Cienie za plecami. O wystawie Archiwum gestów. Artywizm na rzecz praw kobiet w Polsce
Za pierwszym razem zwiedziłam tę wystawę od końca. Tak jakoś wyszło. I chociaż nie miało to większego znaczenia dla jej sensu, to z perspektywy czasu upatruję w tym pewnej symboliki – działania na opak, wbrew zastanemu porządkowi, płynięcia pod prąd.
Ale wracając do rzeczy: skoro więc zaczęłam zwiedzanie od końca, to ostatnią pracą, przy której się zatrzymałam, był obraz Martyny Borowieckiej Stópka Jadwigi. Moją uwagę przykuł jeden z elementów – złowieszczo wyglądający cień widoczny za postacią uwspółcześnionej monarchini. Kiedy szukałam wspólnego mianownika, określenia – oczywiście poza takimi pojęciami jak artywizm czy feminizm – lub metafory dla prac znajdujących się na wystawie, przypomniałam sobie właśnie o nim. Każda z tych prac opowiada o walce – tej widzialnej i niewidzialnej, o proteście – tym bardzo głośnym i tym nieco mniej, o próbach przezwyciężania problemów – tych, które przez wielu wciąż uważane są za egzagerację. Prąc przed siebie i nie oglądając się wstecz, zdarza się, że nie zauważamy owych cieni, co nie oznacza jednak, że ich tam nie ma. Często myślimy, że jakaś kwestia nas nie dotyczy, choć być może po prostu jej nie dostrzegliśmy. A cienie rosną, wydłużają się wraz z upływem czasu i stają się groźne – jak ten na obrazie – a później jeszcze groźniejsze. I choć wydają się czymś efemerycznym, rzucane są przez zjawiska jak najbardziej realne, których istnieniu nie sposób zaprzeczyć. Rzucają je zaniedbywanie kwestii zdrowotnych, ograniczanie naszej wolności i prawa do decydowania o własnym ciele, stereotypy i uprzedzenia, oczekiwania społeczeństwa, pomijanie i lekceważenie w przestrzeni publicznej. Lista jest zresztą znacznie dłuższa.
Wystawa Archiwum gestów ma charakter interdyscyplinarny, co pokazuje różne sposoby doświadczania tych samych problemów – temat nie jest ujmowany z jednej perspektywy, lecz „rozbity” na wiele języków wizualnych. Kuratorki: Marta Grabowska i Patrycja Chlebuś-Grudzień umieściły w przestrzeni Gmachu zarówno prace malarskie, fotograficzne, jak i instalacje, wideo oraz zapis performansu, który odbył się podczas otwarcia wystawy. Wyraża to w pewnym sensie różnorodność problemów, z którymi mierzą się artywistki, ale także kobiety w ogóle, oraz to, że problemy te są na tyle złożone, iż trudno znaleźć jeden sposób mówienia o nich. Ta wielość i wielopostaciowość języków wizualnych jest zdecydowanie mocną stroną wystawy. Choć jesteśmy w pewien sposób prowadzone wytyczoną ścieżką, zostajemy wciągnięte w wielowątkowe i wielowymiarowe opowieści.
Na ekspozycji wystawy zobaczymy między innymi fragment instalacji Czerwony namiot, który świetnie wpisał się w przestrzeń ekspozycyjną Gmachu. Wcześniej mogłyśmy go oglądać w Domu Norymberskim przy okazji wystawy Izy Moczarnej-Pasiek Czerwony Namiot – Ćwiczenia z Krwawienia. W tekście do wystawy wspomniano wtedy między innymi o tym, że wciąż dyskutowana jest kwestia urlopu menstruacyjnego1. Cóż, temat z pewnością nie zdezaktualizuje się zbyt szybko. Prawie rok później dyskusja trwa nadal, choć ostatnio nieco żywiej. Trudno jednak o sensowną dyskusję na ten temat, skoro argumentem jednego z posłów jest brak sprawiedliwości wobec mężczyzn2. Myślę, że wiele kobiet bolesną menstruację również nazwałoby brakiem sprawiedliwości. Poza tym, że Czerwony namiot to ciekawy i potrzebny projekt partycypacyjny, może być on także inspiracją do tego, jakie działania można podejmować przy okazji powstawania wystaw i pracy nad towarzyszącymi im programami – skłaniającymi do kolektywnego uczestnictwa, szerzenia idei siostrzeństwa i transgresyjnego dialogu.
