nie bez powodu w sąsiedniej sali znajdziemy obrazy Radka Szlęzaka z cyklu 25. godzina – dojmującą krytykę hiperkapitalistycznego społeczeństwa zmęczenia. Niemożliwe, senne, przemęczone.
Zgodnie z popularnym hasłem horyzontalność i odpoczynek to nie tylko formy oporu, ale okazje do zmiany perspektywy. Na wystawie fizycznie dokonuje się to przez dość proste gesty – patrzymy do góry, alternatywnie pochylamy się, żeby spojrzeć przez dziurkę od klucza. Umiejscowienie prac rzuca wyzwanie naszym przyzwyczajeniom, ale także porządkowi organizacji wystawy. Same prace również wymuszają zmianę: Manifest biocentryczny Agnieszki Piksy, błękitny rysunek na wielometrowej tkaninie, kieruje spojrzenie ku sufitowi. Jednocześnie, przez wielokierunkowe umiejscowienie kształtów i napisów, zaprasza do nieliniowego podążania za słowami manifestu Witolda Szwedkowskiego. Niezależnie czy zdecydujemy się na wykrzywianie głowy, czy nieco przyjemniejsze oglądanie na leżąco, zmierzymy się z ideą Symbiocenu. Natury zielonej, kwitnącej, pełnej współpracy, a nie pazurów i zębów. Ludzkiej reintegracji z otaczającym nas światem. Reformacji relacji: z dominacji na symbiozę, biofilię i troskę o całe ziemskie życie. Zwykłego dostrzeżenia pozaludzkiego innego. Manifest prezentuje przed nami horyzontalność, która stanowi odtrutkę na hierarchię, dominację i wyzysk organizujące świat antropocenu, szóstego masowego wymierania i katastrofy klimatycznej.
Naturalne jest więc pojawienie się na wystawie Bab Symbiocenu Mai Krysiak, sięgających inspiracją do bab pruskich, na temat których funkcji i znaczenia wciąż spekulujemy. Autorka wybiera interpretację ochronną, wręcz totemiczną. Jej Baby to strażniczki przekazujące przed zapomnieniem utraconą wiedzę. Z jednej strony, niczym piaskowy bałwan, reprezentują utracone zimy i efemeryczność stabilności holocenu – jedynego okresu w historii, który pozwolił na stworzenie ludzkich cywilizacji. Z drugiej, przypominają i uczą o nietrwałości naszych projektów – wszak ich pramatki nie mają nawet 1000 lat, a pozostają zagadką dla współczesnych badaczy. Cała instalacja wyróżnia się czerwonym, palącym światłem, w którym piasek wylewa się z obiektów, gęsto wypełniając posadzkę. Ta nieprzyjazna przyszłość jest jednak pełna bliskości – być może dotarcie do epoki Symbiocenu musi być okupione okresem destrukcji, kryzysu, planetarnej choroby?
Musimy z niej jednak zrezygnować, porzucić nieskończony pęd, wzrost, rozwiązania, technologie. Zostaje nam… leżeć. Jak twórczym może być to zajęciem pokazuje zarówno Krzysztof Maniak w swoich poszukiwaniach idealnych drzew (Czas i przestrzeń), jak i zdjęciach z cyklu Wygniecenia. Jak piękny może być odcisk wygniecionego na łące śladu ciała? Co z ukrytą w nim zagadkowością? Ciekawością, którą w nas wywołuje?
Horyzontalność byłaby więc także formą rekonwalescencji, lekarstwa wspierającego nas w trudnej kuracji wartości i wielkich narracji. Opuszczony szpital zmienia się w miejsce zatrzymania, spowolnienia, zmiany pozycji i otworzenia się na wielogatunkową inność. Droga do zdrowia musi więc przebiegać przez miejsca, które zgodnie z duchem sztuki ekologicznej, pozwolą nam dostrzec nieoczywiste relacje i powiązania. Joanna Kaiser w fotografiach na tkaninie proponuje więc powrót do krzaków, do dzikości, pozornie nieestetycznej, pozbawionej funkcji. Peryferii, miejsc nieciekawych, niedostępnych. Anonimowych do tego stopnia, że stają się nierozpoznawalne, a przecież pełnych różnorodnego i unikatowego życia. Być może także niebezpiecznych, bo będących przecież poza naszą kontrolą. Czy jesteśmy gotowi na naturę, którą Grzegorz Kumorek przedstawia w drewnianym obiekcie bez tytułu? Świat, w którym zostajemy pozbawieni naszej dominującej pozycji, naszej wyjątkowości? Zredukowani do pozycji jednego z wielu przystanków na drodze obiegu materii?
