Nr 22 lato 2026 felieton Paweł Brożyński

Grzęzawisko (polskiej) kultury

O kryzysie polskiej kultury powiedziano i napisano w ostatnich latach bardzo wiele: stopniowa utrata zdolności tworzenia uniwersalnych opowieści, postępująca prowincjonalizacja, przemoc, niedofinansowanie, trudna sytuacja materialna twórców i pracowników kultury. Chciałbym jednak – przy okazji kolejnego kryzysu w krakowskim MOCAK-u, opisanego nie tak dawno na łamach „Tygodnika Powszechnego” zwrócić uwagę na systemowe i instytucjonalne ramy tego kryzysu.

Mój artykuł nie jest ani wynikiem śledztwa, ani systematycznych badań. Jest raczej owocem reportażu uczestniczącego, w którym chcąc nie chcąc – choć raczej nie chcąc – biorę udział od blisko dwudziestu lat, działając na polu kultury i sztuki. Kolejne wyniki tego reportażu zapisywały się w mojej pamięci jako banalnie i natrętnie powtarzalne schematy, które z czasem stały się oczywistościami. Z tym większym zdumieniem obserwuję brak wypowiedzi tekstowych, a nawet brak języka, który mógłby dać nam szansę na nazwanie i scharakteryzowanie problemów, które są w moim przekonaniu dla polskiej kultury dewastujące. Mam nadzieję, że tekst ten zrealizuje co najmniej plan minimum, a więc wprowadzi te patologiczne schematy w obszar debaty publicznej. Każdy pozytywny skutek ponad sam fakt zwiększenia świadomości uznam za wielki sukces. Nie spodziewam się jednak szybkich efektów, zdając sobie sprawę z tego w jak trudnym znajdujemy się położeniu.

Czy problemy te okażą się specyficznie polskie? Formuła tego tekstu zakłada uchylenie się od odpowiedzi, a przynajmniej jej nierozwijanie. Jasne dla mnie jest to, że wszystkie opisane niżej wzorce są udziałem społeczeństw, które kształtowały się pod wpływem europejskiego oświecenia i romantyzmu. Sądzę również, że w polskiej kulturze najnowszej świadomość tych wzorców jest dalece niższa niż w kulturach wielu innych znanych mi krajów. Jednak komparatystykę tego dynamicznego układu odkładam na bok.

Dwa porządki

O przemocy i mobbingu w teatrze, na uczelniach, zresztą nie tylko artystycznych, o problemach finansowych sektora dyskutowaliśmy przez ostatnią dekadę bardzo intensywnie. Burzliwym finałem tych debat wydaje się trwający obecnie spór wokół ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawody artystyczne. Choć polityczna awantura towarzysząca pracom nad ustawą nie napawa optymizmem, to bez wątpienia sam fakt powstania tej ustawy – już tak. Wprowadzenie do debaty o kulturze pojęć takich, jak: mobbing czy brak zabezpieczenia socjalnego, to ważny krok naprzód, jednak są to pojęcia, przy pomocy których moglibyśmy opisać patologie dowolnego obszaru, nie oddając specyfiki problemów kultury. Chciałbym skupić się właśnie na kulturowych wzorcach zakorzenionych i zakodowanych w naszym środowisku, które warunkują i wzmacniają przemoc, niedofinansowanie i kryzys komunikacyjny. Gest ich wskazania i nazwania okaże się z pewnością dla wielu osób rozczarowujący, a kategorie, które wskażę, banalnie oczywiste, o czym już uprzedzałem. Być może to rozczarowanie powie nam jeszcze więcej o miejscu, w którym jesteśmy, obnażając mechanizmy wyparcia. Czasami najtrudniej pogodzić się z tym, co oczywiste.

Fiasko jako szansa?

Fiasko próby uzdrowienia MOCAK-u – przykro mi wobec osób nielubiących medycznych analogii, ale nie znajduję bardziej trafnego porównania – po raz kolejny postawiło na porządku dziennym niemal wszystkie najważniejsze systemowe i instytucjonalne problemy kultury. Nie chcę dokonywać wiwisekcji tego konkretnego muzeum – być może będzie jeszcze do tego bardziej stosowna okazja. Uważam, że nie ma sensu również przywoływanie czy opisywanie problemów innych rozsianych gęsto po całym kraju instytucji. W moim przekonaniu doszliśmy do momentu tak głębokiego kryzysu, że pierwszym katalizatorem zmiany musi być strukturalne spojrzenie na systemowe przyczyny problemów – wspomniane wyżej wzorce kulturowe.