Z cielesnością związana jest także instalacja site-specific Endo(f) Violence Alicji Pawluczuk (Hystera), do której, podobnie jak do Namiotu, możemy wejść. W odróżnieniu od niego nie jest jednak przestrzenią mającą dawać wyraz wsparcia i opieki, a wręcz przeciwnie – pokazuje to, co boli; pokazuje miejsce chore, dosłownie i w przenośni. Chore miejsce systemu, który nie działa dla kobiet i który poprzez bagatelizowanie oraz umniejszanie ich doświadczeń staje się źródłem przemocy wobec nich. Instalacja przybiera tutaj formę niewielkiego pomieszczenia, pełnego notatek i rozrzuconych dokumentów, kontrastujących z estetyką kiczu, którą artystka posłużyła się wykonując asamblaż wiszący na sterylnej, białej ścianie. Z jednej strony czujemy się w tym niewielkim pokoiku jak w gabinecie lekarskim, z drugiej zaś przypomina on pełen chaosu pokój jak z seriali kryminalistycznych, w którym bohaterka sama musi pracować nad rozwiązaniem trudnej sprawy, będąc często postrzeganą przez innych jako obłąkana fiksatka.
Wśród bohaterek wystawy znalazły się dwie, które reprezentują perspektywę migrantek – Marii Lemperk z Ukrainy oraz Ali Savashevich z Białorusi. Ich prace można odczytywać w sposób uniwersalny, pokazujący, że doświadczenia, z którymi kobiety muszą się zmagać, są paradoksalnie doświadczeniami burzącymi pewne mury i zacierającymi granice. Utożsamianie się z podobnymi problemami społecznymi pogłębia poczucie wspólnoty i solidarności, ale nade wszystko odsłania stare, mocno pordzewiałe mechanizmy, które są dysfunkcyjne nie tylko w naszym kraju.
W ostatnich latach widzimy coraz więcej wystaw sztuki tworzonej przez kobiety, budowanych wokół różnych wątków. Prawie dwa miesiące temu w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej dobiegła końca wystawa Kwestia kobieca oraz nieco od niej mniejsza wystawa Miasto kobiet. Oczywiście nie zmierzam tutaj do porównywania ze sobą tych trzech wystaw, ale były one szeroko dyskutowane i wciąż mam je z tyłu głowy. Dochodzę do wniosku, że na korzyść wystawy Archiwum gestów działa przestrzeń, w której się znajduje – nie ogromny white cube, ale stara, nieco zaniedbana kamienica. Sama wystawa ma zresztą, jak piszą kuratorki, charakter DIY (zrób to sam). Taka konwencja daje wrażenie wystawy skleconej w pośpiechu, może między porami karmienia dziecka, może w złości, którą rodzą trudne, ale czasem codzienne kobiece doświadczenia, albo takiej, która wyrosła z „pośpiesznych notatek na marginesach”. Ale tego wrażenia pośpiechu bynajmniej nie uznawałabym za coś pejoratywnego, a raczej pokazującego, że to właśnie w takich warunkach najczęściej funkcjonują artywistki i rodzą się inicjatywy – nie w wielkich gmachach, ale w przestrzeniach nieco zapomnianych i pominiętych. Od wielu czynników zależy, czy rozrosną się dalej, sięgając choćby do tych białych, nowoczesnych murów wielkich instytucji.
Oczywiście, być może na wystawie Archiwum gestów mogłoby znaleźć się więcej prac, również tych starszych (najstarszą i jedyną sprzed 2018 roku pracą jest Supermatka Elżbiety Jabłońskiej), które zapoczątkowały lub dołożyły cegiełkę do dyskursu o artywizmie, herstorii i praktykach feministycznych w sztuce polskiej. Być może organizatorki wystawy pominęły kilka znaczących prac i projektów powstałych na przestrzeni lat, skupiając się głównie na przykładach powstałych w niedalekiej przeszłości. Uznaję jednak, że obecność tych nowszych to wyraz chęci pokazania, że takie działania wciąż są potrzebne – że walka o prawa kobiet i przełamywanie ograniczeń trwa także dziś, a nie jest tylko pieśnią przeszłości. To opowieść, do której każde pokolenie dopisuje własny rozdział. Wiele osób wciąż żyje w bańce, w której dziś „przecież mamy równouprawnienie”. Zebranie całego archiwum gestów artywistycznych na rzecz praw kobiet w Polsce byłoby przedsięwzięciem niezwykle złożonym, ale wydaje się nie tylko możliwe, ale i potrzebne – to właśnie w tej idei upatruję najważniejszego sensu tej wystawy.