Horyzontalność oznacza więc koniec pewnego świata. Ale spokojnie, przecież świat i tak już się kończy. Poruszające i delikatne Tipping Points Michaliny Bigaj przedstawia niemal kalendarium przekroczenia kolejnych punktów zwrotnych systemów planetarnych, które ludzkość wyprowadza ze stanu równowagi. Jednocześnie, metaloplastyczne Jeśli chodzi o poważnych uczonych, to są bardzo podzielone zdania – wielkie bramy oddzielające nas od drugiej, subtelniejszej pracy – ostrzegają przed przegapieniem bezruchu i powolnego odchodzenia. W końcu koniec świata może zachwycić. Dynamika żywiołów, piękno zniszczenia – trawiących Ziemię pożarów, gwałtownych deszczów i niszczących miasta powodzi jest łatwe w estetyzacji. A co ze spokojnym, niesłyszalnym wymieraniem? Nie możemy zapomnieć o tym pozornym bezruchu.
Towarzyszące końcowi poczucie bezradności wspaniale ilustruje instalacja Katarzyny Skrobiszewskiej Zapach, przedstawiająca sztuczną i pozbawioną dobroczynnego wpływu zapachu ściółkę leśną. Świadomi pozytywów z naszego połączenia z naturą, w starym paradygmacie wzrostu jesteśmy skazani na nieskuteczną symulację. Jednocześnie nie chodzi przecież o robienie więcej. Elizabeth Kolbert w głośnej książce Pod białym niebem jasno pokazała dramatyczne konsekwencje próby podtrzymania kontroli. Iluzji ciągłej dominacji jako odpowiedzi.
Musimy z niej jednak zrezygnować, porzucić nieskończony pęd, wzrost, rozwiązania, technologie. Zostaje nam… leżeć. Jak twórczym może być to zajęciem pokazuje zarówno Krzysztof Maniak w swoich poszukiwaniach idealnych drzew (Czas i przestrzeń), jak i zdjęciach z cyklu Wygniecenia. Jak piękny może być odcisk wygniecionego na łące śladu ciała? Co z ukrytą w nim zagadkowością? Ciekawością, którą w nas wywołuje? Rafał Borcz idzie krok dalej, pokazując na swoich obrazach widok nocnego nieba. Gwiazdy, konstelacje, Brzozy i Sosny. Jak doszło do tego, że dobra widoczność rozgwieżdżonego nieba stała się przywilejem? Jak możemy ten stan odwrócić?
Odpowiedź tkwi w nowej narracji, która z ery człowieka poprowadzi nas do epoki symbiozy. Potrzebujemy odejść od nieskończonego wzrostu, uleczyć się z tej opowieści i wątpliwej idei. Jak wyobrazić sobie przyszłość bez wartości, którą kierujemy się my, nasze działania, społeczeństwa i sztuka? Jak będzie jednak wyglądał świat postwzrostu? Wydaje się, że dobrym punktem wyjścia jest zmiana pozycji – leżenie może być pierwszym krokiem. To w końcu prosty ruch, wykonujemy go codziennie. Prosta czynność, która ma uzdrawiającą moc i tworzy warunki do dostrzeżenia innych.
Zaryzykujmy i postawmy na artystyczny bezruch.
Jakub Wydra
Badacz, teoretyk, krytyk. Student MISH i absolwent zarządzania kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze o posthumanizmie w sztuce i naukach społecznych, szukając pomysłów na świat pozbawiony antropocentrycznego skrzywienia. Autor futurologicznego programu Pieśń przyszłości w Radiu Kapitał.

