Alchemia melancholii
Alexis Puget, Żniwa smutku
Czas: 19.06 – 13.09.2026
Miejsce: Gdańskie Centrum Sztuki Współczesnej GCSW
Kuratorka: Oriana Radziuk
Choć kwiecień to ponoć najokrutniejszy z miesięcy, doświadczenie życia na środkowoeuropejskiej równinie skłania do skierowania myśli ku marcowi – kiedy spod bulgoczącego błota roztopów stopniowo wyrastają kwiaty, które zwiędną. Lato i słońce w zenicie nie odpuszcza największym melancholikom; przecież summertime sadness syndrome zyskał popularność nie tylko dzięki Lanie del Rey. Dlatego też otwarcie w czerwcu wystawy poświęconej smutkowi, melancholii i nostalgii zupełnie mnie nie dziwi – Bożenko, zaraz lato zleci, Wszystkich Świętych i znów zima będzie. Cybermelancholia nie ustaje, w internecie nie zważamy na pory roku poza sezonowymi animacjami (Doodles) w wyszukiwarce pewnej korporacji.
W sprawach podstawowych Żniwa smutku Alexisa Pugeta, pod opieką kuratorską Oriany Radziuk, to wynik dłuższej współpracy między niegdysiejszą Łaźnią, a jej obecną spadkobierczynią, czyli Gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej (które powstało z połączenia rzeczonej Łaźni z Gdańską Galerią Miejską przy sporych protestach tamtejszego środowiska), i francuskim artystą. Puget już kilka razy przyjeżdżał do Gdańska pracować i badać: zajmował się między innymi zjawiskami atmosferycznymi (sztormy) czy połowem bursztynów, a z czasem wraz z kuratorką podczytywał Mickiewicza (stąd tytuł wystawy). Przywoływanie ducha romantyzmu, kryptocytat z wykładów paryskich autora Dziadów w tytule, połowy bursztynu w trakcie przedświtu – Puget i Radziuk funkcjonują w rejestrach melancholicznych par excellence, przygniecionych ciężarem XXI wieku – gdy historia już się wydarzyła, ogłoszono jej koniec, a wszystko dalej trwa. O smutasów współcześnie nietrudno, doomerzy rozpierzchli się po internecie. Przeżyli już kilka końców świata, wojny, pandemię i dalej korzystają z Instagrama. Pamiętajmy, aby nadmienić, że nie jesteśmy tutaj na szczytach rozpaczy. Puget korzysta z melancholii i nostalgii jako napędów dla swojej artystycznej strategii, ale z ironią iście postromantyczną.
Ekspozycję czytam jako próbę uchwycenia doświadczenia życia w tej tak poszatkowanej rzeczywistości, która jest nam dana, a której zasady są trochę jak Tetris – nie bardzo mamy wpływ na to, co do nas spotka, jaki klocek tym razem nam wypadnie – możemy co najwyżej nim manewrować, oglądać, przystawiać, próbować upchnąć, przekręcić. Czasem linia postanowi ułożyć się tak, że zgarniemy punkty, a czasem z klocków stworzy się stos i grę przegramy – wtedy możemy odpalić nową kartę w przeglądarce i wybrać spośród wielu mód, wypranych możliwości oczyszczenia, duchowej przynależności: rzucić pracę w korpo i wyruszyć przed świtem na połów bursztynów, obserwując nadlatujące ćmy. Ta grywalna metafora koresponduje z tym, co pisze Radziuk w swoim tekście, a w zasadzie kogo cytuje (Emilię Konwerską z jednego z opowiadań w Rzeczach robionych specjalnie): dla kuratorki, i jak mi opowiedziała Radziuk, dla Pugeta, życie i funkcjonowanie z feedem na naszych ekranach jest trochę jak gra w bingo (do czego możemy odnieść trzy prace Bez tytułu [Bingo IV, Bingo II, Bingo III], 2026) – karty z numerkami są już wydrukowane, my możemy co najwyżej zakreślać liczby i liczyć na to, że wylosowane kulki pozwolą na wygranie shota nalewki na barze.
Któryś z klasyków sztuki nowych mediów gdzieś twierdził, że oddychamy napięciem elektrycznym – wyładowaniami elektrycznymi, które pozostawiają po sobie ozon w powietrzu – ale i niewidoczną dla oczu, oplatającą nas siatką sygnałów, sieci i współczesnych typów zjaw. Trochę to spostrzeżenie rozszerzając, można powiedzieć, że podobnie oddychamy tymi wszystkimi memami i referencjami, możliwością ich przywołania w jednym momencie. Dla melancholika to musi być straszny ciężar: jak spośród tego wszystkiego wybrać coś, co jest warte uwagi? Kolekcjonowanie to podstawa praktyki francuskiego artysty. Obiekty prezentowane w gdańskiej galerii to w zasadzie przedmioty, na które Puget natrafił na swojej drodze: zgubiona kurtka z Flixbusa, zapach byłej partnerki, archiwalna widokówka Gdańska czy żarówka z domu dla lalek. Większość z elementów obecnych na wystawie to obiekty znalezione przez artystę, ready-mades, które wiążą się po prostu z życiem. Nie są jednak opowieścią o utraconych wspomnieniach i chwilach, ale stanowią metonimię nieobecności – tego aktu, z którym melancholik nie może sobie poradzić, a który jest fundamentalny dla jego funkcjonowania: chodzi o Baudelaire’owskie poszukiwanie nigdy nieodnalezionej utraty.