Tak, to będzie tekst opinii, a przedstawione w nim diagnozy nie znajdą oparcia w relacjach świadków czy w badaniach ilościowych. Tezy składające się na te opinie wywodzą się jednak zawsze z konkretnych zdarzeń. W dalszej części artykułu będę się zatem starał przedstawić moje obserwacje rzeczowo i precyzyjne, jednocześnie unikając zbędnych detali i niesmacznej środowiskowej kazuistyki.

Nietzsche z supermarketu

Moje – trwające długie lata, a dokładnie blisko dwie dekady – obserwacje każą mi sformułować następującą tezę wyjściową dla całego tekstu: dominującą postawą wśród osób o pozycji liderskiej animujących kulturę i sztukę jest niezachwiana wiara we własne nadczłowieczeństwo. Oczywiście, nie chodzi tu o wynik namiętnego studiowania pism Nietzschego ani o heroiczną próbę przewartościowania wszystkich wartości. Chodzi o przesiąknięcie popkulturową, coraz mocnej promowaną przez kaznodziejów z You Tube’a koncepcję machiawelizmu, wspartą okruchami nietzscheanizmu odnalezionymi na wyprzedaży w wielkim współczesnym supermarkecie idei. Popularyzacja Realpolitik i normalizacja cynizmu jako systemu wartości, wynikająca z powszechnego w Polsce od lutego 2022 roku zainteresowania geopolityką, niczym umami wzmacnia smak triumfu woli, lecz nie dajmy się zwieść przekonaniu, że tęsknota za tym smakiem smaków pojawiła się dopiero w latach dwudziestych.

Bez względu na to, czy chodzi o kogoś, kto stylizuje się na XVIII-wiecznego dandysa, czy jest katolickim tradycjonalistą, a może anarchokomunistą doby cyfrowej, nadczłowiek polskiej kultury uważa, że reguły prawne i etyczne są tylko majaczącymi na horyzoncie kierunkowskazami dla tych, którym się nie udało – dla tych słabszych, a może mniej utalentowanych.

Nie zliczę sytuacji, w których odwoływanie się do najbardziej elementarnych i – jak mogłoby się zdawać – powszechnie przyjętych reguł, takich jak chociażby poszanowanie czyjejś godności, okazywało się śmiechu warte, a szacunek wobec konkurenta czy konkurentki – dowodami naiwności i słabości. Wywyższanie swoich – często wątpliwych – sukcesów i mieszanie z błotem sukcesów innych rytuałem Panów i Pań. Pożądanymi celami stały się przede wszystkim widzialność, skuteczność, sprawczość i siła.

Doprawdy, nieznośny jest ten kieszonkowy nietzscheanizm. Rozmontowuje wszystkie bezpieczniki, wywołuje chorobę morską i zawroty głowy, a załoga dryfująca pod komendą nadczłowieka nie jest w stanie obrać żadnego kursu. Przemienia każde środowisko i każdą instytucję w pole walki pozbawione nie tylko arbitra, ale też granic. Zamienia ekscytujący proces tworzenia w męczarnie ambicjonalnych sporów, które w tej formie z definicji nie mogą mieć końca. Doprowadza wreszcie do sytuacji, w której interweniować musi instancja wyższa: samorząd, ministerstwo, wymiar sprawiedliwości, które to organy przeprowadzają bardzo szybki i bolesny, nadany z urzędu, proces deziluzji nadczłowieczeństwa.

Absolutny kult władzy – kult władzy absolutnej

Myślę, że ten nasz – nazwę go delikatnie nieuczonym – nietzscheanizm jest matką wszystkich detonowanych w polu sztuki i kultury bomb. Psychologizując, możemy mówić o mrocznej triadzie i całym szeregu innych sklasyfikowanych klinicznie – bądź nie – zaburzeń, ale to właśnie na poziomie kulturowym dochodzi do legitymizacji i estetyzacji szaleństwa, jeżeli takowe rzeczywiście występuje. Uznaję zatem, że to właśnie ta forma kulturowa jest zasadniczym warunkiem możliwości rozkwitu patologii w obrębie tej przestrzeni. Na innych polach życia społecznego podobne postawy i zachowania – nawet jeżeli mają podłoże psychiczne – albo nie zyskują blichtru wartości estetycznej, albo nie są tolerowane w ogóle – i taka nietolerancja jest wskazana.

