Nr 22 lato 2026 recenzja Magdalena Ujma

Afektywne malarstwo Samuela Kłody

Samuel Kłoda, Kres, krach i kruk
Miejsce: UFO Art Gallery, Kraków
Czas: 16.06.2026 – 2.08.2026
Kuratorka: Michalina Sablik

Widok wystawy, Samuel Kłoda, „Kres, krach i kruk”, UFO Art Gallery

Najnowsza wystawa Samuela Kłody pokazuje w pełni możliwości tego artysty. Zatytułowana Kres, krach i kruk jest dobrą ilustracją tego, jak podchodzi on do własnej kariery. Wystawa nie oferuje popisu możliwości technicznych czy przeglądu tego, co Kłoda dotychczas zrobił, jest za to dopracowaną, konsekwentną i zajmującą opowieścią. Dobre ustawienie i wybór prac – to jednocześnie zasługa kuratorki, Michaliny Sablik. Obrazy zostały rozłożone stosownie do przestrzeni, która współgra z ich zawartością emocjonalną. Znalazły się tu duże formaty – gra skalą prac oraz gra z wnętrzem galerii i jej zewnętrzem. Wystawa operuje przy tym subtelną kolorystyką, jest – w tradycyjnym sensie – bardzo malarska, pełna odcieni i barwnych ech oraz powidoków przewijających się w kolejnych obrazach. Dołączono także i obiekt, który wygląda jak motyw wzięty z malowideł.

Co widzimy? Najpierw plakat wystawy, który zaprojektował i wykonał sam artysta – w formie pracy malarskiej. Czarne litery są stylizowane na staroświeckie pismo rodem z peerelowskich książek dla dzieci, szczególnie tych ilustrowanych przez Jana Marcina Szancera. Plamy barwne są za to potraktowane szkicowo, jakby malowane pośpiesznie i niewykończone, bo przeziera spod nich jasny podkład. Całość układa się w jakże często spotykaną u Kłody kompozycję: wysmakowany, pełen fioletów i brązów zestaw odcieni, który można oglądać – bazując na zestawieniu plam i faktur – jako abstrakcję. Można też doszukiwać się zawartych w nich historii i wtedy dostrzec na obrazie niewyraźne kształty, które sugerują przestrzeń, a w niej jakieś podłużne formy i czarną plamę. Tytułowy „kruk”? Domyślam się, ale nie mogę być pewna.

Cechą wystawy jest konsekwentne umieszczenie płócien w układzie horyzontalnym. Nawet jeśli przybierają format kwadratu, to ułożone są w długim rzędzie, aby wykreślić linię wysokiego horyzontu, jak to się dzieje w przestrzeni wejściowej. Układ obrazów odgrywa tutaj specjalną rolę, tworzy jakby pejzaż, czyli scenerię, w której rozgrywa się snuta przez Kłodę historia. Wzmacnia jej afektywny wydźwięk.

Na wystawie można rozpoznać obrazy cmentarne z motywami grobów, plastikowych kwiatów i zniczy. Nawet kolorystyka może być zaczerpnięta z sakralnego, katolickiego koloru żałoby, czyli fioletu. Żałoby i pokuty. Te smutne obrazy końca, śmierci, opłakiwania i smutku, są uderzająco piękne. Piękno zakrywa ich makabrę. Dlatego widzę w nich specjalny rodzaj afektu: queerową melancholię. Uwodzicielska jest w nich wirtuozeria ręki malarza, uwodzicielskie jest piękno zestawień barwnych; uderzające jest światło w tych obrazach, które w niektórych emanuje tajemniczo ze środka form.

Same obrazy prezentują wizje jakby pozbawione życia, energii. Podobnie dzieje się w wystawionym obiekcie przestrzennym, złożonym z wypalonych świec. Forma jakby spływa, ścieka, topi się. Wosk, którego kaskady zostały tutaj utrwalone, jest śladem po działalności płomieni, stanowi więc wspomnienie po minionym żarze (uczuć?). Analogiczne sposoby tworzenia odnajdziemy na przykład w pierwszym obrazie na wystawie – wspomnianym plakacie, gdzie z rozmalowanych plam wychodzą ostre, drapieżne elementy (truchło kruka?). Tak jest również i w innych obrazach, jak w tym z talerzem pokrytym muchami czy innym – z jakby otwartym sercem, które przypomina owoc granatu. Także obrazy przedstawiające twarze, które – chociaż nie są portretami, a jeśli już, to najwyżej portretami wnętrza głowy – jakby brały się ze smutku, odrętwienia i pogrążenia w stanie beznadziei. Bo przecież enumeracja i widzenie w przedmiotach znaków – które odnaleźć można w tych wizerunkach – większych całości, odsyłających do innych, większych systemów, wydaje się tutaj wskazywać na melancholię.