Przebywanie w tej przestrzeni traktuję jak wizytę w laboratorium alchemika, który za podstawową materię swojej pracy bierze to, co mu pozostało, czyli melancholię właśnie. Eksperymentuje z porzuconymi kurtami czy koszulkami, wypycha na nowo fotele kinowe, w których siedzi postać w czarnej bluzie czy raczej widmo kogoś, kto na nim siedział; walizka służy za projektor, wieszak na krawaty traci swoją funkcję, a rękawica bejsbolowa staje się kwietnikiem. Myśli alegorią, jak na spadkobiercę autora Kwiatów zła przystało. Ale jest też alchemikiem, który – wiedząc, że nie zatrzyma momentu – estetyzuje go tak, aby podporządkować swojemu wspomnieniu.
Kuratorka wprowadza mnie w Les moissons de la tristesse, a ja czuję nagłe ukłucie na lewym ramieniu – mam tam wytatuowanego Uroborosa, węża wiecznie pożerającego własny ogon. To on przypomina mi o swej obecności na widok wystylizowanego obiektami white cube’u, który sam w sobie nabiera właściwości scenografii lub przestrzeni liminalnej. Wystawa rozpisana na trzy przestrzenie bez światła zewnętrznego, starannie rozmieszczone prace, które przywodzą na myśl ślady na miejscu zbrodni: poza numerkami rozrzuconymi na towarzyszącej wystawie mapce próżno szukać stałej linii narracyjnej; jednocześnie przypomina to kunstkamerę fana rave zagubionego w drodze do piwnicy wypełnionej muzyką elektroniczną. Słyszę, że to zabieg celowy, stworzenie warunków tzw. backrooms, niekończącej się, wężowatej w strukturze architektury, której estetyka jest wyraźnie rozpoznawalna – chodzi o różnego rodzaju przejścia podziemne, tunele, ale i korytarze biurowców, które przemierzali bohaterowie serialu Rozdzielenie. Jakaś mrugająca żarówka i mielibyśmy officehorror, niekoniecznie metro z Opętania czy przejście podziemne z Nieodwracalnego.
Pierwszym obiektem, jaki dostrzegam, jest błyszcząca kula do kręgli w kolorze zbutwiałej kości słoniowej czy perłowym (Blue Marble II). Na jej szczycie umieszczony jest poddany galwanizacji motyl (gdzieś w tle szumi mi Trylion ma szesnaście zer Zosi Martin), a za pierwszym spojrzeniem ukrywa się napis „BLACK WIDOW” i nadrukiem morderczego pająka. Pająka, który mógłby skradać się po swoją cenną ofiarę. Gatunek pająka odnosi się nie tylko do pewnej popkulturowej bohaterki, ale, co chyba ciekawsze, do drona bojowego i oprogramowania hakerskiego. Kula pachnie mi motywem z Albrechta Dürera, syna niemieckiego złotnika, który za pomocą swej alchemii metali potrafił zatrzymywać przedmioty w czasie i kształcie, a tę umiejętność ponoć jego syn posiadł także. Ten Dürer jest, jak sądzę, nieprzypadkowy; jego duch nad Gdańskiem się unosi, a kule (bo ta z motylkiem to niejedyna na wystawie) wyglądają jak wyjęte z ryciny Melancholia I – w przeszłości symbolizujące świat, prawa geometrii, poznanie naukowe i wszystko, co możemy powiązać z racjonalnością, w reinterpretacji Pugeta są kulami, których używamy, żeby dobrze się bawić. Zresztą, kolekcjonerskie kule do kręgli, powinny mieć spersonalizowane dziurki na trzy palce; te tutaj ich nie mają: jakby odmawiając podjęcia prób gry, pozostają jedynie przedmiotem estetycznym, który podziwiam w trakcie gdańskiego spleenu. Jednocześnie kula nie tylko jest artefaktem wróżbiarskim, ale może być zaczerpnięta z filmu Le Tempestaire Jeana Epsteina, gdzie tytułowy zaklinacz burz za pomocą kuli panuje nad morskim żywiołem.