Matka wszystkich bomb ma jednak liczne dzieci, spośród których na szczególną uwagę zasługują syjamskie bliźnięta: kult władzy i kult lojalności. Być może publiczności niezżytej na co dzień ze światem sztuki trudno byłoby pojąć, jak bardzo świat kultury przypomina – przy swojej pozornej swobodzie, a nawet anarchizmie – strukturę klanową, kastową czy wojskową, a pewnie w mniejszym lub większym stopniu wszystkie trzy naraz. Są osoby, przed którymi należy się kłaniać, są osoby którym należy schodzi z drogi, są osoby, które „dużo mogą”, ponieważ na przykład decydują o grantach czy stypendiach… W wojsku szacunek i poddaństwo okazuje się za pomocą salutowania i wypełniania rozkazów. Jedyną różnicą w świecie sztuki jest to, że rytuały salutowania i wypełniania rozkazów są nieco inne, nie podejmę się jednak teraz ich prezentacji i krytyki, ponieważ wymagałaby one zapisania całych stron opasłych tomów. Zachowując ton publicystyczny, podzielę się za to znów przemożnym, wieloletnim doświadczeniem: autorytet dekonstruowany na salach wykładowych z równą swadą co w serialach produkcji Netflixa, w codziennej orce ludzi kultury ma się mniej więcej tak dobrze jak za czasów Republiki Rzymskiej.

Środowiska nieformalne i instytucje buduje się zazwyczaj na bezgranicznej niemal lojalności. Jeżeli ktoś kiedyś pozwolił komuś zorganizować małą wystawę i zapłacił na nią 3000 zł brutto honorarium, to wiadomo, że teraz, pięć lat później, kiedy niegdysiejszy oferent tej wystawy i tego wynagrodzenia popadł w problemy, ponieważ – dajmy na to – sprzeniewierzył pieniądze, beneficjent lub beneficjentka jego dawnej wspaniałomyślności powinien lub powinna złożyć podpis na liście poparcia w jego obronie. To się przecież samo przez się rozumie. Nielojalność w takiej sytuacji byłaby czystym barbarzyństwem niegodnym obywatela Republiki.

Władzy lidera czy liderki nigdy nie wolno podważyć, o ile nie jest się w stanie jego czy jej tego statusu pozbawić. Uzurpatorów spotka bezkrwawa vendetta, polegająca zazwyczaj na kalumnii, blokowaniu dofinansowań, odcinaniu od możliwości kolejnej współpracy z innymi osobami czy podmiotami. Choć nie jest aktem przemocy fizycznej, realnie jej skutki wywołują u wielu osób ból cielesny, nierzadko pewnie nawet kancerogenny. Jeżeli nie dochowałeś lojalności, musisz odczuć to, że bez nas nie będzie ci łatwo.

Oczywiście, w tym modelu zwycięzca bierze wszystko. Kompromis, współpraca, partnerstwo, poszanowanie elementarnej różnorodności w obrębie środowiska czy instytucji nie mają prawa zaistnieć. Takie podejście byłoby oznaką słabości, a co za tym idzie, mogłoby podważyć hierarchię władzy.

Zwykło się mówić, że polską polityką rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Polską kulturą rządzą trumny Witkacego i Kantora.

Krytyka

Największym zagrożeniem dla struktur władzy jest otwarta debata i krytyka. Może właśnie dlatego przez ostatnie dwie dekady obserwowaliśmy atrofię solidnej krytyki artystycznej, właściwie w odniesieniu do dowolnego medium, a jednocześnie hipertrofię publikacji popularyzatorskich i edukacyjnych. Zupełnie oczywiste jest to, że kryzys prasy tradycyjnej i rozwój mediów społecznościowych odegrały w tym procesie dojmującą rolę, ale uznawanie, że miejsce, w którym jest dziś krytyka, jest wyłącznie skutkiem tych medialnych przemian, to pójście na łatwiznę, które prowadzi nieuchronnie do fałszywych wniosków. Doszliśmy do momentu, w którym duża wystawa w średniej wielkości mieście nie może doczekać się przekrojowego tekstu krytycznego, ale książkami o sztuce dla dzieci można by wypełnić kontener. Czy to nie jest najlepszy symbol infantylizacji debaty o kulturze?