Pozostaje więc zadać sobie pytania: jakich wystaw sztuki kobiet potrzebujemy i dlaczego? W jaki sposób je realizować, ale także: jak o nich mówić, by nie stały się jedynie chwilowym „trendem”? Archiwum gestów nie daje gotowych odpowiedzi, ale pokazuje, że dokumentowanie i archiwizowanie działań artywistycznych może być czymś więcej niż pokrzepiającym zapisem przeszłości. Może stać się inspiracją i punktem odniesienia dla kolejnych inicjatyw i gestów. Zofia Kulik tworzyła własne Archiwum gestów3 nie tylko po to, by zachować ślady działań, lecz także by wykorzystywać je w swojej dalszej praktyce artystycznej. W tę samą logikę wpisuje się projekt Wystawy sztuki kobiet, przypominający, jak istotne jest dokumentowanie, porządkowanie i nieustanne uzupełnianie historii twórczości kobiet.
Mimo wspomnianych braków, po obejrzeniu wystawy zostałam z poczuciem żywego siostrzeństwa, i to z pewnością było jednym z założeń kuratorek i badaczek. W opisie wystawy napisały, że każdy, nawet najmniejszy gest ma znaczenie4, dlatego na jednej ze ścian każda z nas może zostawić swój. Widziałam tam wpis o edukacji: „robię doktorat!” albo inny: „używam feminatywów”. To właśnie takie, pozornie nieznaczące działania stają się budulcem siostrzanych więzi i cegiełką, którą każda z nas może od siebie dołożyć. Potrzebujemy przede wszystkim wzrostu świadomości, jak dużą moc mają te pozornie niewielkie kroki.
Archiwum gestów to wystawa ważna i znacząca. Każda okazja, by mówić o sytuacji kobiet i ich doświadczeniach, powinna zostać wykorzystana, a tylko mówiąc często i głośno, można zostać usłyszanym. I choć wystawa nie wyczerpuje tematu, o którym mówi, to być może jest punktem wyjścia, początkiem czegoś nowego – z poczucia braku i pewnego niedopowiedzenia mogą zrodzić się kolejne, niezwykle potrzebne inicjatywy. Nie chodzi o to, by bać się krytyki sztuki feministycznej i jej unikać, ale by z poczuciem siostrzeństwa i wspólnego celu kroczyć razem, tą samą drogą, a kiedy trafimy na przeszkodę – spróbować ją wspólnie pokonać lub wydeptać nową ścieżkę. Ja wolę, i świadomie wybieram, właśnie takie podejście. Bo skoro są cienie, to przecież gdzieś musi być też światło.
1 Dom Norymberski, Czerwony Namiot – Ćwiczenia z Krwawienia: https://dom-norymberski.com/wystawa-czerwony-namiot-cwiczenia-z-krwawienia/
2 https://tvn24.pl/zdrowie/wolne-na-miesiaczke-posel-mowi-dyskryminacja-lekarze-nie-musi-bolec-st9093063
3 Zofia Kulik, projekt Archiwum gestów: https://kulikzofia.pl/archiwum/bozena-czubak-archiwum-gestow/
4 Muzeum HERstorii Sztuki, Archiwum gestów. Artywizm na rzecz praw kobiet w Polsce – wystawa: https://muzeumherstoriisztuki.org/gesture-archive-artivism-for-womens-rights-in-poland-posts-page/
Marzena Kozioł
Magistrantka na kierunku laboratoria kultury współczesnej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Absolwentka Grafiki na Akademii Tarnowskiej. Interesuje ją sztuka współczesna i sposoby opowiadania o niej oraz polska sztuka XX wieku.