Kłoda maluje obrazy psucia się tego, co było niegdyś żywe, procesu obumierania i śmierci. Na wystawie można rozpoznać obrazy cmentarne z motywami grobów, plastikowych kwiatów i zniczy. Nawet kolorystyka może być zaczerpnięta z sakralnego, katolickiego koloru żałoby, czyli fioletu. Żałoby i pokuty. Te smutne obrazy końca, śmierci, opłakiwania i smutku, są uderzająco piękne. Piękno zakrywa ich makabrę. Dlatego widzę w nich specjalny rodzaj afektu: queerową melancholię. Uwodzicielska jest w nich wirtuozeria ręki malarza, uwodzicielskie jest piękno zestawień barwnych; uderzające jest światło w tych obrazach, które w niektórych emanuje tajemniczo ze środka form. Tak jest na przykład w obrazie ukazującym jakby martwą naturę i jednocześnie grób z kwiatami i zniczami.

Zestawienie uwodzicielskiego piękna z obrazami niemocy, żalu i śmierci, jest melancholijne. Samo jednak piękno i sposób jego wykorzystania ociera się o kicz i estetykę kampową. I tak właśnie się dzieje: u Kłody mamy do czynienia z queerową melancholią i estetyką podanego z dużym wyczuciem kampu. I właśnie poprzez takie stylistyki artysta przemyca swoje osobiste, niewyraźne i zamazane historie. Ubiera je w kostium pięknego malowania. Wielkie symbole i wielkie tradycje przesłaniają tutaj wypowiedzi artysty od siebie, kamuflują je, ale też umożliwiają ich wypowiedzenie.

Queerowe malarstwo, queerowy ekspresjonizm, niebywale lekko malowane, z wielkim wyczuciem, ekspresyjne formy wzięte z surrealizmu, przenikające się, przelewające się jedne w drugie, chaos i dekoracyjność zarazem, brak porządku i wyższy porządek, eleganckie barwy, elegancka forma, jakby poczucie prześwietlenia form – to wszystko da się powiedzieć o malarstwie Samuela Kłody. To, co proponuje ten artysta, jest ważne dla malarstwa współczesnego, bo znowu czyni je ważnym.

W komentarzach do twórczej sylwetki Kłody wspomina się o emocjonalnej intensywności starych symboli; więcej – jest w jego obrazach także niezwykła, wręcz magiczna moc malowania. Nic dziwnego, że artysta sięgnął po taki właśnie język: jego osobiste predyspozycje i wrażliwość malarska zostały wzmocnione przez studia na krakowskiej ASP w pracowni Grzegorza Bednarskiego, współprowadzonej przez Kingę Nowak. Tutaj rzeczywiście kładło się nacisk na poznanie starych mistrzyń i mistrzów, na solidne rzemiosło, na docenienie tradycyjnych tematów i sposobów malowania oraz ich aktualizację.

Queerowe malarstwo, queerowy ekspresjonizm, niebywale lekko malowane, z wielkim wyczuciem, ekspresyjne formy wzięte z surrealizmu, przenikające się, przelewające się jedne w drugie, chaos i dekoracyjność zarazem, brak porządku i wyższy porządek, eleganckie barwy, elegancka forma, jakby poczucie prześwietlenia form – to wszystko da się powiedzieć o malarstwie Samuela Kłody. To, co proponuje ten artysta, jest ważne dla malarstwa współczesnego, bo znowu czyni je ważnym. Pokazuje drogę mówienia nie wprost: przez kamuflaż, częstą u artystów queerowych, lecz także sposób na odświeżenie znaczeń starego języka sztuki, przez co malarstwo nie poprzestaje na statusie dekoracji salonowej i obiektu spekulacji rynkowych, lecz staje się medium na wskroś współczesnym.

Widok wystawy, Samuel Kłoda, „Kres, krach i kruk”, UFO Art Gallery

Magdalena Ujma

Magdalena Ujma

Historyczka i krytyczka sztuki, kuratorka wystaw i projektów z zakresu sztuki współczesnej. Ukończyła studia z historii sztuki (KUL) i zarządzania kulturą (Ecole de Commerce, Dijon). Pracowała w redakcji kwartalnika literackiego „Kresy”, w Muzeum Sztuki w Łodzi, w Galerii Bunkier Sztuki i w Ośrodku Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka w Krakowie. Obecnie kieruje magazynem Restart, prowadzi zajęcia w Szkole Doktorskiej ASP w Krakowie. Należy do Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA oraz do zarządu Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie. Autorka książek: „O krytyce” i „Skandale w sztuce”.