Pogłębione, problemowe dyskusje na temat tego, co z współczesnego dorobku jest istotne i dla kogo, a co pozostaje tylko przejściowym szumem, nie mają racji bytu, choć w kuluarach bardzo często twórców czy całe nurty nazywa się chwilowymi modami. To nie jest wiedza tajemna i nie dam się zapędzić w kozi róg oskarżeń o popularyzowanie teorii spiskowych. Nie istnieje oczywiście żadna scentralizowana agenda cenzorów, ale głosy, które nie sprzyjają centrali, nie są wzmacniane, a czasami bywają osłabiane – i to w zupełności wystarczy.

Krytykę definiuję jako przestrzeń mediowania pomiędzy twórcami i światem kultury a publicznością. W realiach żywego zainteresowania kulturą i sztuką ze strony olbrzymiej części społeczeństwa taka przestrzeń konstytuuje się za sprawą elementarnych napięć, czasami wyrażając miłość, czasami podejmując próbę dialogu, a czasami konfliktując obie strony. Specyfika kultury polskiej polega na tym – zdaję sobie w pełni sprawę z kalibru skrótu myślowego – że rozwijała się ona bardzo długo, często niemal wyłącznie, w wąskim gronie, trochę pomimo, żeby nie powiedzieć – wbrew publiczności. Nie oceniam nawet czy to zaszkodziło czy przysłużyło się naszej sztuce. Z pewnością jednak przyczyniło się do tendencji, w której oceniający i ich oceny – nie udawajmy, że rolą krytyki nie jest ocena – nie musieli uzasadniać swojej rangi i znaczenia przed publicznością, a jedynie przed światem sztuki i gronem twórców. Taka sytuacja wytworzyła obieg zamknięty, w którym pytanie o kontakt z rzeczywistością stało się niegrzecznością profana.

W efekcie, w naszym grzęzawisku kultury osiągnęliśmy stan niemal całkowitego odrzucenia kryteriów i punktów odniesienia spoza samej kultury, i spoza środowiska, co – nota bene – zaostrza jedynie przebieg choroby morskiej wywołanej bujaniem łajbą przez nadczłowieka kultury. Choć brzmi to jak wizja Shangri-La wielbiącego sztukę postmodernizmu, to moim zdaniem wcale nie ma się z czego cieszyć. Unaccountability w krytyce i samej krytyki stało się kolejnym elementem sankcjonującym zwulgaryzowany i konformistyczny relatywizm poznawczy i etyczny, który doprawdy rzadko kiedy bywa wynikiem świadomych i odważnych wyborów epistemologicznych, a znacznie częściej – żeby nie powiedzieć zazwyczaj – staje się medium zarządzania widzialnością, skutecznością, sprawczością i siłą.

Pokłosiem tego zjawiska jest przyjęcie poetyki cynizmu i ironii jako sposobu definiowania swoich pozycji w dyskursie krytycznym. Uważni albo złośliwi mogą powiedzieć teraz, że odkrywam Amerykę spod kapelusza, obarczając odpowiedzialnością za całe zło spóźnioną i niemądrą recepcję postmodernizmu. Mam nadzieję, że cały mój dotychczasowy wywód klarownie pokazuje negatywne wzorce kulturowe, które mają swoje korzenie zarówno w modernizmie, a nawet romantyzmie, jak i w tym, co wydarzyło się po nich. I nie mam złudzeń, że hurtowe nadrabianie zaległości z zachodnich intelektualistów, które wydarzyło się na początku lat dwutysięcznych, raczej nie pomogło polskiej kulturze… Demon sprawczości w swojej mimikrze dowolnie obiera słabe i silne tożsamości. Raz dekonstruuje, a raz hołubi romantyczne mity. Jego obecność w centrum świata sztuki uzasadnia się sama, wszelkie próby zadawania pytań granicznych, choćby właśnie o status jego obecności tu i teraz, uznawane są za szkodliwe i bezprzedmiotowe, a dyskusja o kryteriach oceny szybko ucinana, nierzadko przy pomocy zgrabnego i czarującego żartu, który ma rozładować atmosferę.

Polskiej krytyki nie zamordował Facebook, ale ideologia radykalnego „perseidyzmu” – wiary w to, że posadowienie w centrum nie wymaga uargumentowania.

Widziane z góry

A może lekarstwem na autorytarne zapędy liderek i liderów, ukształtowanych przez stroboskopowe Anime o Machiavellim i Nietzschem, jest figura menadżera kultury? – Człowieka elokwentnego, który potrafi liczyć i rozmawiać. Osoba taka zna języki i opanowała kanon savoir vivre’u w stopniu więcej niż zadowalającym. Zna rozmaite cytaty i potrafi wymienić nazwiska wszystkich najważniejszych obywateli i obywatelek gminy, miasta czy powiatu, którzy zasłużyli się dla kultury. Po co szukać dalej, skoro znaleźliśmy rozwiązanie naszych problemów? Może wystarczy zarybić stawy polskiej kultury takimi okazami i dojdzie do momentu sanacyjnego?

