Anna Rabbit Malte Taffner, In a Garden State
Czy sztuka jest koniecznością, czy luksusem?
W świecie tonącym w plastiku i jednorazowych przedmiotach, czy możemy, jako artyści, usprawiedliwić tworzenie rzeczy, które przeżyją nas, a może nawet przetrwają nasz gatunek?
Pomyślałam o tym niedawno, gdy własnoręcznie wykonywałam szkicowniki z zeszłorocznych prac rysunkowych z Akademii Sztuk Pięknych. Na niektórych stronach znalazła się dłoń, na innych – noga. Ciekawie będzie po nich rysować. A jednak rozdzieranie tych prac na strony do szkicownika wydawało się dziwne. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej chroniłam je przed wilgocią – i przed moimi królikami, które z radością przegryzłyby każdy papier, bo prace musiały zostać dostarczone na przegląd końcoworoczny. W momencie, gdy ocena została wystawiona, rysunki zamieniły się w pewien rodzaj ciężaru: nie da się ich sprzedać, a więc nie do końca wiadomo, co z nimi dalej zrobić.
To uczucie przywołało pytanie, do którego wciąż wracam: jaka jest wartość naszej pracy, gdy została już pokazana, oceniona czy wystawiona i przestała być „nowa”? Co dzieje się z dziełami, które nie zostają sprzedane ani zarchiwizowane przez muzeum?
Przypomniałam sobie wystawę Daj mi wszystko w Bunkrze Sztuki w 2023 roku. W pierwszej sali stały monumentalne drewniane rzeźby Abakanowicz niewiele wcześniej przekazane do MOCAK-u przez Teresę i Andrzeja Starmachów. Patrząc na te ogromne, splątane ciała z drewna owinięte metalem i tkaniną, nie mogłam się powstrzymać od pytania: czy ten dar był aktem hojności, czy może sposobem na uwolnienie się od ogromnych kosztów i odpowiedzialności związanych z ich przechowywaniem?
Kto dźwiga ciężar dzieł sztuki, które wymagają konserwacji, magazynowania i ekspozycji – procesów pochłaniających olbrzymie ilości energii i zasobów? Kto ponosi odpowiedzialność za prace, które wymagają określonej temperatury i wilgotności (a więc zużycia gazu i prądu), albo za dzieła, które pewnego dnia rozpadną się na mikroplastik lub toksyczny pył? Artysta? Muzeum? Kolekcjoner? I kto decyduje, która sztuka jest na tyle ważna, by uzasadnić jej dalsze materialne istnienie i wpływ na środowisko?
Być może sztuka efemeryczna, stworzona po to, by się rozpuścić i zniknąć, mogłaby być formą oporu – sztuką współpracującą z naturą, a nie stawiającą jej opór; której cykl życia kończy się nie w magazynie, lecz w rozkładzie.
Te myśli wróciły do mnie, gdy uczestniczyłam w spotkaniu z Malte Taffnerem – artystą z Lipska, który pokazywał swoje prace w Galerii Piana w ramach polsko-niemieckiego projektu Flux, organizowanego z Kombinat e.V. Jego praktyka bada współistnienie międzygatunkowe oraz relacje między człowiekiem a środowiskiem w duchu feministycznego posthumanizmu. To podejście, które nie tylko przedstawia naturę – ono z nią współpracuje.
Taffner opisał empatię, troskę i odpowiedzialność jako „fundament wyobrażenia sobie wspólnej i zrównoważonej przyszłości”. Rośliny i grzyby traktuje jako współpracowników – autonomiczne istoty żywe, które współtworzą jego sztukę. Jak mówi, tworzy dla nich „siedliska, w których mogą rosnąć”, pielęgnuje je i pozwala im kształtować proces twórczy. „Są niezbędnymi składnikami i współautorami mojej praktyki” – powiedział. Czasem oznacza to pozwolenie, by żyły i się rozwijały, a innym razem – umarły, aby mogły powrócić do naturalnego cyklu.
To ciche przyjęcie przemiany, rezygnacja z kontroli, ma w sobie głęboki wymiar etyczny. Sugeruje, że sztuka może być rozmową, a nie stwierdzeniem – współpracą z innymi formami życia, świadomą zarówno swoich przywilejów, jak i ograniczeń.
Wcześniejsza współpraca Taffnera z chemikiem Henrikiem Christem, Becoming Destruents (stworzona dla Protohaus i Kunstverein DIE H_LLE), dosłownie realizowała to podejście. Pracowali z grzybami: odlewali znalezione przedmioty i fragmenty lokalnej architektury, a następnie hodowali w tych formach grzybnię. Przez zimę grzyby rosły dalej w szklanych gablotach, przekształcając rzeźby. Wiosną prace wyniesiono na zewnątrz, by mogły zespolić się z krajobrazem – lub całkowicie się rozpaść.
W tym geście jest coś cicho poruszającego: dzieło, które akceptuje własne zniknięcie, własne istnienie w wymiarze czasu; którego sens leży w procesie i miejscu, a nie w trwałości. W świecie przeciążonym przedmiotami zniknięcie może być formą wyzwolenia – dla artysty, dla widza i dla samej natury.
Wystawa Taffnera w Galerii Piana, In a Garden State (19.09–15.10.2025), kontynuuje tę refleksję nad troską, uprawą i współistnieniem. Pokaz łączy fotografię, barwienie tkanin naturalnymi roślinami i cyfrową obróbkę w wielowarstwową opowieść o naszym splątaniu ze światem przyrody.
W centrum znajduje się cykl fotograficzny On the Necessity of Gardening, inspirowany książką o tym samym tytule. To refleksja nad napięciem między naturą a kulturą, między pielęgnowaniem a kontrolą. Pod zdjęciami znajdują się tkaniny barwione lokalnymi roślinami, tworzące abstrakcyjny portret flory Krakowa.
Kiedy zapytałam artystę, jak muzea mogą dostosować się do bardziej efemerycznych, procesualnych form sztuki, porównał je do „systemu zbudowanego wokół ludzkiego pragnienia trwałości”. W jego opinii muzea ucieleśniają antropocentryczny impuls kontroli, izolowania i zachowywania. Ale widzi też nadzieję w zmianach, które już zachodzą: w instytucjach zaczynających traktować dokumentację, relacje i przemianę jako część cyklu życia dzieła. „Zamiast strażnikami – powiedział – muzea mogłyby stać się opiekunami”.
Przechadzając się po In a Garden State, przypomniałam sobie o paradoksach własnej praktyki – pragnieniu tworzenia i lęku przed tworzeniem.
Być może tym, co sztuka może dziś zaoferować, nie jest trwałość, lecz świadomość – przypomnienie – że wszystko, co tworzymy, czego dotykamy czy co odrzucamy, jest częścią jednego wspólnego, kruchego metabolizmu.
Anna Rabbit
Artystka sztuk wizualnych z Krakowa. Zajmuje się malarstwem, ilustracją, komiksem i rzeźbą tekstylną. W pracy łączy tradycyjne techniki z upcyklingiem i projektowaniem kostiumów. Tworzy autorskie szkicowniki, książki artystyczne i komiksy o tożsamości, pamięci i relacjach człowieka z osobami nieludzkimi.