W kanonicznym studium o melancholii Marka Bieńczyka już na pierwszych stronach czytamy fascynującą historię: oto młody Cioran, ten tytan frasunku, wiecznie dłonią podparty, jako dwudziestoletni chłopak mierzy się z tym, co doświadczenie melancholii wytworzyło największego – wspomnianą już, legendarną ryciną Dürera. To stulecie, jakie upłynęło od niedogodności narodzin rumuńskiego filozofa, wypełnia nieobjęta liczba motywów dla smutasów, sad boyów czy innych doomerów; popkultura wypełniała się wizjami zmierzchów, płaczu i depresji; wzrosło kilka pokoleń wyżu depresyjnego, a poppsychologia nakazała nie tłumić negatywnych emocji. Te przepastne archiwa smutku: tekstów, zdjęć, historii i zdarzeń, jakie mogą przynieść tylko kilka łez, ciągle się rozrastają. Dlatego też ten repertuar fascynacji francuskiego artysty jest szeroki i frapujący: od wyładowań elektrycznych, odniesień do świata mody, wyciągania zakurzonych przedmiotów czy grzebania na pchlich targach po zafascynowanie wariacjami na temat emo – od The Cure, przez warianty z ery Y2K i czasami doomerów wyrosłych na pandemii, po modę z drugiego dziesięciolecia obecnego wieku – Von Dutch, gotyckie napisy na bluzach, czarne koszulki. To wszystko jednak artysta przepuszcza przez filtr uwikłania w świecie, który jego wielcy poprzednicy i poprzedniczki mogli opiewać jako odchodzący i stale się zmieniający. Dziś zaś, poprzez bezkresne archiwa naszych dysków, nie wiadomo ostatecznie o czym mówimy, gdy mówimy o utracie – żyjemy w jakiejś wersji toujours déjà [zawsze już].
To, co rzeczywiście zbliża Pugeta do działań alchemicznych, to myślenie o akcie twórczym jako akcie zestawiania, niezbędnym do poznania. Weźmy wideo Just like heaven, czytelny cytat z The Cure. Kilkuminutowa pętla to found footage z materiałów zaczerpniętych z YouTube oraz jego własnych plików wideo: nagrań Bałtyku, sfilmowanych błyskawic uderzających w zbocza gór, filmów z płaczącymi osobami (motyw pandemicznych izolacji, ale i „autentyczności”, emocjonalnej parezji w wersji dla social mediów). Na stole montażowym artysty mamy zatem kilkanaście oddalonych od siebie motywów, które w toku montażu wizualnie składają się na zgrabnie uszytą metaforę tego, czym są tytułowe żniwa smutku. Alchemicy, podobnie, poszukiwali w odległych od siebie przedmiotach i zjawiskach podobieństw, dowodząc wspólnego korzenia, jakiejś ukrytej struktury świata. Nie chodzi zatem o grę w skojarzenia, ale proces budowania sieci odpowiedników. Dlatego też przechadzka po ekspozycji jest czymś w rodzaju czytania diagramu melancholii.
Radziuk w tekście kuratorskim odwołuje się m.in. do Geerta Lovinka, holenderskiego teoretyka mediów, znanego w Polsce szerzej z teorii o wymarłym internecie. Lovink pochylał się w wielu swoich tekstach nad alienacją, jaką wywołują współczesne technologie, badał społeczne odczuwanie samotności. Zresztą, Lovink opisywał nasz kontakt z mediami właśnie przez pryzmat somatyki – umęczenia ciała trwającego w wiecznym uśmiechu w trakcie wideokonferencji, wielogodzinnego skrolowania wymagającego wysunięcia i pochylenia głowy w kierunku smartfona; dizajn i środowisko tych urządzeń niejako wymusza na nas konkretne akty i postawy. Fakt, że poza dwoma miejscami na ekspozycji nie ma ekranów (prace Just like heaven i Zbyt smutne by Ci powiedzieć), ujawnia, jakie jest spojrzenie Pugeta na funkcjonowanie w postcyfrowym świecie: zachowania wypracowane w trakcie obcowania z technologiami cyfrowymi przenosimy na sfery życia, które wydają się pozornie niezainfekowane kontaktem z siecią, nie ma zatem miejsca na złudny, dualistyczny podział na sfery: cyfrową i analogową oraz nie ma możliwości powrotu do arkadyjskich czasów sprzed czarnych lusterek w kieszeni – one już zdefiniowały kształt obranych przez nas dróg.
Opowiadana w Gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej historia to nie tyle kolejna tęsknota za przeszłością, ile życie wśród jej powrotów. Żniwa smutku są repryzą, zgraną kartą, którą można wiecznie opowiadać na nowo – opowieść zawsze jest większa niż jej materia. Podobnie jest z alchemią: nie chodzi w niej wyłącznie o przemianę ołowiu w złoto, ale o samo poszukiwanie kamienia filozoficznego – to ono, a nie gotowy wynik, nadaje sens całej pracy. Tak samo u Pugeta: liczy się nie ostateczny kształt aktu twórczego, lecz nieustanny powrót do straty, z którego ta melancholijna alchemia się rodzi.
Cezary Wicher
Kurator, krytyk i producent realizacji artystycznych. Doktorant na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, współpracuje z Humanitites/Art/Technology Research Center. W przeszłości związany m.in. z Centrum Sztuki WRO, BWA Wrocław czy Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