Nie mam wątpliwości, że w świecie polskiej kultury jest mnóstwo wartościowych, kompetentnych i ciężko pracujących menadżerek oraz menadżerów kultury. Szczególnie w mniejszych miejscowościach, szczególnie w mniejszych instytucjach, szczególnie w obszarze edukacji kulturalnej. Nie zmienia to jednak faktu, że wśród grona prominentnych menadżerów kultury, tych od kultury narodowej, wysokiej, od noblistów, festiwali i medali, funkcjonuje grono postaci o usposobieniu biznesowym czy urzędniczym, które zamiast trudów pracy w korporacji czy trudów sprawowania urzędu postanowiły parać się zarządzeniem kulturą. Taki wybór staje się barwną alternatywą wobec kariery bardziej sformalizowanej lub wymagającej jeszcze potężniejszej protekcji politycznej, którą nie każda osoba pragnąca zarabiać wielokrotność średniej krajowej posiada.

Postawa ta jest wyrazem głębokiej pogardy dla całego środowiska ludzi kultury. Zakłada bowiem, że zajmowanie się kulturą jest zabawą pozbawianą odpowiedzialności i rozliczalności oraz pustą grą w prestiż. Postawa ta zamienia przestrzeń twórczości w przestrzeń snobizmu i pięknoduchostwa. W praktyce uniemożliwia realizację wielu ambitnych przedsięwzięć, ponieważ wyniesiona ze studiów czy kursów menadżerskich erudycja to stanowczo za mało, żeby zrozumieć ich wartość. W efekcie – bez względu na dobrą czy złą wolę, uczciwość czy nie – środowisko bądź instytucja prowadzone przez takiego lidera bądź liderkę rozkwitają pod względem ilości dotacji, a jednocześnie obumierają intelektualnie, sprowadzając swoją działalność do repetycji sprawdzonych już i często wyświechtanych gestów. Menadżerowie doskonale komunikują się z władzą, zazwyczaj uzasadniając potrzebę tworzenia kultury dla szerokiej publiczności. Tymczasem przez wszystkie lata moich obserwacji zauważyłem jedno: wydarzenia ambitne i poszukujące nie trafiają nigdy w próżnię – problemy z frekwencją i brakiem zainteresowania pojawiają się za to prawie zawsze wtedy, kiedy dochodzi do kalkulacji i projektowania „usługi kulturalnej” pod odbiorcę wymyślonego wespół w zespół przez menadżerów kultury i polityków. Instrumentalna sprawność pozyskiwania dofinansowań przez takie osoby drenuje publiczne budżety, nie pozostawiając wiele dla twórców, którzy więcej czasu poświęcają kulturze niż zabieganiu o granty.

Wnioski?

Mobbing, przemoc, niedofinansowanie, kryzys intelektualny i estetyczny w kulturze polskiej wynikają z powielania opisanych wyżej postaw i mechanizmów, które są estetyzowane i legitymowane na wielu różnych płaszczyznach, a w tym – co najgorsze – na forum instytucji publicznych. Nie przypuszczam, żeby w najbliższych latach udało się w sposób znaczący przekształcić te arcytoksyczne wzorce. Mam natomiast nadzieję, że ich uwidocznienie utrudni albo nieco spowolni ich dalszą reprodukcję. Osoby oburzone moją łatwością formułowania wniosków generalnych zachęcam do podjęcia krytyki i polemiki. Czytelnikom rozczarowanym oczywistością tych wniosków sugeruję zadanie sobie pytania: dlaczego to, co oczywiste, nie jest powszechnie wiadome?

Paweł Brożyński

Paweł Brożyński

Historyk sztuki, tłumacz, kurator, prezes Fundacji SPLOT. Studiował historię sztuki w Krakowie i w Wiedniu, a także filozofię. Współtwórca projektu dyscypliny/sztuki (od 2009). Opracował wraz z Małgorzatą Jędrzejczyk krytyczne wydanie „Atlasu obrazów Mnemosyne” Aby’ego Warburga (2015) oraz rozprawy Mariana Minicha „O nowy typ muzeów sztuki” (2018).